Doświadczenie bliskie śmierci zmusza do przewartościowania priorytetów i wartości. Gospodarka globalna właśnie przez takie doświadczenie przechodzi, pisze Joseph Stiglitz, laureat Nagrody Nobla w swojej książce pt „Freefall. Jazda bez trzymanki”, którą Polskie Towarzystwo Ekonomiczne przekazało do rąk polskiego czytelnika.


Każdy dzień wykazuje, że potrzebujemy nowej polityki i nowych działań publicznych. Rynki bowiem nie mają zdolności pełnej autoregulacji, a polityka monetarna w wykonaniu banków centralnych nie zapewni efektywnej gospodarki ani pomyślności narodów. Z tą przestrogą, 10 lat temu Stiglitz z hukiem opuścił stanowisko głównego ekonomisty Banku Światowego, wykazując, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Rezerwa Federalna spartaczyły wszelkie działania, które mogły pomóc Tajlandii i Indonezji w latach 90. w wydobyciu się z kryzysu.

Kiedy ten przekroczył progi Ameryki, Stiglitz rozwinął swoje tezy dodając, że rezygnacja z regulacji nałożonych na system finansowy może być groźniejsza, niż ryzyka, które ma ona redukować, a to z powodu asymetrii informacji, która towarzyszy każdemu rynkowi oraz „nieprzejrzystości” sektora finansowego, z którą zmagają się rządy.

 

Tytułowa jazda bez trzymanki to globalny wyścig instytucji finansowych do bram Edenu, w którym dźwignie finansowe sięgają wartości 100, a premie za udział w zyskach stają się sześciocyfrowe. W jeździe bez trzymanki banki i ich klienci powielają jednak los lemingów, bo tam, gdzie miała być brama do Edenu, jest jedynie przepaść. „Freefall. Jazda bez trzymanki” to epopeja o kryzysie światowym, wyjaśniająca jego mechanizmy, nie stroniąc od prezentacji złych bohaterów (nie tylko osoby pokroju K. Laysa – prezesa Enronu, czy Bernie Madoffa, ale też Greenspana, który, jak pisze Stiglitz, z pozycji arcykapłana zjechał na pozycję łajdaka), ukazania wielkich złudzeń, zbiorowej głupoty, a także w tle cierpienia zwykłych ludzi. Inaczej niż antyczna, epopeja ta nie jest w stanie zaprezentować pozytywnych postaci. Rok 2011 znowu uaktualnił myśl Stiglitza. W chwili pisania tego tekstu Chiny i USA przestrzegły Europę przed grożącym jej kryzysem zadłużenia. Do Europy przylatuje Timothy Geithner, amerykański sekretarz skarbu, który przekonuje do pomocy bankom i przestrzega przed cięciem wydatków i podnoszeniem stopy procentowej, co jeszcze niedawno było zalecane jako lekarstwo przez MFW. Dzisiaj, kiedy kłopoty banków posiadających greckie obligacje grożą nawrotem recesji w USA, lekarstwa MFW odłożono na półkę.

 

