Im bliżej daty wyborów, tym chętniej komentatorzy, publicyści, obserwatorzy i sami politycy wypowiadają się na temat programów gospodarczych poszczególnych partii. Ci ostatni najchętniej mówią o projektach rywali, media zaś starają się ocenić, porównać i pochwalić to, co ma przyciągnąć uwagę czytelników.

Politycy szukają skutecznych narzędzi pomagających wygrać, a nie koniecznie realizacji swoich - zawsze słusznych - poglądów i filiacji.
Ocena poszczególnych programów może prowadzić na manowce, zwłaszcza że w okresie przedwyborczym obserwuje się festiwal obietnic, często nie mających żadnego uzasadnienia gospodarczego, a jedynie znaczenie polityczne. Przywódcy partii najchętniej nachylają się z wielką troską nad ubogimi, wykluczonymi, nad niedożywionymi dziećmi oraz dyżurnymi „emerytami i rencistami, którym zawsze brakuje do pierwszego albo na lekarstwa”.


W tej kampanii pojawiły się jednak nowe akcenty - klasa polityczna zaczyna powoli rozumieć, że aby dzielić, trzeba wytworzyć. To jest rzeczywiście całkowita nowość, gdy prezes Jarosław Kaczyński rozprawiał, z niezwykłą, jak na niego, swobodą, o podatkach i innowacyjności. O przyjaznym państwie, o prostym formularzu PIT, o mniej czy bardziej naiwnych pomysłach połączenia podatku od dochodów osobistych (PIT) z podatkiem firm (CIT). Spójrzmy na to nie okiem szydercy, który dostrzega właśnie naiwność tego rozwiązania, ale komentatora, który docenia intencje. No właśnie, i tu dochodzimy do sedna: jakie są prawdziwe, skrywane starannie intencje poszczególnych partii i polityków? Czy możemy uznać, że ich programowe zobowiązania, zapisane w projektach, manifestach i wypowiedziane w oficjalnych oświadczeniach odzwierciedlają to, o co im w rzeczywistości chodzi? Czy więc chcą oni reformować Polskę, w ten sposób i przy pomocy tych właśnie narzędzi, które odnajdujemy w tych enuncjacjach? A może chcą tylko władzy...

Kabaretowe występy przewodniczącego SLD z paletą fałszywych stuzłotowych banknotów, z którą pojawił się 19 września przed Ministerstwem Finansów miała dowodzić, że chce on rzeczywiście znaleźć pieniądze na realizację swoich obietnic. Mają one kosztować 20 mld zł, jednak wypytywany o źródła wyrażał skromnie nadzieję, że pieniądze się znajdą. W oświadczeniach programowych SLD nie widać ani pomysłu, ani nawet wiedzy o stanie prawa w dziedzinie finansów. Kiedy SLD, ustami swojego szefa proponuje obniżenie akcyzy na papierosy, bo to zwiększy wpływy do budżetu (zniknie przemyt tanich papierosów ze Wschodu) nie wie widać, że Polska stosuje najniższą dopuszczalną w Unii Europejskiej stawkę, nie ma więc przestrzeni do jakiejś obniżki. Nadzieje na poważne zwiększenie wpływów budżetowych z obniżki akcyzy na alkohol mogą się nie spełnić: po pierwsze, powtórka z akcji prof. Marka Belki w 2003 niekoniecznie musi nastąpić, a po wtóre wtedy budżet dostał raptem 250 mln zł. Jak na konieczność pokrycia owych 20 mld zł, to trochę mało. G. Napieralski pragnie też zaoszczędzić, wycofując nasz korpus z Afganistanu. Nie wie widać, choć jego przyszły minister obrony podpowiedzieć mu to powinien, że udział Polski w wojnie afgańskiej finansowany jest z budżetu MON, a wydatki na armię są u nas stałe – to wynika z zobowiązań w NATO – wynoszą 1,95% PKB. A zatem zaoszczędzone na wyprawie afgańskiej pieniądze zostaną wydane w kraju. Koniec, kropka. Możemy pominąć spektakle lewicy i uznać je właściwie za występy rozrywkowe – gdyby traktowała poważnie swoich wyborców, byłaby w stanie wskazać choćby osobę, która mogłaby podjąć się obowiązków ministra finansów. Na trzy tygodnie przed wyborami jest to najgłębiej skrywana tajemnica sztabu wyborczego SLD.

