Szanowne Społeczeństwo Obywatelskie,
W ostatnich tygodniach zdałem sobie sprawę, jak ciężkich wykroczeń dopuściłem się w trakcie publicznej debaty na temat OFE. Nie chcę skończyć jak Józef K, który do końca nie rozumiał, na czym polega jego wina. Ja już zrozumiałem i chciałem się przyznać. 

Nie wiem tylko, jak dotrzeć do Tego, który będzie podejmował decyzję w mojej sprawie. Usiłowałem to zrobić w trakcie poświęconej OFE debaty zorganizowanej przez Prezydenta Komorowskiego. Niestety, ze względu na nałożone limity czasowe wypowiedzi moje wyznanie winy było dalece niepełne, a w relacjach prasowych i tak zostało zredukowane do kwestii drugorzędnych. Rozumiem decyzję dziennikarzy, którzy w swych przekazach skoncentrowali się przede wszystkim na wypowiedziach profesorów Hausnera i Balcerowicza – wszak to oni w sposób najbardziej wszechstronny i trafny scharakteryzowali przedmiot debaty. Nie zmienia to faktu, że moja sytuacja jest naprawdę trudna. Mam jednak nadzieję, że tą drogą uda mi się dotrzeć do Prawdziwych Decydentów – przyznanie się do winy zanim zapadnie wyrok to moja ostatnia szansa.  
Ale zacznijmy od początku. Jestem tylko ekonomistą i nie znam się na prawie, a Konstytucję Rzeczpospolitej – wstyd się przyznać - zaledwie przejrzałem. Kiedy więc prof. Balcerowicz i prof. Hausner ogłosili, jak daleko rząd może się posunąć w kwestii zmian systemu emerytalnego pomyślałem, że mamy w polskim parlamencie trzecią izbę, w skład której wchodzą byli wicepremierzy, a izba ta decyduje jakie przedłożenia rządowe mogą trafić pod obrady pozostałych izb naszego parlamentu, a jakie nie. Znajomy prawnik wytłumaczył mi jednak, że się mylę, a wspomniani profesorowie są wysłannikami Społeczeństwa Obywatelskiego. Społeczeństwo obywatelskie, jakie znam, to po prostu społeczeństwo, którego obywatele – indywidualnie lub zrzeszeni w organizacje - angażują się w kwestie publiczne. Dlatego sadziłem, że ja też jestem częścią społeczeństwa obywatelskiego. Ale chyba nie o to społeczeństwo obywatelskie chodzi, skoro nikt nie postuluje by rząd zawarł ze mną kompromis w sprawie OFE, a tak wielu wypowiadających się w kwestii OFE uważa się, że kompromis z Balcerowiczem i Hausnerem, jako wysłannikami Społeczeństwa Obywatelskiego jest absolutnie niezbędny. Nie wiem, kim lub czym, jest owe Społeczeństwo Obywatelskie, ale musi być bardzo potężne i groźne, skoro wspomniani publicyści z dobrego serca przestrzegają demokratycznie wyłoniony rząd by z nim nie zadzierał. Sądzę, że zwykły obywatel, jakim jestem, tym bardziej powinien się mu bezwarunkowo podporządkować. I to właśnie czynię moim wyznaniem winy.
Po pierwsze wyznaję, że nie rozumiałem jak to jest z tym długiem publicznym. Bardzo spodobał mi się pomysł prof. Balcerowicza, który zainstalował licznik długu w Warszawie, bo sądziłem, że każdy wzrost długu publicznego jest groźny dla gospodarki. Dopiero po wypowiedziach prof. Balcerowicza i prof. Rosatiego zrozumiałem, że z długiem publicznym jest jak z cholesterolem – jest dobry i zły.   Zły, to ten, który będzie finansował wypłaty dla żyjących jeszcze emerytów, podwyżki dla nauczycieli, budowę dróg. Dobry dług to ten, który finansuje transfer składek do OFE. Zdaniem prof. Rosatiego cały dług, który już został zaciągnięty jest dobry. Tak sobie tłumaczę jego opinię, że jeśli rząd wprowadziłby jakieś oszczędności w wydatkach publicznych to broń boże nie powinien ich wykorzystać do zmniejszenia długu publicznego, tylko zainwestować za pośrednictwem OFE na giełdzie, bo dzięki temu przyszłe emerytury będą wyższe, może nawet o kilka procent. Oczywiście! Mój błąd polegał na tym, że niewłaściwie zinterpretowałem wynik wyliczenia, z którego wynika, że utworzenie OFE będzie w długim okresie kosztowało budżet rocznie 2%-4% PKB. Skoro całe roczne wydatki na emerytury to około 5% PKB, to wydawało mi się, że jeśli uznamy za absolutnie konieczne podniesienie o kilka procent emerytury, możemy zamiast tworzyć OFE dopłacić do tej emerytury z budżetu. 10% dopłaty do każdej emerytury oznaczać będzie wydatek w wysokości 0,5% PKB, więc po co wydawać 2%-4% PKB? Nie zdawałem sobie sprawy, że dopłacając do emerytur tworzymy zły dług, natomiast dopłacając do OFE, które wypłacają dzięki temu wyższe emerytury tworzymy dobry dług. Przecież OFE, ten cudowny wynalazek generała Pinocheta, zamienia schabowego w ociekający nasyconymi tłuszczami filet z łososia!
