W związku z panującą obecnie atmosferą kryzysową politycy, dziennikarze i eksperci prześcigają się w przedstawianiu bądź krytykowaniu wszelkich pomysłów, które mają przywrócić "zdrową ścieżkę wzrostu gospodarczego". Niestety mam wrażenie, że większość z nich nie analizuje przyczyn obecnych problemów, ale opiera się na demagogicznych przesłankach lub świadomie wprowadza ludzi w błąd kierując się potrzebą zdobycia poklasku.
Wbrew pozorom zasady rządzące wolnym rynkiem są banalnie proste, choć wymagają kilku chwil na prześledzenie pewnych zależności i wyciągnięcie z nich wniosków. Niestety zrozumienie tych zasad wydaje się być obce zarówno obecnej klasie politycznej, jak i większości obywateli, dlatego postanowiłem odwrócić kota ogonem i wymyśliłem następującą historyjkę - od razu zaznaczam, że celowo uprościłem rzeczywistość.

A zatem wyobraźmy sobie kraj, który nie istnieje - Nibylandię. Załóżmy, że w kraju tym bezrobocie jest symboliczne i dotyczy w ogólnym ujęciu ludzi chorych, bezrobotnych z wyboru i obecnie szukających nowego zajęcia. Podatki są niskie i konsumowane na potrzeby niewielkiej biurokracji, sądów, wojska i policji oraz infrastruktury komunikacyjnej. Ubezpieczenia emerytalne i zdrowotne są całkowicie prywatne, jedynie zasady ich funkcjonowania określa prawo, tak, aby obywatel nie mógł być dyskryminowany ze względu na wiek, choroby, czy dochody.

Nibylandzki model gospodarczy można przedstawić na prostym przykładzie zależności pomiędzy producentami, przetwórcami, usługodawcami i wreszcie konsumentami. I tak: górnik wydobywa węgiel, energetyk dostarcza energię, rolnik dostarcza żywność, piekarz korzystając z energii i produktów rolnych wypieka chleb a konsument płaci za produkt finalny piekarzowi. Każdy z wymienionych jest także konsumentem. Przynosi to dochód wszystkim wymienionym. Gdzieś obok pracuje fryzjer, który dba o nienaganną fryzurę górników, piekarzy i wszystkich innych. Wszyscy płacą podatek, który ze względu na niską jego wysokość nie jest zbyt uciążliwy. Nie opłaca się również oszukiwać w szarej strefie - zysk mizerny, a ryzyko duże. Taka idylla trwa już od jakiegoś czasu, więc ludzie przywykli do stabilnych zasad prawnych, społecznych i gospodarczych, a że są statystycznie dobrymi ludźmi, to i w potrzebie sobie pomogą.

I nagle coś się zmienia.

Pojawia się w telewizji Polityk, który "uświadamia" ludziom, że są w tym kraju biedni i bogaci, że część ludzi szukających pracy nie ma za co żyć. Trzeba im pomóc zanim znajdą nową posadę i na czas określony dać im zasiłek. Ale, żeby to zrobić prosimy dobrych ludzi, żeby zgodzili się łaskawie na niewielki wzrost podatku na ten szczytny cel. Oczywiście nie od wszystkich jednakowo - od najbardziej zamożnych można wymagać większych wyrzeczeń - wprowadźmy progi podatkowe. Dobrzy ludzie oczywiście się na to godzą, bo przecież sami kiedyś mogą potrzebować pieniędzy na czas szukania nowego zajęcia.

No i jest! Pomogliśmy bezrobotnym!

Ale co się stało? Bezrobocie nam wzrosło! Jakim cudem?

Ano takim. Bezrobotni przestali się spieszyć ze znajdowaniem nowego zajęcia, gdyż przez jakiś czas mają skromne, ale jednak źródło utrzymania. Mogą więc powydziwiać, a nuż się znajdzie lepsza oferta pracy. Niestety obliczenia Polityka wzięły w łeb i nie starcza na zasiłki dla nowych bezrobotnych - jest ich więcej niż było. Apelujemy więc do dobrych ludzi ponownie o cierpliwość. Zrzućmy się jeszcze odrobinkę na biednych ludzi, bo bezrobocie nam wzrosło!

