Prezes Prawa i Sprawiedliwości ogłosił 31 stycznia w Hotelu Sheraton, że "Czas dzisiejszy nakazuje nam powiedzieć z całą mocą, że jest dziś potrzebny patriotyzm, który sytuuje się w sferze gospodarczej. Potrzebny jest nam patriotyzm gospodarczy".  Według niego, taki patriotyzm powinien opierać się na partnerskiej relacji między pracownikiem a pracodawcą - co było jedną z idei Solidarności.
Mówił też o wcześniejszych korzeniach patriotyzmu gospodarczego sięgających XIX wieku i czasu II RP. "Trzeba się do nich odwoływać. Trzeba się odwoływać do tego, co dobre i optymistyczne". Wreszcie, zapowiedział odkrywczo, że polski złoty powinien być zachowany co najmniej 20 lat. "Złoty powinien trwać 10 lat - niektórzy mi tak radzili. Ja powiem - dłużej, co najmniej 20 lat" - oświadczył. Jak mówił, polska waluta powinna pełnić funkcję "przynajmniej trzeciej waluty zapasowej w naszej części Europy, po euro i dolarze". Początkowo słowa prezesa wzbudziły zdziwienie. Kaczyński powiedział bowiem: "Euro powinno być w Polsce zachowane, powinno być zachowane przynajmniej 10 lat, ale powiem więcej, powinno być zachowane przez 20 lat". Szef PiS sprostował jednak pomyłkę i wyjaśnił, że mówił o polskiej walucie. Jak bogata jest wyobraźnia szefa PiS może świadczyć propozycja uczynienia ze złotego „trzeciej waluty rezerwowej”: w naszym regionie. Zabawny, jako ćwiczenie, jest pomysł, by z waluty kraju o wciąż niezbyt mocnej gospodarce zrobić walutę rezerwową, gdy nie jest nią np. chiński juan, brazylijski real czy indyjska rupia. Jeśli propozycja jest poważna, to nadaje się wyłącznie do rubryki „Humor w krókich majteczkach”.

W ostatnich latach PiS miało bez liku pomysłów gospodarczych . Pomińmy przesłanki, którymi się kierowało, choć są one widoczne w tytułach dokumentów. Wszystkie one miały wspólne założenie, że budżet państwa jest takim samym instrumentem polityki, jak słowa. One nic nie kosztują, tak jak obietnice, których efektem byłoby zwiększenie wydatków, kosztów obsługi deficytu i w efekcie pomnożenie problemów fiskalnych państwa.

Policzmy koszty
czyli to, co jest policzalne: spadki wpływów do budżetu z powodu ograniczenia prywatyzacji, redukcji stóp podatkowych w podatkach bezpośrednich PIT i CIT oraz pośrednich VAT (obniżenie i odliczenia) lub likwidacji podatku Belki. Policzyć dadzą się też zwiększone wydatki, na sferę socjalną w szczególności, ale także na cele „prorozwojowe” w postaci zwiększonego o 7 mld deficytu budżetowego. Natomiast kabaretowe pomysły „obniżenia realnych stóp procentowych” lub „argumentu odpowiedniej polityki kursowej i słabszego złotego” podlegają tylko ocenie, bowiem skutki ich wprowadzenia, przy zmianie Konstytucji, rzecz jasna, są trudne do oszacowania, choć lokują się gdzieś między utratą wiarygodności przez państwo wobec sektora przedsiębiorstw i partnerów zagranicznych, a utratą wiary w wykształcenie ekonomiczne polityków gospodarczych.

