Wydarzenia wokół Cypru, na samej wyspie, jak i w Brukseli, Londynie i w Moskwie pokazują, do jakiego stopnia złudne bywa poczucie bezpieczeństwa płynące z dobrego wizerunku, ulotnego dobrobytu i przyzwyczajenia do komfortu.

Nic nie jest stałe, zmiana na gorsze może dotknąć najbardziej optymistyczne społeczności. Cypryjczycy przywykli do dobrostanu, jaki kumulował się przez dziesięciolecia praktykowania polityki taniej flagi, niskich podatków,  ale i braku zainteresowania dla legalności pochodzenia depozytów, wreszcie – mirażu ochrony przez potężnych interesariuszy w Rosji, Unii Europejskiej i City nad Tamizą.

 

Gdy wybiła godzina prawdy, Cypryjczycy muszą zapłacić swoja kontrybucję. Mają jednak w zamian rzeczywistą pomoc: nachylił się nad nimi Międzynarodowy Fundusz Walutowy, swoje twarde warunki postawił ECB, gwarancji udzieliła Komisja. Wszystko, by uchronić malutki kawałek terytorium euro zony. By nie zachwiać i tak już mocno nadwątloną w Grecji, Hiszpanii i Irlandii równowagą wspólnej waluty. Dla jej ochrony najbogatsi – Niemcy w pierwszym rzędzie – gotowi są pójść na koncesje i nie dopuścić do zbankrutowania tej malutkiej wyspy, z której bliżej do Bejrutu niż do Aten.

 

Obrona Cypru, po długiej wojnie w obronie euro w Grecji, to dla przeciwników tej waluty w Polsce wielka nauczka, o ile są oni w stanie czytać i słuchać ze zrozumieniem. Wyobraźmy sobie, że katastrofa finansowa spotyka naszą ojczyznę, że nasz system bankowy obraca się w gruzy, że rozwścieczeni Polacy szturmują banki. Kto nas obroni? Która stolica, która organizacja będzie miała interes, by bronić złotego? Takiego interesu na pewno nie będą miały kraje strefy euro, bo dość im własnych kłopotów. Zresztą, na jakiej podstawie miałyby bronić waluty zewnętrznej, nie powiązanej w żaden sposób z euro?

 

PLN w świecie globalnym jest bezbronny. Kto go obroni?

Piotr Rachtan