Idiotyczne ględzenie posła Wikińskiego o odpowiedzialności ministra finansów Jacka Rostowskiego za wysokie ceny to już nie tylko prymitywne naśladownictwo prezesa PiS i jego smutnej poseł Szydło, ale przede wszystkim dowód intelektualnego niedostatku oraz wciąż żywych wspomnień ze szczęśliwej dla lewicy przeszłości.
Żeby wypowiadać się autorytatywnie o takim zjawisku, jak ceny żywności, konieczna jest przede wszystkim wiedza o zjawiskach ekonomicznych w skali kraju, kontynentu i świata, o meteorologii, agrotechnice i rynkach finansowych. Oczywiście, głowa skromnego posła, nawet jeśli jest z lewicy, nie obejmie tych wszystkich trudnych zagadnień - bo skąd niby magister prawa i ekonomii ma je znać. Skąd ma on, na przykład, wiedzieć, że wektor obniżenia akcyzy na paliwo, czego poseł W. oczekuje od ministra finansów, jest skierowany przeciwnie do wektora obniżenia deficytu finansów państwa? Ale może autor tych niepoważnych pomysłów wie lepiej.

Ponieważ najwięcej uwagi w swoich ostatnich wystąpieniach polityk lewicy poświęcił rynkowi produktów rolnych, posłuchajmy ekspertów i zapytajmy takiego profesora Jerzego Wilkina, co o tym sądzi [prof. dr hab. Jerzy Wilkin jest kierownikiem Zakładu Integracji Europejskiej w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, a także kierownikiem Katedry Ekonomii Politycznej na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego]. Jego opinii warto posłuchać::

„Obserwator Finansowy: - Czy obecny wzrost cen żywności jest dla Pana niespodzianką?
Prof. Jerzy Wilkin: Nie. Ceny żywności zauważalnie rosną od 2006 roku i nie jest to tylko zjawisko polskie czy europejskie. To jest światowy trend, z którym moim zdaniem, będziemy mieli do czynienia jeszcze przez wiele lat.
- Można było ten trend przewidzieć?
Tak. Bo jeśli taki kraj jak Chiny ma kilka lat z rzędu tempo wzrostu 10 proc. PKB, czy jak Indie – 7 proc. PKB, to ludność obu tych krajów gwałtownie się bogaci. Tak się rodzi popyt, także na żywność. Ale czy światowa produkcja żywności nadąża za zwiększonym popytem? Tu pojawiają się wątpliwości. Co prawda na świecie są jeszcze duże możliwości wzrostu produkcji rolnej, na przykład więcej ziemi może być użytkowane rolniczo, ale w Chinach te możliwości są bardzo ograniczone ze względu na duże zanieczyszczenie, zakwaszenie i pustynnienie gruntów rolnych. Nie można też lekceważyć  problemu ocieplenia klimatu, który dla Europy ma jeszcze małe znaczenie, ale dla Australii, światowego giganta w produkcji zbóż – ogromne. Jeżeli te czynniki zaczynają nakładać się na siebie, jak na przełomie 2010 i 2011 roku, to ceny żywności na światowych rynkach rosną znacząco.”


Inny ekspert, dr Adam Koziołek, który jest absolwentem Uniwersytetu w Getyndze, a w Polsce prowadzi 300 hektarowe gospodarstwo rolne a także firmę konsultingową, twierdzi (również dla www.obserwatorfinansowy.pl):
„Sprawdziłem kilka liczb, które podaje GUS. Według danych tej instytucji ceny pszenicy w okresie od roku 1999 do 2010 wzrosły z 430 do 580 zł za tonę. Oznacza to wzrost ceny w ciągu 11 lat o 35 proc. Jak ten wzrost cen był skorelowany ze wzrostem ceny chleba? Cena 1 kg chleba w 1999 roku wynosiła 1,81 zł a w 2010 r. – 3,20 zł – to wzrost o 80 proc. Korelacja między cenami chleba a pszenicy wydaje się być jednak niewielka – choćby dlatego, że w latach, w których ceny pszenicy spadały ceny chleba dalej rosły.
Nie powinno to dziwić, bo znacznie większą rolę w koszcie całkowitym wyprodukowania chleba odgrywają koszty – i ich wzrost – energii oraz płac. Cena zboża stanowi zaledwie 9 proc. Wzrost cen płodów rolnych pozostawał w tym okresie również daleko za wskaźnikiem cen towarów i usług konsumpcyjnych, który, jeśli za rok bazowy wziąć 1998 r., wzrósł o 60 proc. Podobnie niekorzystnie rozwierały się nożyce cenowe jeśli porówna się wzrost cen środków do produkcji rolnej. Cena tony mocznika w tym roku wynosi 1400 zł w 1999 r. można go było kupić za 540 zł.
Wzrost cen zboża nabrał tempa od początku tego roku, obecnie za tonę pszenicy uzyskuje się 930 zł. Piekarze zapowiadają wzrost cen chleba. Miejmy nadzieję, że nie zapomną o tym, że udział zboża w kosztach jest niewielki. Po raz pierwszy od przeszło 20 lat wrócił na usta Polaków także temat cukru – jest, nie ma, ile kosztuje i czy w Niemczech faktycznie jest taniej. Bo, że podrożał, to wiadomo. Czy plantatorzy buraka cukrowego są beneficjentami tego wzrostu? W 2004 roku po wejściu Polski do Unii Europejskiej i objęciu rolników Wspólną Polityką Rolną ceny buraków wynosiły około 46 euro za tonę. Po reformie unijnego rynku cukru rolnicy za tonę buraka otrzymują 26 euro. Co prawda obecnie minister rolnictwa walczy o to, aby rolnicy partycypowali we wzroście cen cukru, ale dopiero czas pokaże czy jego działania przyniosą efekty.
Rację mają eksperci, którzy uważają obecny wzrost cen produktów rolnych za trwałe zjawisko.”