Przyznaję też, że zupełnie nie rozumiałem skąd się bierze wzrost gospodarczy, mimo że jako student ekonomii w czasach komunizmu miałem okazję zapoznać się z modelem wzrostu, z którego wynikało, ze wzrost gospodarczy zależy po prostu od stopy inwestycji – im więcej inwestycji, tym większy wzrost. Ta prosta zasada była podstawą komunistycznej polityki gospodarczej – wystarczyło zmusić społeczeństwo do zaciśnięcia pasa i dużo inwestować, a dobrobyt sam miał na nas spłynąć jak manna z nieba. Miliony zagłodzonych na śmierć w ramach tej polityki Ukraińców są najlepszym dowodem słuszności tej polityki – nikt by przecież nie głodził ludzi bez potrzeby. Niestety, kiedy komunizm zbankrutował, nikt mi nie wytłumaczył tej oczywistej dla mnie dziś prawdy, że - jak to zwykle miało miejsce w komunizmie - teoria była dobra, tylko zawiódł tzw. czynnik ludzki. Dlatego arogancko uznałem, że skoro komunizm zbankrutował, to nie powinniśmy dłużej uznawać tej zasady za słuszną. A przecież już kilka lat temu, miałem okazję wysłuchać na jednej z konferencji wystąpienia prof. Gomułki i inż. Jeremiego Mordasewicza, którzy tłumaczyli, że Polska, aby się rozwijać musi podwoić stopę inwestycji z obecnych 20% do co najmniej 40%. Nadal sadziłem, że ważniejsza od stopy inwestycji jest trafność ich alokacji, a tę można osiągnąć pozwalając ludziom i przedsiębiorstwom inwestować tyle, ile uważają za stosowne i w to, co ich, a nie władz gospodarczych, zdaniem przyniesie największe zyski. Nie rozumiałem, że po transformacji, problem czynnika ludzkiego - który tak fatalnie wpłynął na losy komunizmu - został rozwiązany. Zamiast Hilarego Minca, Władysława Gomułki i Piotra Jaroszewicza mamy przecież Jerzego Hausnera, Stanisława Gomułkę i Leszka Balcerowicza. Społeczeństwo Obywatelskie nie jest więc skazane na lekkomyślne decyzje zwykłych obywateli.
Mój upór w trwaniu w błędzie wynikał jak sadzę, z prostackiego rozumienia idei liberalizmu i wynikających z niego poglądów na rolę państwa. Sadziłem, że liberalizm to afirmacja wolności, a przymus to jej zaprzeczenie. Ograniczenie wolności dopuszczalne jest tylko w stopniu, w jakim chroni wolność innych. Państwo jest właśnie przede wszystkim po to, by chronić naszą wolność, a także, by zapewnić co najmniej minimum egzystencji tym obywatelom, którzy z niezależnych od nich powodów sami sobie jej zapewnić nie są w stanie – bo brak takiego minimum, to także drastyczne ograniczenie wolności obywatelskiej. Dopiero przedstawione w czasie debaty o OFE argumenty wysłanników Społeczeństwa Obywatelskiego pozwoliły mi zrozumieć, jak bardzo się myliłem. W przypadku  przymusu także bowiem obowiązuje zasada zdrowej diety: istnieje dobry przymus i zły przymus. Bo przymus może być liberalny, albo socjalny. Próba rezygnacji z liberalnego przymusu to etatyzm. Państwo też jest złe lub dobre, w zależności od tego, do jakiego rodzaju przymusu się ucieka. Gdy państwo nie chce obniżyć podatków, bo chce wypłacać świadczenia socjalne, albo finansować oświatę, to jest to ten zły przymus. Ale zawarte dziesięć lat temu porozumienie między rządem, związkami zawodowymi i organizacjami przedsiębiorców zmuszające obywateli do inwestowania na giełdzie to dobry przymus. Nie można z niego rezygnować, pozwalając obywatelom by sami zdecydowali, gdzie ma być przekazywana ich składka emerytalna, nawet, jeśli miałoby to być przeprowadzone stopniowo, tak by nie wywoływać zamieszania na rynkach finansowych. Także ograniczenie takiego przymusu dla zapewnienia większej stabilności emerytur byłoby szkodliwym etatyzmem. Nie wolno też ograniczać dobrego przymusu w celu zmniejszenia długu publicznego i w dłuższej perspektywie podatków. To też jest etatyzm, którego liberalnie nastawieni wyborcy rządzącej partii, nie mówiąc już o Społeczeństwie Obywatelskim, nigdy tej partii nie wybaczą.
