Przedstawienie poetycko - wokalnego dorobki Pawła Orkisza uważam za swój intelektualno - duchowy obowiązek.
Zrecenzowałam więc kilka, z kilkunastu istniejących, płyt. Wybór poniższych recenzji nie mają nic wspólnego, ani z chronologią, ani z artystycznymi priorytetami samego artysty. Jedynym kluczem, wedle którego omawiam te, a nie inne, płyty jest mój prywatny, chyba nie taki znów najgorszy, gust. Przydługawy zaś tekst usprawiedliwia moje niezachwiane przekonanie o tym, że Orkiszem upoić się warto. I nie jest to bynajmniej konstatacja.... pochodząca , a w każdym razie nie wyłącznie, z krainy Bachusa.
I.

Z samego „Dna serca" - Paweł Orkisz śpiewa pieśni Leonarda Cohena, albo orkiszowe „kwiaty na śmietniku"

Paweł Orkisz, nawet w całej znanej mi plejadzie polskich bardów, był i jest dla mnie twórcą szczególnym. Zwłaszcza wtedy, gdy zapraszał słuchaczy do wysublimowanego świata swoich pieśni autorskich. O tym jednak innym razem. Dziś chciałabym podzielić się wrażeniem jakie zrobiło na mnie „pawłowe" śpiewanie utworów Leonarda Cohena. Jednym słowem zachęcić jeszcze nie zachęconych do wysłuchania płyty „DNO SERCA - Paweł Orkisz śpiewa pieśni Leonarda Cohena"

Tak to już bowiem z andrychowsko-krakowskim pieśniarzem jest, że gdy zaczyna interpretować dzieła innych, staje się każdym z interpretowanych. Jednocześnie, na szczęście, nigdy nie zapomina być sobą. Nie jest więc, mimochodem, ani Wysockim, ani Okudżawą, ani nikim innym. A równocześnie, choć bywa, po trosze, każdym ze swych idoli, jest przede wszystkim Pawłem Orkiszem.

Podobnie stało się i tym razem, tj. na wydanym po koncercie z 9 czerwca 2007 w Radio Gdańsk dwupłytowym albumie z pieśniami Cohena. Tych 18 niesamowitych utworów, to łącznie 18 muzycznych czarów. W tym „magii czynieniu", w tej duchowej uczcie dla słuchacza wspierają Orkisza znakomici instrumentaliści: Artur Jurek - piano, Jacek Ronkiewicz - skrzypce, Olek Rzepczyński - bas, Adam Skrzyński - perkusja i Wiesław Wódkiewicz - akordeon. W studio dograno chórki (Monika Wołowczyk, Magda i Marian Mędralowie, Robert Klepacz) i gitarę Jakuba Kotyni w jednym utworze.

Gdy słucha się słynnej „Zuzanny", czy ulubionej pieśni P.O. „Okno" (tu z Jego polskimi słowami) nie sposób wyzbyć się wrażenia, że artysta składa pokłon swojej kolejnej - obok Bułata Okudżawy i Włodzimierza Wysockiego - balladowych miłości. Już po pierwszych dźwiękach „Gości", „Zielonego ogarka", czy „Ptaka na drucie" wiadomo, że pora na Cohena przyjść musiała. A musiała zwłaszcza dlatego, że utwory kanadyjskiego barda to kopalnia znaczeń, metafor i subtelnych podtekstów. A skoro tak, to nie mogły nie spotkać się ze, znaną przecież z całej aktywności twórczej, wrażliwością Pawła Orkisza.

Śpiewa je On jednak zupełnie inaczej, niż sam Cohen, czy nawet pierwszy w dziedzinie cohenologii Polak Maciej Zembaty. Utwory brzmią jakby radośniej i cieplej, Są przepojone wręcz dotykalną jasnością. Co zresztą chyba lepiej oddaje współczesnego, występującego z chórkami i bogatym instrumentarium, Cohena.

