Historyczny i osobisty paradoks - moja rozmowa z Attache Kulturalnym Ambasady Republiki Gruzji w Warszawie, albo wstydliwe wyznanie lingwistki
Pan Vladimir Sadovski, o ile w krótkiej (i prowadzonej przecież na zupełnie inny temat) rozmowie zdążyłam się dobrze zorientować, potomek dawno temu osiadłego w Gruzji Polaka i Gruzinki - mieszkający w kraju swych przodków od trzech miesięcy - nowy Attache Kulturalny Ambasady Republiki Gruzji w Warszawie, okazał się w osobistym kontakcie człowiekiem zarówno bezpretensjonalnym, co uroczym. Mało, że przyjął mnie u siebie z otwartymi ramionami i z całą życzliwością swojej polsko - gruzińskiej duszy, to jeszcze, nie wchodząc w rolę ważnego dyplomaty, którym przecież jest, bardzo dzielnie, z całą ludzką ofiarnością, i bez przybierania jakiejkolwiek vipowskiej pozy, pomagał memu mężowi we wnoszeniu na kręte schody, reprezentowanej także przez siebie placówki dyplomatycznej, wózka inwalidzkiego, którym ja, jako osoba niepełnosprawna, najczęściej, poruszam się po mieście.
Powody mojej wizyty u Pana Attache były, pierwotnie, trzy. Po pierwsze, ponieważ nie mam tzw. „wolnej" gotówki, chciałam zaproponować Mu rozważenie możliwości sprzedaży lub licytacji, za pośrednictwem ambasady gruzińskiej w Warszawie, części nakładu napisanej przeze mnie książki na rzecz ludzi dotkniętych w Jego kraju skutkami rozpoczętego, w nocy z 8 na 9 sierpnia tego roku, gruzińsko - rosyjskiego konfliktu. Pan Attache wzruszył się i zdziwił życzliwie, po czym przyznał, że póki co nie ma realnego pomysłu na wykorzystanie mojej inicjatywy, ale jest za nią, OCZYWIŚCIE, ogromnie wdzięczny i chętnie zastanowi się nad tym, jak wykorzystać ten mój pomysł.

Po drugie powiedziałam Panu Vladimirowi o koncepcji, która wprawdzie zrodziła się w mojej głowie, ale którą udało mi się już zarazić grono zaprzyjaźnionych poetów, bardów i innych, wszelkiej maści artystów, zorganizowania, połączonego najprawdopodobniej z degustacją znakomitej gruzińskiej kuchni, koncertu poezji, głównie tej śpiewanej, na rzecz SOLIDARNOŚCI z Gruzją. Podczas tej imprezy miałyby, w takiej czy innej formie, być także zbierane datki pieniężne na rzecz najbardziej poszkodowanych przez tę najnowszą z wojen na Kaukazie. Tej inicjatywie, i to nawet z zastrzeżeniem, że być może, z powodów czysto technicznych, nie uda nam się jej sfinalizować bardzo szybko, poruszony, co było bardzo wyraźnie widać, emocjonalnie do głębi dyplomata przyklasnął bez chwili wahania. Obiecał mi każdą pomoc, jaka tylko, w planowanym przedsięwzięciu, będzie z Jego strony możliwa.

W obliczu narastającego między nami ogromu, pozytywnych, ale szalenie intensywnych emocji i wzruszeń, trzeci powód swej wizyty, jakim było, powodowane ludzką i dziennikarską ciekawością, uzyskanie pełniejszej informacji o kulturalnej działalności przedstawicielstwa Gruzji w Polsce, zdecydowałam się odłożyć na kiedy indziej. Za dużo było, dla nas obojga na jeden raz.

Na koniec wymieniliśmy się z urokliwym dyplomatą wizytówkami i prezentami. Ja otrzymałam płyty z przepiękną gruzińską muzyką. On kilka egzemplarzy mojej, wyżej wzmiankowanej, książki, kserokopię ostatniego artykułu (KONTRATEKSTY nr 112) o moich przeżyciach i refleksjach w związku z wojną w Jego Ojczyźnie i odbitkę, dokonanego wiele lat temu, przez znakomitego  gruzińskiego poetę Michaila Kvlividze, i zamieszczonego, równie dawno w jednej z tbiliskich gazet, tłumaczenia kilku moich wierszy.

I pewnie nie warto byłoby o tym w ogóle pisać. Zwłaszcza by nie być, szczególnie w obliczu zaistniałego bezmiaru ludzkich tragedii, posądzonym o samochwalstwo. Nie warto by było, gdyby nie jeden, myślę, że dotkliwy dla nas obojga, i to zarówno osobiście, jak i historycznie, choć wstydliwie skrywany między słowami i gestami najlepszej woli, paradoks.

Otóż, zarówno dla mnie - w połowie Polki, w trzech ósmych Rosjanki i w jednej ósmej Gruzinki - jak i dla Niego - pół Polaka, a pół Gruzina - jedynym językiem, w którym mogliśmy się oboje -bardzo precyzyjnie - porozumieć, był ojczysty język facetów, których wojska, mimo licznych medialnych deklaracji odwrotu, stoją właśnie kilkadziesiąt kilometrów od Tbilisi. I nawet świadomość, że tym samym językiem mówili przecież i Sołżenicyn, i Tołstoj , i - na przykład - Jesienin, w tej konkretnej sytuacji, nie bardzo nam pomagała.

Czyja to wina? Z pewnością głównie nasza. Ja, prawie, nie znam gruzińskiego, za słabo, jak na potrzebę omówienia szczegółów, angielski, tudzież wcale nie znam francuskiego. A przemiły Pan Attache za słabo jeszcze posiadł zarówno język swoich męskich przodków, jak i, dostępny mi, niemiecki. Część winy za zaistniały stan rzeczy ponosi zapewne także zrzucić na słusznie miniony system, w którym oboje wzrastaliśmy, a który nie dostarczał nam zbyt silnych bodźców do dobrego opanowania jeszcze większej ilości języków obcych, choć na tle znacznej większości swoich rodaków - i naszych pokoleniowych rówieśników - i tak nieźle wypadamy.

Tymczasem więc szybko, i bez wątpliwości, dogadaliśmy po rosyjsku. Choć wyznam, że było mi odrobinę wstyd, a po głowie chodziła opowieść mojej nieżyjącej babci. Babcia opowiadała mianowicie, że w Warszawie, w czasie hitlerowskiej okupacji, i naturalnie z wyjątkiem sytuacji, w których mogło chodzić o ratowanie ludzkiego życia, żaden przyzwoity człowiek nie przyznawał się na ulicy do znajomości niemieckiego.

Cóż, a może to tylko ja, tym razem, trochę przesadzam.

Ewa Karbowska