Poseł Marek Wikiński w swoim otoczeniu ma osoby, które dobrze mu doradzą, jak rozwiązać w prosty i logiczny sposób trudny i zawiły na pozór problem galopujących cen. Dostępne są dokumenty, które wesprą intelektualnie pana posła. Oto 3 czerwca 1953 wydany został „Dekret o ustalaniu cen, opłat i stawek taryfowych”, zgodnie z którym „Rada Ministrów ustala:
1) ceny detaliczne artykułów powszechnego użytku lub wytyczne dla ustalania tych cen,
2) opłaty i stawki taryfowe za podstawowe usługi świadczone ludności,
3) ceny skupu produktów rolnych, roślinnych i zwierzęcych oraz innych objętych obowiązkiem dostaw lub kontraktacją,
4) ceny sprzedażne podstawowych surowców i artykułów dla produkcji rolnej.”

Dekret zastąpiony zastał ustawą z dnia 26 lutego 1982 r. „o cenach”, która wyróżniała 3 rodzaje cen: ceny urzędowe, ceny regulowane oraz ceny umowne.

Według artykułu 3 tej ustawy „cenami urzędowymi są ceny ustalane przez właściwe organy administracji państwowej.
Ceny urzędowe ustala się na niektóre:
1) środki spożycia i usługi, mające podstawowe znaczenie dla kosztów utrzymania lub ochrony zdrowia ludności,
2) środki produkcji i usługi, mające podstawowe znaczenie dla kosztów wytwarzania,
3) podstawowe produkty rolne, skupowane przez jednostki gospodarki uspołecznionej.
Art. 5. 1. Cenami regulowanymi są ceny ustalane przez sprzedawców lub ich zrzeszenia na podstawie zasad określonych przez właściwe organy administracji państwowej.”


Do posłów lewicy należy teraz tylko rozstrzygnąć, czy w walce z drożyzną lepiej oprzeć się na Dekrecie z 1953 r czy wystarczy Ustawa z 1982 roku.
Oczywiście, opinie uniwersyteckiego profesora, od 40 lat badającego zawiłości ekonomiki polskiego rolnictwa, czy też doktora – plantatora, który zna nie tylko mechanizmy rynkowe, ale zależności plonów od klimatu i nawożenia, a zysków – od rynku, można uznać za stronnicze i podszyte metafizycznym lękiem przed dyktatorskim premierem. Jednak zdecydować się trzeba, wyborcy opozycji oczekują przecież, jak kania dżdżu, błyskotliwych pozytywnych propozycji. Wybór jest, ja osobiście doradzałbym Ustawę´1982, zwłaszcza, że żyje jej autor, minister „Chrupiąca Bułeczka” Zdzisław Krasiński. Może on właśnie, jako ekspert, wskaże SLD najlepsze rozwiązanie i razem zatrzymają w ten sposób galopadę cen żywności oraz posła Wikińskiego.
Piotr Rachtan

Komentarze

kibic | 2011-03-30 13:09

na ministra finansów krzyczą też pracodawcy a w PB dostał złotą malinę.Każdy tam jakąś rację ma, ale nie ma ministra, który każdemu da i obniży deficyt.Moim nic nie wartym zdaniem,te wszystkie wygłupy to efekt kampanii wyborczej a spektakl z odwoływaniem ministrów, dopiero się zaczyna.

pemba | 2011-03-30 15:55

Dwa uzupełnienia do tego, co napisał Piotr Rachtan. 1. Szybki wzrost gospodarczy Chin (1.400 mln ludzi) i Indii (1.200 mln ludzi) powoduje ich bogacenie się i wzrost popytu na towary dotąd dla nich niedostępne (np. samochody, benzynę...). Wzrost popytu szybszy od wzrostu podaży generuje wzrost cen na całym śiwiecie. W dodatku w obu tych krajach w sumie przybywa rocznie kilkadziesiąt milionów ludzi - rośnie popyt na żywność. 2. Jednym z powodów obecnej drożyzny w Polsce jest słaby złoty w stosunku do dolara i euro. W efekcie, wszystko co kupujemy z zagranicy, kupujemy drożej.

pemba | 2011-03-30 16:02

A teraz drobna refleksja. Szanowni Westmeni, także Polacy, użalali się nad ludnością biednych krajów, że tak ich Zachód wykorzystuje. Gdy zaczęli zarabiać, to płaczemy, że u nas ceny rosną. A rosną, bo chińskie, indyjskie (indonezyjskie, filipińskie, tajskie...) podzespoły i komponenety nie są już takie tanie, jak były i będą coraz droższe. Poza tym pamietam, jak kilka lat temu PiS domagał się osłabienia złotego. No to mamy słaby złoty i tego efekty. Niech więc PiS nie płacze, że drogo. Ma, co chciał.

kibic | 2011-03-30 19:42

Pis jest od tego żeby płakać,bo mu zawsze żle i sami wrogowie go otaczają.Niestety ma pewną grupę swoich wyznawców i gazet,tak że jego krzyki są brane na serio przez "prawdziwych Polaków".