Podobnie jest z Państwem. Państwo, które nakłada na obywateli obowiązek udzielania mu pożyczki w formie składki ubezpieczeniowej, to państwo złe, a jego zobowiązania to puste obietnice polityków, bo przecież ciecia emerytur to niezawodnym sposób na zwycięstwo w wyborach. Co więcej, obywatele mogą odmówić płacenia składek i wtedy państwo, nawet gdyby chciało, nie będzie w stanie spłacić swoich długów wobec emerytów. Natomiast państwo, które zadłuża się na rynku i przekazuje te pieniądze OFE, to dobre państwo, a przyszli emeryci mogą spać spokojnie. W części, którą OFE inwestują nie giełdzie nie ma mowy o niedotrzymaniu zobowiązania, bo żadnego zobowiązania nie ma – OFE do wypłaty jakiejkolwiek konkretnej sumy z inwestycji w akcje się nie zobowiązuje. Z kolei część inwestowana w obligacje jest bez porównania bardziej bezpieczna niż pieniądze wypłacane z ZUS. Im więcej bowiem państwo emituje akcji na rynku, tym łatwiej jest mu ten dług spłacać. Nie rozumiałem tego dopóki Janusz Jankowiak w trakcie debaty nie zwrócił mi uwagi na problem płynności i koncentracji ryzyka. Im mniej państwo emituje długu, tym mniej płynny jest rynek obligacji i tym mniej jest inwestorów posiadających te obligacje, czyli budżet jest coraz bardziej zależny od coraz mniejszej liczby inwestorów. W najgorszej sytuacji są kraje mające dług w wysokości zaledwie kilku procent PKB. Te kraje cały czas balansują na granicy niewypłacalności. Dlatego właśnie tak wiele krajów ma dług publiczny około 80% PKB, a tak niewiele w okolicy 8%! Propozycja rządu by część składki dotychczas inwestowanej przez OFE w obligacje przekazać do ZUS to niechybna droga do katastrofy gospodarczej.
Po tym jak gwałtownie Leszek Balcerowicz w trakcie debaty prezydenckiej zareagował na wypowiedź, która mogła być zrozumiana jako przypisywanie mu chęci obrony OFE, ja także deklaruję, że w żadnym wypadku nie chcę bronić OFE. Chciałem tylko zasugerować rozwiązanie, które pozwoliłoby Powszechnym Towarzystwom Emerytalnym uniknąć niezręcznej sytuacji w jakieś się obecnie znajdują i zapobiec znacznie bardziej niezręcznej sytuacji, w jakiej mogą się znaleźć w przyszłości. Wydawało mi się, że prywatne firmy lepiej odnajdują się w sytuacji, gdy ich klienci kupują ich usługi na zasadzie dobrowolności, a to, ilu klientów powierzy im ile pieniędzy, zależy od tego, jak skutecznie potrafią konkurować z innymi prywatnymi firmami oferującymi podobne usługi. Dlatego sugerowałem by OFE docelowo włączyć do III filaru systemu emerytalnego. Sytuacja, w której PTE  zmuszone są do inwestowania składek zebranych pod groźba sankcji prawnych rodzi ryzyko pojawienia się podejrzeń,  których także ja, mimo wielkiego wysiłku, nie byłem w stanie się pozbyć, że OFE wcale nie są prywatnymi funduszami inwestycyjnymi, tylko funduszem państwowym, a PTE to agenci państwa. Od tego już tylko krok do pomówienia, że emeryci służą tylko do zamaskowania istoty tego przedsięwzięcia i pełnią rolę podobną do pełnionej przez tzw. „słupy” w przedsięwzięciach biznesowych wielokrotnie opisywanych w kronikach policyjnych. Póki aktywa OFE nie przekraczają kilkunastu procent PKB, łatwo całe przedsięwzięcie przedstawić jako zdrowe, liberalne wsparcie dla znajomych „pragnących się sprawdzić w biznesie”. Ale docelowo – o ile PTE nie będą na tyle roztropne, by ponieść wielkie straty na swoich inwestycjach – ich aktywa osiągną co najmniej 70% PKB.  