Istotne, że dla Orkisza liczy się fabuła pieśni. W magii tekstów wyszukuje On ukrytych znaczeń i zamaskowanych subtelnych barw. Delikatnie bawi się przy tym przenośnią i z zachwytem maluje wszelkie życia cudowności, refleksyjności i smutności. Wyjaśnia i pokazuje świat, w którym trzeba szukać zarówno „w śmieciach", jak i „w kwiatach". A najlepiej znaleźć, jak w tytułowej piosence, „gdzieś na serca dnie"...

II.

„Nie zamykajcie proszę drzwi" przed Pawłem Orkiszem śpiewającym pieśni Bułata Okudrżawy

Gdy zaczynam zastanawiać się nad tym, w którym z wykonawców na polskiej scenie balladowej drzemie najbardziej słowiańska dusza - cokolwiek to znaczy - przychodzą mi natychmiast do głowy 3 osoby. Emocjonalnie - intelektualny Mirosław Czyżykiewicz, dynamiczny, choć dawno nie aktywny scenicznie Piotr Berger i, naturalnie, najbardziej z nich magiczny Paweł Orkisz.

Dziś więc o płycie tego ostatniego „Nie zamykajcie proszę drzwi - Paweł Orkisz śpiewa pieśni Bułata Okudżawy" Tych 25 ballad Okudżawy, wykonywanych przez Orkisza z pomocą wybitnych gdańskich instrumentalistów (Ronkiewicz, Wódkiewicz, Rzepczyński i A. Jurek) to przepięknie edytorsko wydany dwupłytowy album. Nagrano go, jak to często u P.O., w czasie pamiętnego koncertu w Radio Gdańsk, 1 marca 2008 roku, a dopracowano w profesjonalnym AMADEUSZ STUDIO.

Koncepcja Pawła Orkisza na wydanie kolejnej płyty z pieśniami Okudżawy to dla naszych współczesnych czasów swoisty egzamin. Teraz, gdy dominuje zupełnie inna muzyka i agresywna poezja, Paweł ma odwagę zaproszenia słuchaczy do dziwnej krainy. Krainy zamyślenia, czułości, pogłębionej refleksji i wspomnianej już przeze mnie rosyjskiej duszy. Czyli do czegoś po czym, jak się zdaje pozostały jedynie wspomnienia nielicznych. I to głównie tych ze starszym numerem PESEL.

Gdy jednak słucham odczarowanych przez Pawła „Butów" majstra Bułata, czy przypominam sobie nostalgię „Ostatniego trolejbusu", czy „Balonika", wydaje mi się, że jest szczypta nadziei na ocalenie sentymentalności, tej w najlepszym gatunku, z okrutnego bałaganu i zgiełku powszechnego zagonienia. Jest oczywiście, tylko pod warunkiem, że zostanie jeszcze kilku takich jak Paweł Orkisz. Takich, cudnie bezpretensjonalnych, magicznych dziwaków. I że brawurowe wykonanie „Maleńkiego jazzbandu nadzieja" my, którzy chcemy, usłyszymy jeszcze nie raz. A i przy balladzie „O papierowym żołnierzyku" albo „A.S. Puszkinie" też uda się wzruszyć.

III.

Płyta „Ja i tak zabiorę cię stąd" to kolejna próba krakowskiego barda, Pawła Orkisza, stawienia czoła legendzie własnego pokolenia. Tym razem tą legendą jest Rosjanin Włodzimierz Wysocki, druga - obok Bułata Okudżawy, choć może, w tym przypadku, właściwsza byłaby odwrotna kolejność nazwisk, fascynacja ludzi Jego generacji.

Na tej płycie Orkisz śpiewa 16 najbardziej znanych utworów Wysockiego, w przez siebie dokonanych przekładach na język polski.