Koszty „Programu wyborczego PiS w 2007” w latach 2008 - 2010
 PiS młodych Polaków starał się przekonać obietnicami tak oto: Jedną z konsekwencji kryzysu społeczno-gospodarczego będzie masowa emigracja młodych, wysokiej klasy specjalistów z różnych dziedzin. Ulgi w CIT na tworzenie nowych miejsc pracy PiS proponuje, aby każdy przedsiębiorca, tworząc jedno nowe miejsce pracy, otrzymywał przez 2 lata w formie potrącenia od podatku CIT comiesięcznie kwotę 1000 zł. Przyjmując, że z dodatniego salda zatrudnienia w roku 2008 (78 tysięcy osób) ok. 50 tys przyjęć do pracy stanowiły nowe miejsca pracy, w prosty sposób, w rezultacie pomnożenia proponowanego zwolnienia 1000 zł otrzymuje się 1,2 mld zł rocznie, a w latach 2008 - 2010 – 3,6 mld. Otwarte pozostaje pytanie, jak ta zachęta mogłaby wyglądać w stosunku do przedsiębiorców, którzy miejsca pracy utworzyli, ale nie osiągnęli opodatkowanego zysku. Czy mieliby otrzymać od państwa gotówkę?

Ulgi w podatku PIT to łatwy, populistyczny chwyt. Prócz argumentów socjalnych PiS proponował: W myśl naszej koncepcji po czterech latach stawka wyższa [32%] zostałaby obniżona do 28 procent. Kwota wolna od podatku nie byłaby mniejsza niż dziś, a próg podatkowy kształtowałby się w granicach 80–100 tys. złotych. Te wyborcze obietnice Prawa i Sprawiedliwości miały kosztować 6 mld zł rocznie. W latach 2008 - 2010 zebrałaby się więc kwota 18 mld zł.

Ponieważ Prawo i Sprawiedliwość bardzo chciało przyciągnąć do siebie rzesze przedsiębiorców, zwłaszcza tych drobnych, prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, miało coś i dla nich:
Zamierzamy obniżyć stawkę podatkową dla osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą do 18 procent. ... W ten sposób pracodawcy w pierwszym okresie po zatrudnieniu nowego pracownika mieliby środki na wynagrodzenia, a z drugiej strony, nie ponosiliby kosztów związanych ze składkami na ubezpieczenie społeczne tychże pracowników.
Obniżenie stawki podatkowej od osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą z 19 do 18% (zmniejszenie dochodów budżetowych o ok 0,3 mld rocznie) dałoby więc w ciągu trzech lat spadek dochodów budżetowych o kwotę  zaledwie 1,0 mld zł.

W ramach działań na rzecz przedsiębiorczości, co PO zawsze popierała, PiS zaproponował także bardzo kosztowne dla budżetu wprowadzenie tzw. przyspieszonej amortyzacji: Proponujemy przyspieszoną amortyzację. Obecnie bezpośrednio od dochodów można odliczyć koszty do 3500 złotych. Propozycja PiS zakłada możliwość odliczenia wszelkich kosztów zakupu środków trwałych, z wyjątkiem nabycia nieruchomości i samochodów. Ubytek wpływów budżetów wynosiłby 6 mld zł rocznie. Zatem w latach 2008 - 2010 zsumowałby się w 18 mld zł.

W punkcie 5 Programu zapowiadano likwidację podatku Belki, który wciąż jest obciążeniem, ale trudnym do natychmiastowego usunięcia: Jesteśmy za likwidacją podatku giełdowego i od lokat bankowych, lub wprowadzeniem takich ulg, które sprowadzą go do minimum. Ich wprowadzenie nie miało specjalnego znaczenia dla dochodów budżetu państwa.
Tymczasem, zakładając przychody budżetowe z tego tytułu na poziomie roku 2008, można tylko wyrazić zdziwienie, że w perspektywie 3 lat PiS planuje okroić budżet o 7,7 mld zł.

