Wygrane przez Platformę i Donalda Tuska wybory nie ostudziły zapału PiS i jego prezesa do uznawania premiera i jego ugrupowania za uzurpatorów, którym władza wpadła w ręce przypadkiem i niewątpliwie wkrótce zostanie odebrana. By jednak to nastąpiło, musi stać się coś strasznego, najlepiej jakiś wielki kryzys, który zmiecie Tuska i odda władze w ręce godniejsze.

Najbardziej prawdopodobny może być efekt upadku euro, cio natychmiast spowodowałoby wyprzedaż złotego, wzrost kursu dolara i  przekroczenie progu ostrożnościowego 55, a może nawet i 60%. Rewizja budżetu, ostre, dramatyczne cięcia wydatków socjalnych  i trach, wcześniejsze wybory. Taki jest plan PiS, którego codzienna poranna modlitwa o katastrofę przypomina porzekadło „skuś baba na dziada”. Niedwuznacznie mówią o tym sam prezes i jego famulusi.


Rzeczywistość jednak jest nieubłagana. W Unii Europejskiej Donald Tusk postrzegany jest jako szef państwa, które radzi sobie w tych okropnych czasach całkiem, całkiem. Agencje ratingowe za nic mają ciche westchnienia prawicowej opozycji i nie zamierzają obniżać wyceny polskiego długu. A nawet gorzej, przebąkują o jego podwyższeniu, byle rząd ruszył z reformami.
Tymczasem jest jeszcze gorzej: mamy oto wciąż trzy kwartały optymizmu w naszej polskiej realnej gospodarce.
25 października GUS ogłosił wyniki gospodarcze trzech kwartałów 2011. Zdaniem statystyków „obserwowano stabilne, umiarkowane tempo wzrostu polskiej gospodarki, mimo utrzymującej się niepewności w gospodarce światowej i osłabienia koniunktury w wielu krajach europejskich. ... Tendencjom wzrostowym w gospodarce towarzyszyła podwyższona inflacja i nieco większe niż przed rokiem bezrobocie, przy umiarkowanej dynamice wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw.”


To rzeczywiście optymistyczne wiadomości, szczególnie w kontekście narastającej wokół Polski paniki, którą wywołuje oczekiwanie na cios kolejnej fazy globalnego kryzysu. Gdy chwieją się systemy finansowe poszczególnych, już nie tylko tych najmniejszych państw – członków strefy euro, ale tych zaliczanych do G-7, jak Włochy, a ślad za tym rośnie prawdopodobieństwo załamania systemu strefy euro, humor Polaków nie opuszcza. Trudno się dziwić, gdy poprawia się wyraźnie sytuacja na rynku pracy: przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w okresie styczeń – wrzesień br. zwiększyło się o 3,6% w skali roku, ale stopa bezrobocia była tylko o 0,3 pkt proc. większa niż przed rokiem. Rosną płace (nominalne wynagrodzenia wzrosły rok do roku o w sektorze przedsiębiorstw o 5,1%), rośnie produkcja sprzedana (o 7%) i wydajność pracy (o 4,5%). I choć badania koniunktury nie wskazują na dobre nastroje przedsiębiorców, to w rzeczywistości gospodarka ma się nieźle, wskaźnik inflacji stopniowo zaczął maleć, a wskaźnik tempa wzrostu produktu krajowego brutto w III kwartale nie odbiegał istotnie od drugiego, gdy PKB wzrósł o 4,3 proc.  Także lepiej, niż przewidywano, mają się finanse państwa: w okresie styczeń-wrzesień br. wydatki budżetu państwa ukształtowały się na poziomie 226,9 mld zł, a dochody – 205,0 mld zł. W rezultacie odnotowano deficyt w wysokości 21,9 mld zł, co stanowiło 54,5% kwoty założonej w ustawie budżetowej na 2011.
Jak się domyślam, wiceszefowa PiS Beata Szydło skomentuje to w ten sposób, że w IV kwartale nastąpi z pewnością spowolnienie, a po nim – zawał.


Na koniec warto spytać tych, którzy wciąż Donalda Tuska uważają za lenia, nieudacznika i ladaco, czy wyobrażają sobie oni udział w ostatnich wydarzenia w Brukseli Jarosława Kaczyńskiego, gdyby wygrał wybory i właśnie został premierem? Jak Klaczyński debatowałby w tych okolicznościach zawieruchy i niepewności z Andżelą Merkel, prezydentem Sarkozym, premierem Berlusconim? I mam też do nich prośbę, by w miejsce ministra Jacka Rostowskiego, prowadzącego obrady Ecofinu i opowiadającego wice pani Christine Lagarde, umieścili w kadrze ekranu telewizyjnego poseł Beatę Szydło, podobno głównego eksperta od finansów w PiS, która musiałaby w szczegółach relacjonować swoim kolegom – ministrom nie tylko stan polskiego budżetu i utwierdzać ich w oparciu o dane GUS w przekonaniu, że Polska ma gospodarkę zdolną oprzeć się falom kryzysu, ale także – jako przewodnicząca Ecofinu, prowadzić obrady tego gremium. W języku, oczywiście.
Prawda, jaki śmieszny to obraz?
Piotr Rachtan