motto:
odszedł w chryzantemowość
po nitkach co czerwone i złote
albo ceglasto – żółte
koniecznie zmieszane z fioletem
melancholią bezradne

grają już pewnie razem z Jackiem
swój kolejny koncert protestu
dla ciszy
ale i przeciw niej
w kompletnej ciszy... być może


W sobotę 20 października tego roku wybrałam się na jeden z większych warszawskich cmentarzy, aby uporządkować groby najbliższych na krótko przed Ich świętem. Nie potrafię wyjaśnić dlaczego właśnie tym razem, podobnie jest przecież co roku, wyjątkowo intensywnie uderzyła mnie wszechobecna w nekropolowej ciszy wielość i wielobarwność chryzantem. Pomyślałam nawet, wtedy wydało mi się, że trochę egzaltowanie, „kolorowe wysłannice śmierci, ciekawe ilu dziś skusiły?...”. Do domu wróciłam późnym wieczorem, a nawet wczesną nocą. I tu, na pasku informacyjnym jednej ze stacji telewizyjnych, dopadła mnie wiadomość o śmierci Przemysława Gintrowskiego. Jego też, i znowu za wcześnie, podobnie jak kiedyś Jacka Kaczmarskiego, te kolorowe diablice uwiodły..

Moje osobiste wspomnienie Przemysława Gintrowskiego sięga Jego, oczywiście wspólnych z Jackiem Kaczmarskim i Zbigniewem Łapińskim, koncertów w studenckim klubie KARUZELA na warszawskim Bemowie. Pamiętam też emocje związane z jakimś półlegalnym i późnonocnym występem Gintrowskiego i Kaczmarskiego na Małym Dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, w czasach, gdy komunizm chwiał się wprawdzie coraz mocniej, ale wciąż stał na nogach i straszył tych, co się bali, a dodawał sił tym, co się nie bali... jak Oni Dwaj...

Były też setki, oczywiście „piracko – koncertowych”, kaset magnetofonowych z tekstami Zbigniewa Herberta, Jacka Kaczmarskiego, Tomasza Jastruna, Tadeusza Nowaka i Bóg jeden wie czyimi jeszcze... A wszystko „zasłuchiwane niemal do zdarcia” w prawie każdym inteligenckim, a pewnie nie tylko inteligenckim, domu.

Przy „Modlitwie o wschodzie słońca”, która nawiasem mówiąc - wciąż niestety – jest trafnym napomnieniem nie tylko dla polityków, ryczę do dziś. Zupełnie jakbym nie była dojrzałą kobietą, a wieczną dwudziestolatką, choć już sprzed trzydziestu lat. Swoje refleksje na temat „Epitafium dla Sergiusza Jesienina” przemilczę jako zbyt osobiste, ale jeśli ktoś gdzieś dopadnie jeszcze jakieś nagranie tego cuda, to wszystkim wrażliwcom polecam...

Nigdy, z premedytacją, nie poznałam Przemysława Gintrowskiego prywatnie. Choć pewnie, gdybym bardzo chciała, to okazja by się trafiła. Bo wspólnych znajomych trochę było i, na szczęście – choć teraz przede wszystkim zjednoczonych w bólu – ciągle jest. W tym jednak wypadku wolałam zachować pewien szlachetny rodzaj dystansu. Coś co, jak sądzę, wyznawca ma względem swego Bożyszcza. Naprawdę, bez żadnej przesady, tak Go odbierałam i odbieram...

A dziś płaczę, zwyczajnie i po ludzku. I Mirkowi Czyżykiewiczowi, któremu też dziś niełatwo za próbę telefonicznego „utulenia w smutku”, dziękuję.