(o spektaklu NASTASJI FILIPOWNEJ w warszawskim ATENEUM)


Premiera, tego zrealizowanego według pomysłu Andrzeja Wajdy, spektaklu „Nastasja Filipowna”- oczywiście na motywach „Idioty” Fiodora Dostojewskiego – miała miejsce 17. stycznia 1977 w krakowskim Teatrze Starym. Wtedy Rogożyna zagrał Jan Nowicki, a księcia Myszkina Jerzy Radziwiłowicz. Później były jeszcze inne Pana-Andrzejowe wersje – teatralna w Tokio i wreszcie - w 1994 roku – film.15 grudnia 2013 widzowie warszawskiego Teatru Ateneum zobaczyli – po raz pierwszy – opartą na koncepcji Wajdy – wizję Dyrektora tej sceny Andrzeja Domalika.

Pisząca te słowa obejrzała ten właśnie spektakl 23 stycznia 2014 r. I w związku z tym ma trochę wrażeń, uwag i obserwacji do przekazania. Wszystkie subiektywne.


Ten emocjonalny, a dla świadków (widzów) niezwykle emocjonujący, dialog i równocześnie pojedynek dwóch mężczyzn Rogożyna (w tej roli Marcin Dorociński) i księcia Myszkina (tu Grzegorz Damięcki) stawia obydwu, jak to u Dostojewskiego, w konfrontacji z sytuacją po ludzku, a także po męsku, życiowo ekstremalną. Obaj kochają, a może tylko są kochani przez?.., tę samą kobietę. Żaden z nich nie może, albo tylko nie chce?,we śnie, czy na jawie?, poradzić sobie ani z meandrami kobiecej duszy, ani z faktem, że rywalem, obojętnie czy w wariancie KOCHAĆ, czy BYĆ KOCHANYM, jest przyjaciel.


Temperaturę wymiany zdań i zderzeń uczuć podnosi okoliczność, że bezradny wobec zaistniałego Rogożyn morduje wcześniej aż ukochaną?, albo tylko zakochaną? Nastasję Filipownę, oraz coraz bardziej tajemnicza psychiczna jedność Myszkina i Nastazji. Czy całość akcji odbywa się we śnie, czy na jawie? To kwestia raczej drugorzędna. A może właśnie pierwszorzędna. To już sprawa punktu widzenia. Dla bezpieczeństwa własnej psychiki chyba zresztą lepiej jej nie rozstrzygać. Choć ascetyczność dekoracji – zasługa Marcina Stajewskiego - i oświetlenia -dzięki pracy Katarzyny Łuszczyk - skłaniają raczej ku oniryczności.


Jeśli chodzi o grę aktorską, to jest to, bez wątpienia kawał dobrej aktorskiej roboty i kawał pozostawionego na scenie serducha obydwu aktorów. Choć mnie może nieco bardziej przekonał do swojej – niezwykle dynamicznej – ekspresji Grzegorz Damięcki (książę Myszkin). Ale to oczywiście kwestia gustu i rodzaju wrażliwości. Bez wartościowania, ani jednego, ani drugiego.


Niewątpliwa natomiast pozostaje opinia, nie tylko moja, że spektakl trzeba zobaczyć. Bo to drapieżna dostojewszczyzna najlepszej jakości.


Ewa Karbowska