Pakiet wyborczy zawierał także zarys polityki prywatyzacyjnej:
W rękach skarbu państwa pozostaną te spółki i przedsiębiorstwa, które są ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa gospodarczego, ważnych powodów regionalnych lub konieczności tworzenia marki polskiej.
Program wyborczy PiS zakładał zatem istotne ograniczenie prywatyzacji, a więc proponował konsekwentną kontynuację polityki, prowadzonej przez ministra Wojciecha Jasińskiego. Gdyby program ów został wcielony w życie, w latach 2008 - 2010, gdy świat pogrążył się w kryzysie, a polska gospodarka i finanse potrzebowały środków, pozbawilibyśmy budżet państwa: w 2008 roku 1,021 mld zł, w 2009 roku - 17,5 mld (w tym z dwóch prywatyzacji PKO BP i PGE , a kopalni w Bogdance - ponad 0,5 mld), wreszcie w 2010, kiedy podpisane umowy prywatyzacyjne miały wartość blisko 30 mld zł, 22 mld zł, które wpłynęły do kasy MSP (budżetu). Tylko debiuty spółek PZU i Tauron (wcześniej wymieniony w programie wyborczym PiS jako Południowy Koncern Energetyczny) przyniosły 6,7 mld zł! A zatem realizacja programu pozbawiłaby budżet wpływów ok 40 mld zł!

Program zajął się także kwestiami może nieco mniej konkretnymi, ale takimi, które budują wiarygodność i wizerunek państwa i jego polityki gospodarczej, szczególnie zaś polityki monetarnej. Przypomnijmy, że te kwestie są w Polsce uregulowane nie tylko w ustawach, ale przede wszystkim w konstytucji. Dzięki temu majstrowanie przy decyzjach, należących do Rady Polityki Pieniężnej czy Narodowego Banku Polskiego niebezpiecznie ociera się o granicę legalności.
PiS zapowiadało w swoim Programie Wyborczym, co następuje:
"Uważamy, iż obniżenie realnych stóp procentowych pobudzi wzrost gospodarczy, przyciągnie inwestycje bezpośrednie, spowoduje wzrost zatrudnienia, wzrost popytu wewnętrznego i przyrost bazy podatkowej. ...Będziemy stosować argument odpowiedniej polityki kursowej i słabszego złotego, dużych umiejętności polskich pracowników, a także niższych niż w krajach starej Unii Europejskiej kosztów pracy, co powinno przekonać inwestorów zagranicznych do inwestowania w Polsce"

2009 – Pakiet Antykryzysowy
Kiedy u progu jesieni w 2008 roku wybuchł światowy kryzys finansowy, polski rząd zajął się przede wszystkim szukaniem oszczędności. Nie sięgnął do kieszeni podatnika, nie ruszył na poszukiwanie pożyczek, zaczął natomiast redukować koszty państwa. Tymczasem opozycja szalała, wskazując pakiety Paulsona, Merkel czy Obamy jako wzory godne zastosowanie i w Polsce. Kto miał rację, wiadomo. Godzi się jednak przypomnieć, że Prawo i Sprawiedliwość wystąpiło w styczniu 2009 z dokumentem pod nazwą „Pakiet antykryzysowy”. Spróbujmy oszacować koszty orzeczywistnienia pomysłów PiS, które wprost żądało nowych obciążeń dla budżetu.
W pierwszej kolejności autorzy tego dokumenty wzięli na cel deficyt budżetu państwa. Nie proponowali sposobów jego redukcji, gdzież tam! Proponowali, by deficyt zwiększyć:
"Aby zapewnić wzrost gospodarczy na poziomie 3,5%, gospodarka musi zostać aktywnie wsparta przez rząd. To wsparcie wymaga środków, dlatego deficyt budżetu państwa powinien być założony na poziomie 25 mld zł. Rządy większości krajów wysoko rozwiniętych radykalnie zwiększają deficyty budżetowe."
A zatem zwiększenie deficytu o 7 mld, dałoby w ciągu dwóch lat – czemu rząd miałby sobie żałować w roku następnym? - kwotę, bagatela, 14 mld zł.