Inaczej jest po stronie partii władzy: tu, jak zapewniają członkowie sztabu Platformy Obywatelskiej, wszystkie pomysły, angażujące finanse publiczne były konsultowane z ministrem Jackiem Rostowskim. Powinny więc mieć pokrycie w prawdziwym, a nie fałszywym pieniądzu. Nawet gdyby udało się zrealizować wszystkie proponowane 21 punktów (wzorem 21 postulatów gdańskich z 1980 roku), nie powinno to naruszyć równowagi budżetowej. Nawet stworzenie specjalnego funduszu zabezpieczającego wypłaty przyszłych emerytur, a finansowanego z dochodów z wydobycia gazu łupkowego jest warunkowe: Donald Tusk, jak doświadczony polityk, nie idzie na łatwiznę, używa zawsze trybu warunkowego właśnie.

Obserwator teatru politycznego wie z doświadczenia, a ono jest najlepszym doradcą, że w życiu jest inaczej, niż w deklaracjach. I to z dwu powodów: po pierwsze procesy społeczne i gospodarcze rozwijają się w kierunkach i tempie nie do przewidzenia nie tylko w średnim, ale nawet w krótkim okresie. Kiedy Donald Tusk wygłaszał przed 4 laty swoje exposé, nikt nie przeczuwał, że za rogiem czai się kryzys, że upadek wielkiego amerykańskiego banku omal nie pociągnie na dno globalny system finansowy, a za nim - światową gospodarkę. Że za chwilę powodzie spustoszą południowo-wschodnie województwa, a na koniec - że spadnie samolot z prezydentem i ministrami. Życie weryfikuje bezwzględnie, a nieraz brutalnie najlepsze, najbardziej realistyczne plany; czasem je unicestwia i zmusza do zmian nie tylko w polityce gospodarczej, ale także w fundamentalnych założeniach ideowych. Rząd Donalda Tuska musiał porzucić marzenia, jeszcze młodzieńcze, z czasów "Przeglądu Politycznego", o całkowicie liberalnym państwie i takiej gospodarce.
Drugi powód to rzeczywiste, głęboko skrywane plany, które po dojściu do władzy można wreszcie realizować. Władza daje bowiem narzędzia, pozwalające wcielić w życie dawno wyrażane idee i plany. To jest przypadek Jarosława Kaczyńskiego. Dziś zachowuje się on jak prawdziwy oportunista, który widząc, że życie toczy się swoim torem, dostosowuje się do tego i zmienia głoszone tezy na bardziej realistyczne. Czy jednak Kaczyński oportunistą jest? A może jest zręcznym aktorem, który zakłada kolejną maskę, która ma umożliwić mu objęcie władzy i zaprowadzenie porządku na sposób od pewnego czasu znów skrywany? Jeszcze przed rokiem ze zdziwieniem i pewnym niedowierzaniem, choć z aprobatą słuchaliśmy apelu do przyjaciół Rosjan...

Zainteresowanie się gospodarką przez Prawo i Sprawiedliwość nie wygląda na szczere. Szczerość bowiem wymagałaby zaangażowania fachowców, którzy sformułowaliby realistyczne projekty oraz mocnego walnięcia się w piersi – w końcu to niektóre zaniedbania bądź błędy z lat 2005 – 2007 obciążyły gospodarkę w okresie recesji. Nie ma co zrzucać na ówczesną opozycję tej odpowiedzialności, to nie ona inicjowała obniżenie podatków i danin, nie ona realizowała zbędne wypłaty, nie ona – wreszcie – projektowała budżet a także nie ona zaniechała  prywatyzacji.