Stiglitz rozbraja bastiony pojęciowe głównych winowajców, wyjaśniając finansową nowomowę i obnażając kłamstwa. Dla Amerykanów ta historia, która wydarzyła się na ich oczach, jest bardziej zrozumiała. Dla nas, mimo znajomości wskaźników, jest ciągle egzotyczna. Najbogatszy kraj świata żył ponad stan. Na tym wspierała się siła amerykańskiej gospodarki. Potrzebowała ona ciągłego wzrostu konsumpcji, co z powodu stagnacji dochodów w U.S.A., można było osiągnąć jedynie poprzez zaciąganie kredytów i konsumpcję taką, jakby dochody rzeczywiście rosły. Korzystał z tego cały świat. Niskie stopy procentowe i luźne regulacje stworzyły raj rosnących cen i dochodów w sektorze budownictwa mieszkaniowego. Tempo wzrostu cen nieruchomości kupowanych na kredyt umożliwiało bankom dalsze kredytowanie klientów. „Firmy udzielające kredytów hipotecznych wciskały na siłę pożyczki milionom ludzi, z których wielu nie wiedziało, w co się pakują. Banki z radością skupywały te kredyty i po ich przepakowaniu sprzedawały nieświadomym niczego inwestorom. Kolejne banki generowały nowe produkty, które – choć promowane jako instrumenty do zarządzania ryzykiem – były tak niebezpieczne, że przyczyniły się do doprowadzenia amerykańskiego systemu finansowego na skraj przepaści. Agencje ratingowe, które powinny kontrolować rozwój tych toksycznych instrumentów, przyznawały im zamiast tego pieczęć aprobaty – co skłoniło fundusze emerytalne szukające bezpiecznych sposobów lokowania w USA i gdzie indziej, do ich nabywania. Ten typ zadłużania się był oparty na ryzykownym założeniu, że ceny domów będą stale rosły, zaś ryzyko niespłacenia kredytów hipotecznych (szczególnie typu subprime udzielanych osobom o najniższych dochodach) nie będzie specjalnie wysokie. Jeszcze większy błąd rynek popełnił ufając agencjom ratingowym i bankom inwestycyjnym, które przepakowywały kredyty subprime’owe na nowe produkty z oceną AAA. Banki były zadowolone. W niektórych wypadkach zła wycena ryzyka wynikała ze sprytnej kalkulacji: banki były przekonane, że w razie kłopotów Fed i Departament Skarbu udzielą im finansowej pomocy – i miały rację. Swoiste, „liberalne” podejście Wall Street do rzeczywistości.”

 

Prawie ¾ gospodarki amerykańskiej miało związek z nieruchomościami: stan rzeczy, którego nie można było już dłużej utrzymać. Pierwsze potknięcie dotyczyło najgorszych kredytów hipotecznych typu subprime (udzielanych osobom o najniższych dochodach). Warunki, na których udzielano kredytów uległy, po zbankrutowaniu Lehman Brothers, dalszemu pogorszeniu. W obliczu wysokich kosztów kredytu – o ile w ogóle mogły go zdobyć – i słabnących rynków, firmy reagowały redukcją zapasów. Zamówienia gwałtownie spadały. Przez rok eksport Japonii spadł o 35.7 proc., Niemiec – o 22.3 proc. W samych Chinach 20 milionów ludzi straciło pracę. Miliony domów w Ameryce szły w sekwestr bankowy z powodu niespłaconych kredytów, a ceny nieruchomości gwałtownie spadały. Bezrobocie wciąż rosło, a setki tysięcy ludzi zbliżały się do końca wydłużonych okresów pobierania zasiłków dla bezrobotnych.. W 2008 roku w USA zniknęło 2 miliony miejsc pracy, a ponad 6 milionów Amerykanów pracowało w niepełnym wymiarze godzin. Indeks Dow Jones spadł prawie o jedną czwartą. Pod koniec 2008 roku Bush oznajmił w orędziu, że wie „co to za problemy i ma narzędzia, których nam trzeba, żeby je naprawić”. Bankructwo Lehman Brothers ujawniło zagrożenie dla dziesiątków instytucji finansowych i potrzebę wielomiliardowych zastrzyków pieniędzy.

 