Przyjrzeć się trzeba i innym pomysłom PiS, bowiem z nich złoży się pokaźna kwota, pod której ciężarem przewróciłby się najbardziej nawet oszczędny rząd.
PiSD zaproponowało więc dokapitalizowanie PKO BP kwotą 1 mld zł w postaci 10 letnich obligacji skarbowych, z przeznaczeniem na rozwinięcie akcji kredytowej w celu finansowania zakupu własnego mieszkania przez rodziny.
Przy założeniu, że program powinien przynieść uruchomienie 100 tysięcy kredytów, a cena gwarantowanego metra nie przekroczyłaby 5 tysięcy metrów [chyba – złotych?], wartość gwarancji wyniosłaby 6 mld zł.   
Czyli ujmując to po prostu, rząd musiałby wyłożyć 1 mld, emitując na ten cel obligacje, i dorzucić jeszcze 6 mld zł gwarancji. W PiS może nie wiedzą, że gwarancje udzielane przez budżet zapisuje się po stronie wydatków. Razem więc daje to 7 miliardów.    

Utworzenie Banku Hipotecznego z Agencji Nieruchomości Rolnych to kolejny twórczy pomysł PiS: Agencję Nieruchomości Rolnych należy przekształcić w Bank Hipoteczny Skarbu Państwa. Bank pozyskiwałby środki finansowe z emisji listów hipotecznych, zabezpieczonych na  nieruchomościach agencji. ...program może mieć wartość 7 mld zł. Finansowanie programu pozabudżetowe
 Niestety, majątek Skarbu Państwa nie może być, ot tak skreślony. Tych 7 mld nawet najbardziej twórczy księgowy nigdzie poza budżetem nie schowa.  

Innym sposobem na poprawę stanu gospodarki Polski miałoby stać się budownictwo komunalne, „które powinno być organizowane przez samorządy gminne, w praktyce nie istnieje, a przecież powinno być przeznaczone dla osób, które nie mogą same zapewnić sobie i swojej rodzinie mieszkania. ...Proponujemy uruchomienie programu wspomagającego gminy do wysokości 25% inwestycji w budownictwo komunalne o wartości 1 mld zł w 2009 i 2010 roku. ... Warunkiem tego rodzaju realokacji musiałaby być renegocjacja progów finansowania budownictwa, narzucona Polsce przez KE.
Do kosztów Pakietu dodajemy więc kolejne 2 miliardy, bo rozumiem, że chodzi o 1 mld co roku przez 2 lata?

Prawo i Sprawiedliwość wiedziało, że każdemu przedsiębiorcy musi zależeć na odliczeniu VAT od auta z kratką. Napisało więc, że powinno być możliwe odliczenie VAT przy zakupie samochodu.
...Zakładamy, że obniżenie dochodów budżetu z tytułu proponowanych zmian podatkowych nie przekroczy 3 mld zł.
 Przez dwa lata zebrałoby się tych odliczeń za 6 mld zł.

Kolejne propozycje PiS dotyczyły ludzi ubogich, o których politycy tej partii wiedzieli, że ich wydatki na żywność stanowią poważną część domowych budżetów. Proponowało więc w swoim Pakiecie: Jako ochronę pracy traktujemy także ochronę poziomu dochodów z pracy. Dlatego proponujemy obniżenie stawki podatku VAT na żywność z 7% do 6%, co spowoduje zmniejszenie wpływów do budżetu o ok. 1,5 mld zł. Obniżka VAT dotyczy jedynie żywności, czyli artykułów pierwszej potrzeby, gdyż wydatki na ten cel stanowią największy procent w budżetach najmniej zarabiających obywateli.
Obniżenie VAT na żywność dałoby zatem zmniejszenie w ciągu 2 lat wpływów do budżetu o 3 mld .                     