Słyszymy tu i liryczną „Alpinistkę", i refleksję o tym, że „On nie powrócił po bitwie". Kto chce tego niewątpliwie poniosą „Konie narowiste" Choć tu akurat, wyznam szczerze, wolę bardziej drapieżne i, jakby - w mojej subiektywnej ocenie - bliższe Wysockiemu, inne polskie wykonanie tej pieśni, a mianowicie porywającą interpretację Mirosława Czyżykiewicza.

Za to brzmienie „Obławy na wilki" to istny miód na serce. Dowód na to, że nie trzeba naśladować Wysockiego, aby prawdziwie uzewnętrznić swój gniew. Bo Orkisz też krzyczy, tyle, że na swój niepowtarzalny sposób. Paweł też opiewa „Okręty", robi to jednak po swojemu, niekoniecznie z trzewi, ale z duszy na pewno.

Warto tu chyba powiedzieć słowo o aranżacji na tej płycie. Delikatna, zrobiona na klarnet i fortepian, w jednych utworach sprawdza się znakomicie, w innych kategorycznie mniej. Powiadają, że Wysocki często miewał kłopoty aranżacyjne. I co ma z tym zrobić jego, choćby najbardziej utalentowany, interpretator?...

Ale, ale tymczasem wróćmy jeszcze do zawartości płyty. Bo teraz nastąpi wyznanie zgoła intymne. Nic mianowicie nie poradzę na to, że ktokolwiek, nie wiem jak uzdolniony i oddany pracy na artystycznym warsztatem, nie śpiewałby „Lirycznej", to mnie i tak pobrzmiewa w uszach wyłącznie Władimir Siemionowicz Wysocki. Ot, takie już moje człowiecze upośledzenie i ludzka przypadłość. Co nijak nie umniejsza mojej wiary w to, że Paweł Orkisz, podobnie jak zapytany kiedyś o to czy chce być sławny, sam Włodzimierz Wysocki, ma pełne podstawy do tego, by odpowiedzieć identycznie jak Jego mistrz, a mianowicie „chcę i będę".

IV.

Jeśli się „Przechylać", to w dobrym towarzystwie - autorsko - turystyczna płyta Pawła Orkisza



Jeśli ktoś nawet poznał wykonywane przez Pawła Orkisza standardy światowej „balladystyki", a nie poznał Jego dokonań autorskich, to ma bardzo ułomny obraz dokonań tego artysty. „Autorskość" bowiem, tego Twórcy jest tyleż istotna, co niewątpliwie niebanalna. Nadrabianie tej, mam nadzieję, że w wielu wypadkach tylko potencjalnej, luki informacyjnej postanowiłam zacząć od omówienia płyty „Przechyły", która jest właśnie wydawnictwem autorskim.

Nagrano ją w grudniu 2001 roku, jednak zawiera ona pierwsze piosenki tego wykonawcy pochodzące z lat 1975-84, z - jak mówi sam pieśniarz - Jego turystycznego okresu. Wyjątkiem jest tu „Piosenka o zagapieniu", napisana w roku wydania płyty. Pozostałe utwory, znane miłośnikom gatunku w starszych, koncertowych wersjach, brzmią tu oczywiście znacznie lepiej niż kiedyś, tzn. w czasach PAW-ia i PASS-u. Wiadomo, aranżacje staranniejsze i jakość zapisu zdecydowanie lepsza.

Płyta to w sumie 16 piosenek o tematyce żeglarsko-turystycznej. Zwracam tu uwagę na słowo „piosenek", gdyż stosowność jego użycia w odniesieniu do tego, co scenicznie prezentuje Paweł Orkisz jest, moim całkowicie subiektywnym zdaniem, dość rzadka. Bo przeważnie, gdy Orkisz zaczyna śpiewać, to z najbłahszej nawet piosneczki robi się pieśń. No i bardzo dobrze.

