Przed 11 laty stanąłem przed wyborem, jakiego musiało dokonać wielu pracujących Polaków: zostać w ZUS, czy oddać część składki emerytalnej tajemniczemu OFE. Wybrałem OFE, bo ustawa gwarantowała dziedziczenie przez moich bliskich skromnego kapitaliku, jaki przez kolejne lata mógłbym – jeśli bym pracował – zgromadzić. To była główna przesłanka wyboru. Palmy, plaże i podróże dookoła świata uznałem za mrzonkę.

Przez 11 lat wiele się zmieniło. Okazało się, że OFE podkupywały sobie klientów, płacąc agentom olbrzymie premie. Mało kto zauważył, że fundusze ponoszą wielkie koszty na obsługę rachunków. Płacą nawet ZUS-owi. I nie mogą ryzykować, inwestując ponad bardzo wysoki limit w papiery na rynku kapitałowym. Za moje składki mój fundusz musi kupować rządowe obligacje, które służą finansowaniu budżetowego deficytu. A z tego długu finansuje część tego, co opisuje opasły tom budżetu państwa. Dług spłacą może moi synowie. Dług rosnący w tempie, które pokazuje tablica Balcerowicza na pawilonie Cepelii w centrum Warszawy.

 

Kiedy wprowadzano reformę, to znaczy, kiedy Sejm przyjmował pakiet ustaw, przygotowanych przez rząd Jerzego Buzka, w którym prof. Balcerowicz był ministrem finansów, perspektywy były dość optymistyczne. Zakładano, że lukę deficytu wypełnią przychody z prywatyzacji, że tempo wzrostu gospodarczego zacznie przyspieszać i utrzyma się na dobrym poziomie, że system emerytalny obejmie wszystkie grupy pracujących bez wyjątku i że demografia nie sprawi zawodu. Wszystkie właściwie rachuby zawiodły. Wyłączenia z powszechnego systemu emerytalnego oraz przywileje utrzymała mundurówka, górnicy, sędziowie i prokuratorzy, rolnicy są trzymani z dala od tego systemu. Na dodatek dwukrotnie kryzys dotknął polską gospodarkę – najpierw, gdy pękła tzw. Bańka internetowa, a dwa lata temu, gdy światowe finanse zachwiały się w posadach, czego skutki będziemy odczuwać jeszcze przez najbliższe lata. Spadło tempo wzrostu, polska gospodarka ledwie utrzymała się na nogach, spadły przychody budżetowe. No i przez jakieś 7 – 8 lat prywatyzacja była ledwie markowana. Szczególnie w latach 2005 – 2007 stanęła jak zamurowana. A z niej wszak miały pochodzić środki amortyzujące, które pozwoliłyby dotrwać systemowi emerytalnemu do momentu, w którym wypłacane emerytury dorównałyby oczekiwaniom.

Proponowane przez rząd ustami Michała Boni zmiany nie są miłe. Ja jednak je rozumiem, jak rozumiem powody i skutki. Drażni mnie, gdy słyszę, że rząd odbiera mi moje pieniądze. Ale jest to ten sam poziom rozdrażnienia, gdy przychodzi do płacenia podatków. Płacę je, bo uznaję zasady konstytuujące moje państwo: z moich podatków finansowane są usługi społeczne, ponieważ akceptuję normę solidarności społecznej, zgadzam się na transfery, z których coś kapnie rolnikom, coś bezrobotnym, coś biednym rencistom i emerytom.

Dziś rząd ma piekielnie trudne zadanie, można rzec, że stoi przed diabelską alternatywą: zrobić szybko coś, i narazić się licznym grupom społecznym dziś, czy nie zrobić nic i dostać klapsa w przyszłym roku, narażając te niezadowolone (dziś) grupy na dotkliwe cięcia budżetowe w kolejnym roku, nieważne, wyborczym czy powyborczym.

 

Wkurza mnie gdy słyszę, żeby rząd coś zrobił, byle nie tykał składek w OFE. Tak jakby Tusk te oszczędności zabierał, nie przymierzając, jak premier Węgier. Jego pomysł, wypracowany przez ministra Boniego, ma na celu zapewnienie temu krajowi jakiej takiej stabilizacji. I niech krytycy nie posługują się w swoich krytykach zarzutem zerwania umowy społecznej. Umowę społeczną Donald Tusk podpisał w 2007 roku w rezultacie aktu wyborczego większości Polaków. To wtedy zobowiązał się do sterowania krajem tak, by bezpiecznie kraj się rozwijał. Nie przewidywał kryzysu, nie oczekiwał kolejnych powodzi, ani strasznych katastrof. Na planie gospodarczym mógł zrobić tyle, na ile pozwalał mu koalicjant i prezydent, czyli stosunkowo niewiele. Reformy nie mogą być całkiem bezbolesne. Nie ma anestezjologa, który mógłby znieczulić społeczeństwo, tak jak nie ma darmowych obiadów. Koszty muszą być poniesione. Sztuka rządzenia polega na wyborze takich celów i metod, by minimalizować szkody i ból. Polityk, który chce oddziaływać na rzeczywistość, zmieniać ją i realizować swoje plany musi jednak kalkulować i dobierać środki. I robić to, co jest w danych warunkach możliwe.

 

Atakuje się Tuska za to, że nie dotrzymuje zobowiązań. Jeśli diametralny obrót koła Fortuny uniemożliwia ich realizację, to przecież każdy, najbardziej nawet cyniczny polityk sam przed sobą przyzna, że dobrego wyjścia nie ma.