Ano wzrosło, ponieważ konsument zapłacił fiskusowi więcej niż zwykle i kupił odrobinę mniej chleba (cena chleba również wzrosła o podatek piekarza), później niż zwykle poszedł do fryzjera (również droższego o nowy podatek). Piekarz sprzedał mniej chleba, więc gdy spadła mu produkcja to zwolnił pracownika. To samo dotknęło wszystkie zawody. Ludzie wydali o wzrost podatku mniej na produkty i usługi, które zdrożały o ten sam wzrost podatku - błędne samonakręcające się koło.

Ale Polityk czuwa i troszczy się o dobro społeczeństwa. Szanowni obywatele! Dziękujemy wam za dobre serca i pomoc potrzebującym. Nie jest tak źle jakby się wydawało. Co prawda przybyło nam bezrobotnych, ale część z nich udało nam się zatrudnić w urzędach do obsługi rosnącego bezrobocia. Będzie dobrze. Niestety pieniędzy nam znowu brakuje, poszły na pensje nowych urzędników. Jest jednak dobra wiadomość, nie chcemy już was zbytnio obciążać podatkami. Mamy prężną gospodarkę, więc pożyczymy odrobinę od banków. Oddamy jak się nam koniunktura poprawi a nasz program walki z bezrobociem zacznie przynosić oczekiwane rezultaty.

Niestety, jak to z koniunkturą bywa, nie chce się ona nijak podporządkować wszechstronnej wiedzy polityków. Ludzie mieli mniej gotówki, więc mniej kupowali lub bardziej się zadłużali. Coraz więcej pieniędzy potrzebował budżet, więc po kroczku łupił bogu ducha winnych ludzi to nowymi podatkami, akcyzami, odsetkami od zaległych deficytów itp. Trafiło też i ubezpieczenia. Światły Polityk znów uświadomił społeczeństwu, że skoro ludzie zarabiają mniej, więc dostaną mniejsze emerytury - trzeba im to zrekompensować z podatków. Ubezpieczenia zdrowotne też łupią biednych, więc wprowadźmy jeden kontrolowany i sponsorowany przez państwo system publicznej opieki zdrowotnej! I tak dalej, i tak dalej Polityk wydawał coraz więcej nie swoich pieniędzy, żeby tylko w kolejnych wyborach dostać wystarczającą ilość głosów. W międzyczasie doszło do niezauważonej przez nikogo prawdziwej tragedii. Ludzie przekonani, że Państwo troszczy się o wszystko, przestali sobie nawzajem pomagać - nadeszła nowa choroba społeczna -  "znieczulica".

Czy jesteśmy nadal w Nibylandii, czy już w Polsce? Jeśli taki system trwa latami, to nie tyle jest się z niego ciężko wycofać, ale nawet cofnąć o kroczek. Trzeba by przecież komuś zabrać.

ZABRAĆ?!!!

Tu należy chyba zabronić politykom używania słowa "zabrać". Zapamiętajmy: MNIEJ DAWAĆ tego, co komu innemu zabrano. I gdzie tu chrześcijańskie nie kradnij?

Czy się zagalopowałem? Nie mi to oceniać, ale czy jakikolwiek człowiek, któremu jest ciężko, przejdzie się po sąsiadach i każdemu wyciągnie po "stówce" z szuflady? Nie. Lepiej to zrobić rękami urzędników. Zawsze to ich można nazwać złodziejami i spać spokojnie. Oczywiście podatki i wydatki socjalne, to tylko jeden z najbardziej istotnych czynników, wpływających na kondycję gospodarki. Nie jedyny. Wielkie znaczenie ma też zdrowe, proste i skuteczne prawo, którego obecnie brakuje oraz czynniki zewnętrzne. Nie namawiam również nikogo do popierania skrajnie „dzikiego kapitalizmu", gdyż żadna skrajność nie przynosi pozytywnych skutków. Problem polega na tym, że w obecnym systemie osiągnęliśmy skrajność przeciwną. Dalej już są tylko „dyktatury proletariatu".

Czy zapomnieliśmy już gdzie jest „złoty środek"?

Przemysław Obszański

Komentarze

kibic | 2011-04-20 11:01

a gdzie będzie miejsce na głupoty związków zawodowych w tej Nibylandii.No bo chyba tam aż tak pięknie nie jest,żeby nie było podpalaczy opon.