Tym razem jest jednak inaczej i też znakomicie. Paweł śpiewa 16 zamieszczonych tu utworów w taki sposób, by nadawały się do wtórowania Mu na łódce, przy ognisku, bądź na szlaku. Nie znaczy to jednak, że zaprezentowane tu utwory to zwykłe „podśpiewadła". Prawie każda z tych, z pozoru prostych melodycznie, piosenek posiada drugie dno. Tekstowe zawsze, aranżacyjne często.

Mnie prywatnie szczególnie porusza głębia i refleksyjność „Modlitwy żeglarskiej" (napisanej na melodię starej szanty „Row on"), czy „Piosenki o jesieni" („Jesień idzie"). Ale i wielbiciele śpiewania „na wesoło" znajdą tu coś dla siebie. Im warto polecić, tylko na przykład, tytułowe „Przechyły", czy „Choćby cały tydzień lało". Miłośnicy klasyki gatunku piosenki turystycznej zasłuchają się zapewne przy, znanej przecież wszystkim, „Piosence o szabli". Jednym słowem, tym razem Orkisz dla wszystkich, choć czy dla każdego... to już nie takie pewne. I tak powinno być.

V.

Pawła Orkisza BALLADY O MIŁOŚCI


Płyta ze śpiewanymi przez Pawła Orkisza BALLADAMI O MIŁOŚCI ukazała się w kwietniu 2005 roku. Na moim prywatnym, otrzymanym od autora, egzemplarzu widnieje odręcznie napisana dedykacja: „...żeby Ci nigdy nie zabrakło miłości i Miłości".

I tak sobie myślę, że w tym właśnie zdaniu zawiera się najistotniejszy powód wyprodukowania tej płyty. Aby ludziom nie zabrakło miłości - zarówno tej, wyłącznie dobrze pojmowanej, własnej, jak i tej doznawanej od innych ludzi - i Miłości doznawanej od Boga, czy Losu i Opatrzności, jak kto woli.

O tej płycie można też z pewnością powiedzieć, że Piewca miłości i Miłości, Paweł Orkisz, genialnie, i jak zawsze bardzo osobiście, wtóruje za innymi, mniej lub bardziej znanymi, ale znakomitymi, piewcami tego najwznioślejszego, choć czasem wyrażanego nader skromnie uczucia. Wśród 18 utworów znajdziemy bowiem i pieśni takich twórców jak: W. Chyliński, G. Marchowski, czy Zb. Adamik, ale również czułe wyznania takich mistrzów jak: B. Okudżawa, L. Cohen, W. Wysocki, J. Siciński, czy wreszcie G. Brassens. Chyba warto, przy okazji, wiedzieć, że aż 9 tekstów pieśni zagranicznych przetłumaczył na język polski sam Paweł Orkisz.

Jeśli chodzi o historię powstawania BALLAD O MIŁOŚI, to było to tak... Wykonawca wybrał na nią jeszcze w końcu lat 80. ubiegłego wieku (sic!) najpiękniejsze ze śpiewanych przez siebie, dla przyjaciół, piosenek o miłości. Siłą rzeczy jest to więc najbardziej subiektywny obraz Jego fascynacji. Obraz tego kogo, czego i jak kochał, oraz tego jak dzięki temu przyjmował i pojmował świat.

Pierwszą wersję płyty nagrano w roku 1991, w Studio Polskiego Radia Gdańsk. Aranżacja na gitarę i akordeon. Znakomitym akordeonistą jest tu mianowicie Wiesław Wódkiewicz. Dopiero w roku 2005 dograno jeszcze bas (bardzo sprawne ręce, ucho i serce Roberta Klepacza) i perkusję (dynamika i subtelność Dominika Klimczaka). Tak zrodził się, muzycznością głęboki, obecny wariant płyty.

Na koniec pozwolę sobie na odrobinę prywaty.

