Jest źle, bardzo źle, Tusk psuje państwo, panuje ruja i poróbstwo, które spycha nas w przepaść. Jarosław Kaczyński pragnie tak mocno uratować Polskę, tę zbolałą Ojczyznę, że narzędzi i rozwiązań szuka – instynktownie chyba, skoro Trzecia Erpe się nie sprawdziła, w przeszłości.

Edukacja? Zlikwidować gimnazja. Które i PRL już zlikwidował, a skutki tego musiały być na tyle atrakcyjne dla prezesa PiS, że on i dziś chciałby pozbyć się tego zbędnego bagażu.
 

Mieszkań brakuje? Przed 23 laty i wcześniej istniały tzw. książeczki mieszkaniowe – oszczędzającym państwo dopłacało premię, którą winkulowano przy realizacji mieszkaniowego przydziału. Teraz książeczki zastąpiłyby kasy mieszkaniowe, a mechanizm zapewne zostałby ten sam. Z wyjątkiem jednego: musiałby powstać specjalny fundusz, którym ktoś – zaufany, naturalnie – musiałby zarządzać.

 

Zdrowie nam szwankuje, czas najwyższy zlikwidować znienawidzony NFZ i – nie wracając do Kas Zdrowia, bo one miały , przypomnijmy, społeczne rady, które kontrolowały politykę zdrowotną na terenie regionów, a społeczne oznaczają niepewność i brak kontroli – przywrócić państwowa organizację ochrony zdrowia. Tak było właśnie w przeszłości, kiedy wszyscy byliśmy młodsi, piękniejsi i zdrowi i leczenie z pewnością nie było dla nas dzisiejszych – wtedy żadną udręką.

 

Podatki też za komuny były niższe. A nawet do 1977 roku wcale ich się nie płaciło. Dziś podatki są powszechne, bo państwo służąc wszystkim od każdego musi choć trochę dostać. Jeżeli zatem dyskutować, to o tym, jak sprawiedliwiej ciężary rozłożyć.

 

Zaskoczyło mnie, że prezes Kaczyński nie wspomniał o sięganiu do głębokich kieszeni najbogatszych, wdał się natomiast w mętne rozważania o specjalnym opodatkowaniu sieci handlowych (naturalnie, zagranicznych) podatkiem obrotowym – nawiasem mówiąc, nie wiem, jak by z tego PiS tłumaczył się i przed Trybunałem Konstytucyjnym, i przed Trybunałem Sprawiedliwości UE. I jak konsumentom wytłumaczyłby wzrost cen o ten podatek.

 

Powrócił też Kaczyński do projektu opodatkowania banków (ciekawe, czy spółdzielczych też), choć pozostałe instytucje finansowe, jak SKOK-i parabanki przemilczał. Pominął także gigantyczne firmy ubezpieczeniowe, towarzystwa inwestycyjne itd. Wreszcie w tej kategorii uznał za stosowne włączyć najmniejsze nawet firmy do kategorii płatników VAT. Zły fiskus z radością obejmie swą czułą opieką także babcię, sprzedającą trzy warkocze czosnku i każe jej kupić kasę fiskalną.

 

Rodzina. Ta sfera kryje w sobie wiele osobliwych pomysłów. Najbardziej frapuje mnie projekt ulgi, należnej od poczęcia. A co po poronieniu? Automatyczny zwrot czy arbitralna decyzja urzędnika? Co z wcześniejszymi porodami, jak sobie Kaczyński wyobraża obliczenie „tego” dnia? Według kalendarzyka małżeńskiego? A jak się nie sprawdzi?

 

Odkładając na bok żarty, pomówmy o bezrobociu. Komuniści układali dla gospodarki plany pięcioletnie, najdalej – sześcioletnie. Kaczyński jest odważniejszy i liczy dziesięciolecia. W ciągu 10 lat planuje oto stworzyć 1,2 mln miejsc pracy. Gdyby uważniej odrobił lekcje, dowiedziałby się od swoich doradców, że rząd Tuska (dla Kaczyńskiego Polską nie rządzi rząd premiera Tuska, albo Donalda Tuska, tylko rząd człowieka bez imienia) od 2008 roku stworzył – przez 4 lata – 800 tysięcy miejsc pracy. W samej rzeczy, nie trzeba kończyć gimnazjum, by policzyć, że Kaczyński planuje tworzyć 120 tysięcy miejsc pracy rocznie. O 80 tysięcy mniej, niż zrobił to już Tusk. Czy zatem myśli o zwiększeniu bezrobocia?

 

O emeryturach też się wypowiedział prezes. Że należy umożliwić Polakom wybór, między OFE a ZUS. Dziś mogą przebierać, ale tylko między funduszami a do ZUS i tak są przypisani. Tak więc jego propozycja prowadzi do tego, co w ciągu ostatnich 10 lat ujawniło się z całą mocą: że system świadczenia przypisanego jest dużo bardziej kosztowny dla ogółu, czyli dla państwa, od systemu przypisanej składki. I że nie ma idealnego rozwiązania. Za Peerelu rzeczywiście było dla każdego z osobna lepiej – świadczenie było znane, a składka nie miała znaczenia. Wracamy więc do korzeni?

 

I na koniec prezent dla rolników: wrócić mają spółdzielnie rolnicze. Nie kółka rolnicze, nie zespoły rolne, tylko spółdzielnie. Za Peerelu mówiło się, że to są kołchozy. Za nimi tęskni prezes? Bo chyba nie rolnicy.

 

Całość wystąpienia, nazwanego szumnie exposé, przypominała wyścig z Donaldem Tuskiem, który zapowiedział jesienią wystąpienie programowe z zapowiedzią kolejnych reform. Kaczyński chciał zdążyć i pierwszy uwieść Polaków ofertą darmowych obiadów. W tym wyścigu prezes zachowuje się jak ci, którzy na początku lat 70. ubiegłego wieku postawili przy drodze do Dubnej w ZSSR tablice następującej treści „W 1975 godu pragonim SSzA w proizwodstwie stali”, „ W 1975 godu pragonim SSzA w proizwodstwie ugła” itd. Przed samą Dubną zaś zarząd dróg postawił tablicę dotyczącą bezpieczeństwa ruchu drogowego” „Nie uwierien – nie praganiaj!”.

No właśnie.

Piotr Rachtan