Poważny wysiłek intelektualny znać u autorów, gdy proponują prace interwencyjne jako sposób na zwiększenie zatrudnienia. Piszą oni tak: W przypadku wzrostu bezrobocia w danym regionie powyżej 14% konieczne będzie wdrożenie programu prac interwencyjnych, robót publicznych oraz prac społecznie użytecznych, należy rozważyć możliwości wykorzystania prac interwencyjnych do rozwoju usług opiekuńczych, na które systematycznie wzrasta zapotrzebowanie. Proponujemy, aby prace takie mogły służyć także na przykład poprawie lesistości kraju. Sadzenie lasów jest najprostszym i skutecznym środkiem zapobiegania niekorzystnym zmianom klimatycznym, poprawie stosunków wodnych i piękna krajobrazu. Proponowana wartość programu w miarę potrzeb do 200 mln zł.
Jak z tej propozycji jasno widać, rząd powinien dodatkowo wydać na „poprawę lesistości” i lepsze usługi opiekuńcze tylko 400 mln zł.

Łatwo o populizm proponując rencistom i emerytom dodatek drożyźniany, co PiS tak oto formułuje: ... PiS zaproponowało ustawę wprowadzającą jednorazowy, coroczny, kwotowy dodatek dla emerytów i rencistów, których świadczenia są niższe niż 1300 zł. Projekt ten został odrzucony głosami PO-PSL. Należy powrócić do tej propozycji. Wydatkowane w ten sposób środki w części powrócą do budżetu w innej formie ponieważ natychmiast zostaną wydatkowane, a nie przeznaczone na oszczędności.
 Nie wiemy, w jakiej „innej formie” wydane z budżetu pieniądze wrócą do niego. Ale policzmy, o jakie kwoty może tu chodzić. Pierwsze założenie musi dotyczyć kwoty samego dodatku; ile też ma on wynieść? Tego, ostrożnością wiedziony PiS, nie podaje. Dopiero dwa lata później, w styczniu 2011, posłanka Beata Szydło poda, że może chodzić o 600 zł. A teraz szybki rachunek: w Polsce liczba E+R wynosi ok. 9,3 mln, z nich ok 2/3 otrzymuje świadczenia poniżej średniej, przyjmiemy zatem, że ok 6 mln osób żyje za 1300 zł miesięcznie. A gdzie beneficjenci rent socjalnych (0,25 mln osób dostaje rentę ok. 600 zł), ludzie żyjący wyłącznie z zasiłków socjalnych i zasiłków dla bezrobotnych, bądź z rent rodzinnych? Przyjmując oszczędnie, że jest ich razem 0,5 mln, otrzymamy w sumie liczbę uprawnionych ok. 6,5 mln. Po pomnożeniu przez  600 daje to rocznie 3,9 mld zł, czyli  7,8 mld w ciągu 2 lat                             
 
Mieszkania Polaków to stała troska Prawa i Sprawiedliwości już od lat. Obiecywało ono kiedyś budowę 3 mln mieszkań, w Pakiecie Antykryzysowym nie idzie już tak daleko, choć realizację pomysłów zostawia rządzącym rywalom. Proponuje więc zmiany w dodatku mieszkaniowym – wliczanie kosztów energii elektrycznej i gazu. Stale rosnące ceny energii elektrycznej są szczególnie dotkliwe dla gospodarstw domowych o najniższych dochodach. Projekt zgłoszony przez PiS zakładał, że przy określeniu uprawnienia do otrzymania zasiłku mieszkaniowego, do kosztów utrzymania mieszkania wliczane będą koszty energii elektrycznej i gazu. Już dziś uwzględniane są na przykład koszty wody. Projekt także został odrzucony przez koalicję PO –PSL.
Ze względu na zapowiedziane kolejne podwyżki cen energii elektrycznej trzeba jak najszybciej przyjąć to rozwiązanie. Łączna wartość dodatku dla emerytów i zmian w dodatku mieszkaniowym to 2,5-3 mld zł. Zmiany w dodatku mieszkaniowym kosztowałyby w latach 2009 – 2010  kolejne 6,0 mld zł.     