Mnie, niewykluczone, że również z uwagi na stosunkowo wysoki odsetek wschodnich genów wzruszyło na tej płycie wykonanie „Piosenki o mrówce" Bułata Okudżawy. Śmiem twierdzić, że Paweł Orkisz interpretuje ją, jakkolwiek obrazoburczo dla wielu to zabrzmi, lepiej (czytaj: drapieżniej i dobitniej) niż sam autor. Fantastyczne jest również wykonanie jednej z pieśni „błatnych", tj. szemrano-złodziejskich. „Na prospekcie" pobrzmiewa nie tak, jakby wykonawca piosenki nie wychował się w Andrychowie, a w najciemniejszych zaułkach Moskwy, czy mego rodzinnego Petersburga.

Słuchając Pawła uwznioślam się również, tak jakoś szczególnie, przy pieśniach Cohena („Siostry miłosierdzia", czy „Nancy"). Przekonuje mnie również „Jestem mały miś" Brasensa, choć tu wyznam, że słyszałam, naturalnie poza autorskim, inne równie dobre wykonanie, milczącego, niestety, publicznie od lat warszawskiego barda Artura Górskiego.

Generalnie, jeśli trzeba ukoić czyjąś duszę, to BALLADY O MIŁOŚCI Pawła Orkisza są na to sposobem. I to jednym z lepszych, jakie znam.

VI.

Na FALACH NADZIEI z Pawłem Orkiszem pływanie



Nagrana w czerwcu 2002, wspólnie z „Promotorami Zdrowia" w Tarnowie, płyta Pawła Orkisza Fale nadziei to rzecz w tym samym stopniu wzruszająca, co unikalna. Jest to zapis koncertu na rzecz tych, którzy potrzebują nadziei, aby ludzkie zdrowie ratować, jak i tych, którym ta nadzieja potrzebna jest po to, żeby zawalczyć o zdrowie, to subiektywnie najważniejsze, bo własne.

Pawłowi Orkiszowi, obok wspaniałych i jakże często tych samych znakomicie rozumiejących się z solistą, muzyków (Roberta Klepacza - bas, Andrzeja Nowaka - piano, Adama Pukalaka - perkusja, Grzegorza Śmiałowskiego - gitara, czy Janusza Witko - saksofon i klarnet),towarzyszy tym razem - w charakterze osoby zapowiadającej i w istotny sposób komentującej koncert - Małżonka artysty, krakowska aktorka, Pani Izabela Drobotowicz-Orkisz. Dźwiękową pełnię nagrania zapewniają ponadto - w chórkach - Alicja i Aleksander Banasiowie, Joanna Łakomska, Robert Klepacz, Wiesław Król, no i oczywiście, wspomniani na początku, „Promotorzy Zdrowia".

Płyta, którą otwiera i zamyka odgłos kojącego szumu morskich fal, jest w swej strukturze krzepiącą składanką 14, wykonywanych przez Pawła Orkisza tekstów. W głównej mierze są to Jego produkcje autorskie (wśród nich dwie „Piosenka o zagapieniu" i „Modlitwa żeglarska" zaczerpnięte zostały z płyty Przechyły, a trzy inne - „Potrzebny mit", „Nasz dzień powszedni" i „Pieśń o młodych orłach" - pochodzą z mądrze patriotycznej płyty Nie zginęła póki my...". Teksty Orkisza dopełnione zostały przez Psalmy, wiersz Tadeusza Kubiaka „Ty-człowiek" i wiersz Marii Morstin-Górskiej „Jak niewiele po mnie pozostanie".

Przyznam otwarcie, że z reguły nie lubię płyt „składanek". Bo przeważnie bywa tak, że jak coś jest trochę od Sasa, trochę od Lasa, to efekt robi się do niczego. Przy omawianej tu okazji jest jednak zupełnie inaczej. Między innymi, pewnie dlatego, że owa składanka wyszła spod pióra (z głowy/z serca)  tego samego autora i równocześnie wykonawcy. I z pewnością także i z tego powodu, że i teksty, które nie zostały tu przez Orkisza napisane, stanowią z Jego tekstami niezwykle spójną całość. Wszystkie one są przecież o sprawach dla człowieka fundamentalnych. I jakim by truizmem nie miało to trącić, Orkisz - a za Nim ja - powtarzamy, że najważniejsze pozostają: wiara, tytułowa nadzieja i miłość.

