A może akurat odwrotnie?  I jakie to ma znaczenie, oraz kogo to w ogóle obchodzi? Słowo i Dmitriju Strelnikoffie.
Ten przydługi, trochę może epicki, a może zaledwie grafomański (niepotrzebne skreślić, według uznania) tytuł moich ,o Nim i Jego książce, refleksji, należy się Dmitrijowi Strelnikoffowi - (polska wersja pisowni imienia i nazwiska zgodna z wariantem stosowanym przez samego autora- ja osobiście, odwołując się do pisowni w języku oryginału, zapisałabym je nieco inaczej, ale co tam, nie moje imię, nie moje nazwisko, sprawa więc także niekoniecznie moja) jak nikomu innemu. Należy mu się mianowicie wcale nie dlatego, że jest prawie tak w swej długości - bo co do sensowności, to już nie mnie sądzić - jak pierwsze, a może nawet i drugie, zdanie niniejszego tekstu. Dmitrij Strelnikoff zasługuje na długaśny tytuł poświęconego Mu artykułu przede wszystkim dlatego, że jedynie tak rozbudowany nagłówek wydaje się być adekwatnie obszerny, naturalnie wobec listy Jego rozległych talentów.
O tym, że Dima, nie żebym była z Panem Strelnikoffem w stosunkach szczególnie poufałych, po prostu każdorazowe pisanie per „Dmitrij" jest dla mnie nijak nieprzystawalne do bezceremonialności niemal każdej rosyjskiej duszy, jest bohaterem telewizyjnego programu „Europa da się lubić" wie w Polsce prawie każde dziecko. Ale już o tym, że jest również dziennikarzem radiowym, prowadzącym - na przykład - w radiowej Trójce, w ramach programu Piotra Barona TU BARON, cykl „Rosyjska pozytywka", wiedzą już tylko niektóre, z reguły te starsze i wybredniejsze intelektualnie, dzieci. Wiedzę zaś o tym, że podmiot, tych tu i teraz czynionych, moich wynurzeń jest także naukowcem biologiem, a w dodatku osobą piszącą - po polsku i rosyjsku -książki (nie piszę, że jest pisarzem, bo pisarzem przy całym szacunku do osoby, o której mowa, jest dla mnie Henryk Mann, albo Balzac, a nie Strelnikoff, o piszącej te słowa już nie wspominając) wiedzą już raczej tylko ci, co umieją czytać, a w dodatku jeszcze dobierać sobie lektury, czyli nasi rodzimi wybrańcy, arystokraci ducha.

Nie zamierzam w tym miejscu ukrywać, że gdybym (15 czerwca br.) nie znalazła się na X Izabelińskich Spotkaniach z Książką, nie miała okazji zamienienia z Panem Dmitrijem kilku słów, tudzież dokonania wymiany barterowej - Jego „Ruski miesiąc" za moją „Wszechstronnie i permanentnie podejrzaną", to pewnie teraz nie pisałabym tego tekstu.

Ale znalazłam się, słowa zamieniłam, wymiany dokonałam, a i książkę nabytą tą drogą przeczytałam (ponieważ najpierw musiałam ją skończyć, nie mogłam podzielić się swoimi przemyśleniami wcześniej) Teraz pora na wnioski.

Człowiek - urokliwy i bezpretensjonalny. Dla mnie, mimo, że urodzonej w Sankt - Petersburgu, z matki Rosjanko - Gruzinki i ojca Polaka, to jednak wychowanej w Polsce (z wszystkimi tego faktu mentalnymi i historycznymi konsekwencjami) jakoś zadziwiająco bliski. Pewnie nie  w tyle, zwłaszcza niektórych, osądach i obserwacjach, co wrażliwości duszy. Książka - na pewno dowcipna, pełna dociekliwych przemyśleń na temat naszych narodowych wad i naszej polskiej kulturowo - społecznej rzeczywistości, nawet jeśli z nie wszystkimi wypływającymi stąd wnioskami się zgadzam, to mistrzostwa słowa, oraz połączonej z wielką wszechstronną erudycją, głębi ducha, odmówić nie mogę. Ewentualna Przyszłość - marzy mi się, inna sprawa czy coś z tego wyjdzie, zrealizowanie, wspólnie z Dimą, jakiegoś, na przykład radiowego, projektu, w którym my, a także zapraszani przez nas goście, moglibyśmy opowiadać, a może i słuchać, różnych historii. Miałyby one być ilustracją prawa, albo i jego braku, do wszelkiej, nie tylko tej dotyczącej nas obojga, narodowościowej, inności. Zawsze naturalnie z wiarą (apropos mojej matce - ateistce na imię Wiera, czyli po polsku Wiara, czyż to nie paradoks ducha języka rosyjskiego i rosyjskiej duszy?), że wszystkie, nasze i nie nasze, „odmieńcze zakręty" zostaną zrozumiane i zaakceptowane, i to nie tylko przez nam podobnych. Tymczasem - ...pomarzyć dobra rzecz.

Ewa Karbowska