Czy zatem plany naprawy gospodarki, reformy finansów, wsparcia dla przedsiębiorców są dla PiS ważne? A przede wszystkim- czy są one prawdziwe? Dotychczasowe doświadczenia każą użyć formuły Walerego Wątróbki: myślę, że wątpię.  Zaskoczony niespodziewanym pytaniem człowiek odpowiada odruchowo tak, jak myśli naprawdę. "Produkt krajowy rósł, ale dochód narodowy spadł, bo był import" - powiedział Jarosław Kaczyński w czasie sławnej debaty między nim a parą dziennikarzy TVP i Polsatu, zapytany o ocenę gospodarki pod rządami Platformy Obywatelskiej.
Jego późniejsze wywody - w Krynicy - nie są wiarygodne. Nie są też wiarygodne pomysły udogodnień dla biznesu. Dokumenty polityczne należy czytać bardzo uważnie. Zazwyczaj publiczność ocenia intencje polityków i ugrupowań politycznych po spektakularnych konferencjach prasowych, połajankach czy bulwersujących wywiadach. Nic bardziej mylnego – prawdziwe cele kryją się w projektach politycznych, i to nie tych nacelowanych na doraźne cele wyborcze.
Najbardziej wyrazistym, najtrudniejszym zarazem jest choćby projekt państwa, który zawarto w dokumencie ze stycznia 2010 roku pt. „Projekt nowej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej” podtrzymanym jeszcze w rok po katastrofie, gdy Jarosław Kaczyński zapowiedział, że „system polityczny, system społeczny, system gospodarczy jest w Polsce do zmiany”.
 
Nie będziemy tu omawiać osłabienia roli Trybunału Konstytucyjnego, podporządkowania sądownictwa prezydentowi, możliwości użycia wojska do tłumienia zamieszek, rządzenia przy pomocy dekretów itd. Spójrzmy, co PiS planowało zrobić w sferze nam najbliższej - gospodarczej.
Najlepsze, jak i najgorsze pomysły reformatorskie trzeba jakoś finansować. Obecna konstytucja bardzo precyzyjnie określa warunki, jakie musi państwo musi spełnić dla zachowania równowagi finansów publicznych. Konstytucja wyznacza tzw. próg ostrożnościowy, po którego przekroczeniu rząd musi podjąć działania restrykcyjne. Wszyscy obserwatorzy życia gospodarczego wiedzą, że według art. 216 „ Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu
krajowego brutto”. To jest granica nieprzekraczalna, o ile Konstytucja nie zostanie zmieniona.  Jak wiadomo, centralnym bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. "Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość polskiego pieniądza. Organami Narodowego Banku Polskiego są: Prezes Narodowego Banku Polskiego, Rada Polityki Pieniężnej oraz Zarząd Narodowego Banku Polskiego.” Tymczasem dla PiS jedynym zadaniem konstytucyjnym NBP jest emisja pieniądza. O
odpowiedzialności za jego wartość nie ma śladu.

W projekcie PiS nie ma też śladu po RPP, nie mówiąc o konstytucyjnych ograniczeniach polityki finansowej państwa. Takie rozwiązanie otwiera drogę do swobodnego traktowania złotego i budżetu państwa. Są w konstytucji z 1997 roku inne jeszcze ograniczenia w sferze fiskalnej: "Zwiększenie wydatków lub ograniczenie dochodów planowanych przez Radę Ministrów nie może powodować ustalenia przez Sejm większego deficytu budżetowego niż przewidziany w projekcie ustawy budżetowej." Oraz: "Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa.".  Milczenie PiS w tej sprawie wskazuje, że będzie ono potrzebować środków na sfinansowanie swoich politycznych zamiarów i że będzie ich szukać na przykład w nadmiernej emisji pieniądza.
Znamienne są różnice w sposobie powoływania prezesa NBP: obecnie powoływany jest on "przez Sejm na wniosek Prezydenta Rzeczypospolitej, na 6 lat." PiS chce prezesa zależnego: "Prezesa Narodowego Banku Polskiego powołuje na 5 lat Prezydent Rzeczypospolitej za zgodą Senatu

Także w dziedzinie zarządzania majątkiem publicznym prezydent uzyskuje specjalną pozycję, której obecna konstytucja nie przewiduje. Gwarantować ma to Prokuratoria Generalna. Projekt tak to opisuje: „Ochronę interesów majątkowych Skarbu Państwa i innych państwowych osób prawnych oraz ich obsługę prawną wykonuje, w zakresie i na zasadach określonych w ustawie, Prokuratoria Generalna Skarbu Państwa. ...Prezydent Rzeczypospolitej powołuje i odwołuje
Prezesa Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa na wniosek Prezesa Rady Ministrów.” Dziś prezydentowi nic do polityki Prokuratorii Generalnej, której prezesa powołuje premier na wniosek ministra Skarbu Państwa.