Z artystyczno-technicznego punktu widzenia, dla mnie osobiście, najbardziej zaskakujące poruszające i ciekawe okazało się wykonanie pieśni „A Ty to widzisz". Psalm 10 i 12 nie brzmią tu mianowicie jak, zazwyczaj wokalnie monotonna pieśń religijna. To raczej, bardzo dobra, mieszanka pieśni żeglarskiej i protest songu. Poruszające...

W pamięć zapada również interpretacja wiersza Tadeusza Kubiaka „Ty -.człowiek" - ot, zadumanie nad kondycją ludzką. A jeśli chodzi o „Piosenkę o zielonych oczach", to jej podmiotem lirycznym chciałaby chyba być każda kobieta.

Z natury rzeczy tylko wybrane utwory. Polecam jednak całość - doskonale kojący kompres na zbolałą duszę.

VII.

OTO JESTEM, czyli Paweł Orkisz w pieśniach religijnych psalmach Dawidowych

O płycie, zatytułowanej jak jedna z umieszczonych na niej pieśni OTO JESTEM, z lutego 2008, nagranej w Direct Studio z Tczewa, można powiedzieć krótko i patetycznie - DOTKNIĘCIE ISTOTY BYTU. Ale chyba na takim stwierdzeniu, jako zbyt lakonicznym, poprzestać nie warto. Zostanie bowiem wrażenie zbędnego niedosytu. Dodam więc tyle, ile wydaje mi się konieczne, aby temu zapobiec.

Tym razem bard i poeta Paweł Orkisz, wsparty - jak nie raz bywało -instrumentalno-wokalnymi talentami Aleksandra Rzepczyńskiego, Artura Jurka, Macieja Dobrowskiego, Jacka Ronkiewicza, Alicji i Aleksandra Banasiów, Joanny Łakomskiej, Roberta Klepacza i Wiesława Króla, oddając do rąk (serc i uszu) słuchaczy 14 pieśni religijnych i psalmów Dawidowych, mierzy się artystycznie z tym co najważniejsze. Z fundamentami wiary - dla jednych, a podstawami europejskiej cywilizacji - dla drugich.

Tak, czy inaczej, nie sposób nie ulec głębi zarówno, w pełni autorskich, i wręcz intymnych, pieśni religijnych, jak i interpretacji, ubogaconych własną muzyką wykonawcy, psalmów Dawidowych. Ma się wrażenie (zawarte w środku subiektywnie-imperatywnej potrzeby pieśniarza)poetyckiego opowiedzenia prawd religii katolickiej. 14 przedstawionych tu utworów, to nie tylko wyznanie wiary w Boga, to także, a czasami nawet przede wszystkim, manifestacja wiary w człowieka. To także piękna możliwość dania odpowiedzi na te boskie zawołania, na które, większość ludzi, i to - niestety - często niezależnie od swoich przekonań, pozostaje głucha.

Mnie osobiście bardzo poruszyła czułość tekstu i wykonania pieśni „Matuchna" i jakże nieszablonowe, w pieśni „Bramy podnieście swe szczyty", zinterpretowanie Psalmu 24. W zamyślenie popadłam niezwykłe słuchając tytułowego „Oto jestem". Powiało i prawdą wiary, i kwintesencją ludzkiej egzystencji, i... Hamletem. Przy tym ostatnim nie będę się jednak upierać, bo może to tylko ja tak mam...

Niezależnie od wszystkiego, to po prostu przepiękna, warta zadumy, i dająca niezapomniane przeżycia muzyczne, płyta.

Ewa Karbowska