Hojność opozycji nie zna granic, a już na pewno granic śmieszności. Trudno policzyć skutki dla finansów publicznych ostatniej propozycji Pakietu, ale trzeba koniecznie ją poznać, bowiem ma tyle wspólnego z rozsądkiem i prawidłami rządzącymi rynkami i światem finansów, co przytoczona na wstępie trzecia waluta rezerwowa:
Przepisy antyspekulacyjne (krótka sprzedaż). Dobrze działające rynki finansowe dostarczają podstaw do racjonalnych decyzji gospodarczych. Niestety na rynkach działają podmioty o tak dużym potencjale finansowym, że mogą wpływać na wyceny poszczególnych aktywów. Szczególnie niebezpieczne są wszystkie transakcje, w których podmiot zyskuje w momencie spadku wyceny instrumentu finansowego (tzw. krótka sprzedaż). Swoboda działalności na rynkach finansowych powinna zostać zachowana, ale podmioty decydujące się na tzw. krótką sprzedaż powinny zostać zobowiązane do publicznego ujawniania swoich „krótkich” pozycji. Drugim sposobem wpływania na rynek jest formułowanie prognoz przy jednoczesnym zajmowaniu pozycji, które w przypadku sprawdzenia się prognozy pozwolą na uzyskanie znacznych korzyści formułującemu prognozę. Aby zapobiec temu „samospełniającemu się proroctwu”, instytucje, które są aktywnym uczestnikiem rynku i formułują prognozy, powinny również informować, jakie  pozycje zajmują na aktywach powiązanych z tą prognozą. Na przykład, jeśli bank inwestycyjny ma „krótkie” pozycje na złotówce (zyska, gdy złoty się osłabi), to jeśli prognozuje wzrost gospodarczy w Polsce, powinien poinformować o tym, że spadek kursu złotego oznacza dla niego zyski.
Wracając do „czystych” kosztów, według przeprowadzonego powyżej szacunku Polska miałaby w ciągu 3 lat o 142,5 mld złotych zwiększony deficyt budżetu państwa (przy czym przyznam, że nie policzyłem proponowanych przez PiS kosztów rozmaitych zwolnień w ZUS, zaliczania kosztów inwestycji do 400 tys zł w koszty itp.). Który musiałaby pokryć pożyczając na rynku. Dziś obligacje państwa polskiego mają rentowność 6,5 procent. To nie są wszystkie koszty obsługi długu. Wszystkie jednak musiałyby być solidarnie pokryte przez obywateli, którzy chętnie przyjmują do wiadomości, że dostaną Inflanty, ale nie wiedzą, bo cyniczni dobroczyńcy to przemilczają, że nabytek obciążony jest kolosalnym długiem, po który kiedyś zgłosi się wierzyciel. Prawo i Sprawiedliwość przyjmuje, że patriotyczni Polacy wiedzą, że skoro ktoś ma pieniądze, to skądś je ma, ale nie dotyczy to państwa, które pieniądza ma, ale nie wiadomo skąd.

Adam Szejnfeld - były wiceminister gospodarki, wiceprzewodniczący regionu wielkopolskiego PO:
„Deficyt budżetu państwa - za rządów PO-PSL: w 2008 roku wyniósł 24,6 mld zł, w 2009 r. - 23,8 mld zł, w 2010 - poniżej 45 mld zł, a - według planów - deficyt w 2011 roku ma wynieść około 40 mld zł. Jak wyliczył - opierając się na programie wyborczym PiS i programie antykryzysowym tej partii z 2009 r. - gdyby rządziło PiS, deficyt budżetowy wyniósłby: w 2008 roku - 43,9 mld zł, w 2009 roku - 83,2 mld zł, w 2010 - 108,4 mld zł. To byłaby katastrofa, gdyby rządził PiS, dzisiaj zastanawialibyśmy się o ile wszystkim obywatelom w Polsce obciąć płace, renty, emerytury, o ile zahamować rozwój społeczno-gospodarczy naszego kraju. Polska, gdyby rządziło PiS, byłaby bankrutem, najgorzej wyglądającym pod względem finansowym, ekonomicznym, a więc i społecznym państwem w Europie. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że deficyty budżetowe poszczególnych lat zostałyby przekroczone do tego stopnia, że mielibyśmy dzisiaj autentyczny kryzys w Polsce.
 