Czy można więc dać wiarę projektowi z Krynicy? Jarosław Kaczyński podsumowując dyskusję powiedział, że jeśli ustawy przygotowywane przez PiS wejdą w życie, Polska będzie miała prostszy, wygodniejszy i łatwiejszy system podatkowy. "Będziemy mieli system proinwestycyjny, który nie będzie prześladował pracy, nieporównywalnie mniej arbitralny i (...) mniej represyjny. (...) Ten system (obecny - PAP) niekiedy niewinnych ludzi zamyka w więzieniu, a z drugiej strony ludzi, którzy są winni, w więzieniu nie zamyka. A wręcz przeciwnie, daje im zupełnie spokojnie żyć" - zaznaczył. Oczywiście, pominął kwestię represyjności systemu w latach 2005 - 2007, gdy PiS było u władzy. Za komentarz do projektu najlepiej może służyć wypowiedź dr Bohdana Wyżnikiewicza z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową: "Program podatkowy PiS jest przesiąknięty duchem rywalizacji politycznej. Inwektywy pod adresem obecnego systemu podatkowego - że jest represyjny, arbitralny i antyrozwojowy - są niesprawiedliwe. Wspieranie innowacyjności poprzez system fiskalny - co proponuje PiS - jest nieskuteczne. Były już takie próby i kończyły się fiaskiem. Wprowadzenie podatku bankowego - co postuluje PiS - jest krytykowane przez ekonomistów, ponieważ podatek ten blokuje rozwój gospodarczy. Obciążenie podatkiem bankowym prowadzi do podrożenia kredytów”.

Poświęcamy tyle uwagi Prawu i Sprawiedliwości, gdyż po Platformie Obywatelskiej tylko ta partia ma szansę przejąć władzę po wyborach. Przezorny wyborca musi być świadomy oferty politycznej i znać prawdziwe zamiary takiej siły, jaką PiS stanowi.
Nie warto rozważać wszystkie pomysły i projekty każdej z partii, idącej do wyborów, reguły kampanii są takie, że - dyktuje im to doświadczenie - najskuteczniejsza jest licytacja gruszek na wierzbie: wy dajecie tablety, to my damy likwidację formularza PIT. Jak jedni zaproponują ulgi na trzecie i kolejne dzieci, to inni przebiją sięgnięciem "do głębokich kieszeni". Rytualne licytacja nie powinna nikogo z publiczności - czyli wyborców - podniecać. Ważne jest jednak, by wyborcom uświadamiać prawdziwe intencje partii politycznych, ich cele rzeczywiste, a nie deklaracje o trosce dla małego przedsiębiorcy, rodzinnego gospodarstwa rolnego czy ubożejącego inteligenta. Oni mają wrzucić kartkę do urny. Partie zaś obejmujące władzę albo będą powoli, cierpliwie reformować kraj, gospodarkę, integrując Polskę z Europą, albo będą przerabiać społeczeństwo na miarę swoich wyobrażeń, broniąc Narodu przed wrogim wokół światem, otaczając go murem historii, ksenofobii, uprzedzeń i niechęci, na siłę zlepiając systemem tradycyjnych piastowsko-chrześcijańskich wartości, o co zadbać mieliby ludzie, znani z niechlubnych wcześniejszych dokonań i zawracający gospodarkę w stronę nakazowo-rozdzielczą..
Piotr Rachtan (wersja artykułu, opublikowanego we wrześniowym numerze miesięcznika Nowe Życie Gospodarcze)

 

Komentarze

kibic | 2011-10-02 13:35

a czy przypadkiem żenada polityków odnośnie spraw gospodarczych, nie jest emanacją wiedzy jaką o gospodarce ma polskie społeczeństwo? Przecież lepiej uwierzyć że się wszystkim wszystko należy, nic tak dobrze nie robi na samopoczucie jak rozdawanie nie swoich pieniędzy.