Na dodatek pierwotnie wielu publicystów, którzy jak mi się wydaje, także pracują dla Społeczeństwa Obywatelskiego tłumaczyło, że zabranie OFE składki inwestowanej obecnie w obligacje jest niedopuszczalne bo OFE inwestowałyby te pieniądze na giełdzie, gdyby tylko wprowadzone limity inwestycyjne im tego nie uniemożliwiały. 70% PKB na giełdzie, której teraz kapitalizacja wynosi 50%? Nawet,  jeśli w momencie dojścia do tych 70% giełda będzie miała 100% PKB, jak to się teraz zdarza najbardziej rozwiniętym krajom, 70% w rękach państwowego funduszu inwestycyjnego wydawało mi się planem interwencjonizmu państwowego na niespotykaną dotychczas skalę.  Teraz rozumiem, że moja choć tylko połowiczna próba obrony OFE była zupełnie niepotrzebna. O ile bowiem istnienie państwowych przedsiębiorstw to etatystyczny skandal, z którym trzeba jak najszybciej skończyć przez przyspieszenie prywatyzacji, to kupowanie przez państwo akcji prywatnych przedsiębiorstw na giełdzie, to przejaw zdrowego liberalizmu – podobnie jak przejawem liberalizmu było sprzedanie wielkiego polskiego przedsiębiorstwa państwowego innemu wielkiemu państwowemu – tyle, że francuskiemu – przedsiębiorstwu. Jeszcze bardziej się uspokoiłem, gdy wpadłem na pomysł, że nie trzeba inwestować w giełdę aż 70% jej wartości, by zapewnić liberalnemu państwu efektywna kontrolę nad rodzimym rynkiem kapitałowym. Wystarczy jakieś 30% PKB, resztę można zainwestować zagranicą. Wydawało mi się to bardzo dobrym pomysłem. Przecież wiadomo, że biedne kraje są importerami kapitału, a bogate eksporterami. Do tej pory Polska była importerem netto kapitału na dużą skalę i dlatego była biedna. Teraz dzięki liberalnemu projektowi państwowego funduszu inwestycyjnego nazywanego - dla podkreślenia wartości, jaką dla prawdziwych liberałów jest własność prywatna – prywatnymi funduszami emerytalnymi, Polska będzie w stanie zmusić swoich obywateli do wyeksportowania ich oszczędności na wielką skalę około 40% PKB. Nie ulega wątpliwości, że tylko bardzo bogaty kraj może sobie na to pozwolić, ergo, dzięki OFE wzrost gospodarczy gwałtownie przyspieszy, bo tylko w ten sposób za kilkadziesiąt lat Polska może stać się jednym z najbogatszych krajów świata.
I tu dochodzę do mojej największej winy. Muszę wyznać, że nie rozumiem, dlaczego prof. Balcerowicz w trakcie debaty u Prezydenta uznał, że zwiększanie udziału akcji w inwestycjach OFE byłoby niedopuszczalnym eksperymentem na skalę światową. Przecież koncepcja liberalizmu opartego na przymusie i podziału długu publicznego na dobry i zły to też eksperymenty na skalę światową, do których prof. Balcerowicz nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. O co chodzi? Im groźniejszą minę robił Pan Profesor piętnując rządowy projekt, tym trudniej było mi go zrozumieć. Wydawało mi się, że twierdził, iż literatura ekonomiczna pokazuje, że najszybszy wzrost gospodarczy można osiągnąć, jeśli państwo zaciąga dług na wielką skalę, a fundusze emerytalne ten dług kupują. Ja sobie nie przypominam takich prac, choć muszę przyznać, że jest bardzo prawdopodobne, iż coś ważnego umknęło mojej uwadze. Mam nadzieję, że debata prof. Balcerowicza z ministrem Rostowskim pozwoli mi zrozumieć tę najnowszą koncepcję wysłanników Społeczeństwa Obywatelskiego i przyznać się do kolejnego błędu.
Andrzej S. Bratkowski
`

Komentarze

kibic | 2011-03-21 12:09

łoł,naprawdę niezłe,ale ja w żadną debatę nie wierzę.Przecież w tym przypadku tak naprawdę nie chodzi o interes przyszłych emerytów,obecnie chyba mało kto rozumie o co naprawdę chodzi.