Krystyna Skowrońska, posłanka PO, zastępczyni przewodniczącego Komisji Finansów Publicznych Sejmu:
"Gdyby dziś PiS rządził naszym krajem, Polska najprawdopodobniej byłaby bankrutem. Realizacja programu wyborczego PiS z 2007 roku oraz Pakietu Antykryzysowego z 2009 roku doprowadziłaby budżet państwa do dramatycznego stanu. Zsumowanie pomysłów partii Jarosława Kaczyńskiego polegających przede wszystkim na zwiększaniu wydatków państwa przy jednoczesnym ograniczaniu wpływów do budżetu, doprowadziłoby do autentycznego kryzysu w Polsce.
Tymczasem Platforma Obywatelska w okresie spowolnienia gospodarczego realizowała odpowiedzialną politykę, realizując równocześnie przyjęte przez Parlament ustawy obniżające koszty pracy i obniżki podatków PIT, likwidację podwójnego opodatkowania osób zatrudnionych zagranicą (były to nasze projekty).
Jakie miało to skutki w 2010 roku? – Pozostawienie pieniędzy w kieszeniach Polaków: z  obniżki składki rentowej – 24 mld. zł, z ulgi prorodzinnej – 3 mld. zł, z niższego podatku PIT – 4 mld. zł, z waloryzacji rent i emerytur – 5,7 mld. zł. Razem z podwyżkami dla nauczycieli i innymi świadczeniami dało to ok. 60 mld. zł.
Te pieniądze napędzały gospodarkę i konsumpcję. Sami mieliśmy wpływ na to, jak je wydawać i byliśmy jedynym krajem ze wzrostem PKB w wysokości 1,7 % .
W roku 2011 będziemy oszczędzać tam gdzie potrzeba, ale na rozwój i naukę, edukację - w tym kolejną podwyżkę wynagrodzeń nauczycieli i zabezpieczenie społeczne - będą pieniądze.  
Tak jak inne kraje racjonalizujemy wydatki, podejmując konieczne decyzje – np. o zamrożeniu płac w budżetówce czy zmniejszeniu zasiłku pogrzebowego (który był najwyższy w Europie).
Myślę, że wszyscy pamiętamy jak prawie cała opozycja, a nawet nasz koalicjant PSL – nie chciały poprzeć naszego projektu ustawy ograniczającej finansowanie partii politycznych.
Zawsze oszczędności zaczynaliśmy od siebie!
Pieniądze dla partii przeznaczyliśmy na żłobki."

Piotr Rachtan (artykuł opublikowany w 41 nr Pogłosu)

Komentarze

kibic | 2011-02-26 13:40

oglądałem Szejnfelda,podobało mi się co mówił.Tylko niech Pan się nie łudzi,wiedza ekonomiczna Polaków jest tragiczna,oni się nudzą patrząc na słupki cyfr bo tego nie rozumieją. Dlatego lepiej jest walić hasłami np.jak to Tusk zadłuża Polskę,albo jak się kradnie polskie klejnoty bo się je prywatyzuje,przez co nasi milusińscy związkowcy zaczynają drzeć mordę że nie pozwolą itd.Jestem przerażony tym,że pis modli się aby w Polsce było gorzej,trzeba bardzo nienawidzić aby mówić że im gorzej w kraju tym lepiej dla nich.Wstyd.