 

Wysłuchałem więc konferencji profesora Leszka Balcerowicza. Nie podobał mi się jego ton, gdy mówił, że w OFE gromadzi się prawdziwe pieniądze, a w ZUS tylko obietnice polityków. Emerytury, wypłacane ze składek wpłacanych do ZUS są regulowane ustawami, przyjmowanymi – to fakt – przez polityków, ale taki jest kształt demokracji, że prawa w naszym imieniu tworzą politycy właśnie. Jak się komuś demokracja nie podoba, to niech zaproponuje system, w którym polityków nie będzie. Żeby nie mogli się dobrać do „naszych” składek. Tak więc ten efektowny wywód doskonałego ekonomisty uważam za nieuczciwy.

 

Jednak duża część propozycji Balcerowicza, gdy oddalił się lekko od OFE, była tyleż interesująca, co realna. Najcelniejsze było wezwanie – wraz interesującymi wyliczeniami – do przyspieszenia prywatyzacji. Zgoda w 150 procentach: na diabła nam udziały państwa w firmach górniczych, energetycznych, finansowych i paliwowych? Czy przez to bezpieczeństwo państwa będzie mniejsze? Tak, jakby państwowe PGNiG lepiej kupowało, wydobywało i poszukiwało gazu, niż PGNiG całkiem bez udziału państwa; jakby w stacjach benzynowych Orlenu z udziałem skarbu państwa można było zatankować lepszą i tańszą ropę, niż w stacji sprywatyzowanego Orlenu, i tak dalej. FOR wyliczył, że na szybko można by z prywatyzacji (np. sprzedaży części akcji na giełdzie) uzyskać w ciągu 2011 roku 27 zamiast planowanych przez ministra Grada 15 mld zł. To są korzyści do osiągnięcia tu i teraz. Korzyści z dokończenia (upowszechnienia) jednolitego systemu emerytalnego byłyby odłożone w czasie, choć ich wprowadzenie zwiększyłoby wiarygodność państwa, tak jak podniesienie granicy wieku emerytalnego. Choć tu ważniejsze wydaje mi się i bardziej skuteczne zastosowanie wszelkich możliwych środków dla zwiększenia popytu na pracę, zastosowanie najrozmaitszych narzędzi i zachęt, które by otworzyły rynek pracy na tych, co są poza nim, a w lepszym wypadku – w szarej strefie.

 

Podoba mi się w propozycji FOR pomysł reformy ograniczającej „pozostałe wydatki państwa”, szczególnie przez utworzenie Centrum Usług Wspólnych (co jednak zwiększy zatrudnienie w administracji centralnej i – eo ipso – jej koszty). Bardzo podoba mi się propozycja przywrócenia podstawowej stawki VAT na usługi hotelarskie.

Mam natomiast poważne wątpliwości co do społecznych korzyści, a właściwie – mam pewność, że korzyści tych nie będzie, gdy np. ograniczy się wysokość zasiłków opiekuńczych (z 80 do 60& wynagrodzenia jak proponuje FOR) czy obniży zasiłki dla bezrobotnych.

 

Wszystko to są jednak szczegóły techniczne, o których warto byłoby spokojnie i rozumnie dyskutować. Nie atakując przeciwnika, nie zarzucając mu złą wolę, ignorancję czy lenistwo umysłowe.

 

Pamiętać też trzeba o tym, że Polacy tak głupi nie są, że mają rozum i potrafią liczyć. Tak jak są w stanie inwestować, nie tylko na giełdzie czy w TFI, ale starając się zabezpieczyć sobie przyszłość – w mieszkania bądź domy (to też jest inwestycja, o czym niektórzy ekonomiście jakby zapomnieli), tak inwestują w polityków, potwierdzając im prowadzenie interesów kraju przez kolejne lata.

 

Warto więc rozmawiać, byle nie w telewizji, przed kamerami, bo to prawie zawsze źle się kończy. Mam nadzieję na taką rozmowę, profesora Leszka Balcerowicza z Michałem Boni, dr Andrzeja Rzońcy z prof. Bogusławem Grabowskim, red. Janusza Jankowiaka z dr Stefanem Kawalcem. Czas skończyć z głupstwami, które opowiadają niedouczenie redaktorzy, którzy chętnie chórem pouczają publiczność, że rząd robi skok na OFE, bo ma złą wolę. Albo, że premier boi się modernizacji (to subtelna dedukcja Grzegorza Miecugowa). Czyli – mniej emocji, więcej rozumu. Zresztą, o co chodzi? W ZUS wciąż wszyscy jesteśmy, a że zmienią się proporcje?

Piotr Rachtan

Komentarze

Sorella | 2011-02-04 20:14

Skok, jak skok. Mimo, że nieduży to OFE mogą się pochwalić wypracowywaniem procentowo dwucyfrowego zysku. Czy nie szkoda, że nasza emerytura w ogóle, ale to ani w jednym calu nie będzie zależna od żadnego kapitału? Co zaś do inwestycji w nieruchomości w miejsce składek regularnych w IKE, TFI etc.- to całkiem inny rząd wielkości. I wiekszość maluczkich nigdy sobie na to nie pozwoli. I czemu, jakim prawem odebrano tym z OFE możliwość odejścia na wcześniejszą emeryturę (chodzi o tych, którzy mogli wybrać między ZUS i OFE)?