Chociaż polityka MFW wobec innych krajów rzadko dopuszczała interwencję rządu w gospodarkę, ani Bush ani Obama nie mieli wątpliwości, co robić. Wielkość gwarancji i pomocy finansowej udzielonej zagrożonym bankom zbliżyła się pod koniec 2008 roku do 12 bilionów dolarów, tj. do wartości 80 proc. amerykańskiego PKB. Nie wszystkie gwarancje zostały zrealizowane, ale niejako na boku Fed tytułem zastawu przyjmował niższej jakości aktywa i skupował kredyty hipoteczne. Jak pisze Stiglitz, był to pokaźny prezent dla banków, w dodatku ukrywany przed podatnikami. Pierwszej pomocy udzieliła administracja Busha, która po upadku Lehman Brothers, nacjonalizacji Fannie Mae i Fredie Mac oraz wpompowaniu pieniędzy w AIG (200 mld dol.), stworzyła Program Pomocy Zagrożonym Aktywom (Troubled Asset Relief Program [TARP]) w wysokości 700 mld dol. Potem szły następne akcje ratunkowe. Niektóre banki ratowano po kilka razy, np. Citybank. Pytanie dlaczego to, co jest rządową interwencją, ekonomista podważający efektywność rynków, nazywa „wielkim amerykańskim rozbojem”? Jest to bodaj jeden z większych paradoksów książki, bądź zagadnienie, które na taki paradoks wygląda. Wszelka publiczna pomoc dla sektora finansowego, który ma fundamentalne wady, jest interwencją nieskuteczną i narażoną na tę samą asymetrię informacyjną, co zachowania rynków. Systemy finansowe zaś, szczególnie amerykański , po pierwsze cechuje brak sprzężenia między korzyściami dla społeczeństwa i nagrodami dla osób prywatnych. Jeżeli nie są one ze sobą spójne, system rynkowy nie może działać dobrze. Po drugie, niektóre instytucje stały się zbyt duże-żeby-upaść i bardzo kosztowne w ratowaniu. Niektóre są zbyt duże, żeby nimi dobrze zarządzać. Po trzecie, „zwyczajne” banki przeszły do sekurytyzacji, czyli - upraszczając – zamiany należności na papiery wartościowe. Ma ona pewne zalety, ale należy się nią posługiwać ostrożnie. Po czwarte, wyżej wymienione banki naśladowały strategię wysokiego ryzyka, charakterystyczną dla banków inwestycyjnych. Po piąte wreszcie, zbyt wielu bankowców zapomniało, że powinni być odpowiedzialnymi obywatelami. Nie powinni więc żerować na najuboższych i najbardziej narażonych na krzywdę. Rynki finansowe Ameryki przestały realizować swoje podstawowe funkcje społeczne polegające na zarządzaniu ryzykiem, źle alokowały kapitał i zachęcały do nadmiernego zadłużania się.

 

Stiglitz odwołuje się też do fundamentów kapitalizmu, jak bankructwo, w którego wyniku dłużnicy firmy (właściciele obligacji) przejmują ją od właścicieli (akcjonariuszy). Jest to sensowne i niezbyt dramatyczne. Kłopot zaczyna się z chwilą, gdy pojawiają się firmy, które upaść nie mogą. Są zbyt duże. Zbyt ważne.

 

Kłopot z kryzysem polega na tym, że ma on silny kontekst globalny. Największym problemem jest luka między globalnym popytem i globalną podażą. Jedna część świata żyje ponad stan, podczas gdy druga produkuje znacznie powyżej poziomu swojej konsumpcji. Stiglitz prezentuje tu ograniczony optymizm, wierząc w możliwość uzgodnienia adekwatnych regulacji na forum podobnym to G-20

 

Otóż wydaje się, że nie interwencja, ale regulacja jest w centrum myśli ekonomicznej Stiglitza. „Nie mamy wyboru, jeżeli chcemy przywrócić trwałą prosperity, potrzebujemy nowego zbioru umów społecznych opartego na zaufaniu między wszystkimi elementami naszego społeczeństwa, między obywatelami i rządem, między obecnym pokoleniem i przyszłym”. Ta myśl Stiglitza jest interesująca zarówno dla socjaldemokratów, jak i konserwatystów, przynajmniej z tradycji wigowskiej, (najmniej, być może – dla liberałów). Inaczej obecny kryzys - owo doświadczenie bliskie śmierci - okaże się bezwartościowe, a przyszłe pokolenia będą żyć w ersatz-kapitalizmie, bądź, jak mówią najwięksi pesymiści: orwello-kapitalizmie.

 

Paweł Badzio (Nowe Życie Gospodarcze)