To był słoneczny, czerwcowy poranek 1999 roku. Na torach wyścigów konnych na Służewcu panie przechadzały się w kapeluszach, panowie podwijali rękawy koszul. Trwał doroczny piknik jednej z organizacji polskiego biznesu. Pod białym namiotem czekali akwizytorzy otwartego funduszu emerytalnego.
Życie wyglądało tak pięknie, że zdecydowałem się, choć mogłem zostać w ZUS. Podpisałem cyrograf, podparłem moją przyszłą emeryturę  drugim filarem.

Od tego czasu co rok przychodziła informacja: „Nasz fundusz uzyskał najwyższą stopę wzrostu”; „Stopa zwrotu wyniosła 17,606 proc.”; „Nasza strategia daje nam wysoka pozycję wśród wszystkich otwartych funduszy emerytalnych”. W 2009 r. było już tylko: „Robimy, co w naszej mocy, aby w obecnych warunkach rynkowych…”, bo liczby  były bezwzględne: roczna stopa zwrotu - minus 15 procent, za trzy lata - minus 5 procent, za pięć lat – plus 25 procent. Drugi filar wyraźnie się chybotał, ale co było robić? - Za kilka lat pewnie odrobią – pocieszałem się.

I rzeczywiście. List z 2010 r. obwieszczał, że zarobili 16,98 proc., prawie tyle co na początku. A przecież jeszcze cztery lata, pewno wyjdę na swoje. Tak myślałem jeszcze do niedawna, gdy usłyszałem, że moimi składki do OFE  chce się zająć rząd. Ze zdumieniem dowiedziałem się, że powiększam nimi deficyt, podkręcam licznik długu, a co najgorsze - narażam premiera na przegranie wyborów, gdyby w maju 2011 roku okazało się, że dług publiczny przekroczył ustawową granicę 55 procent i trzeba będzie przez to ciąć wydatki.

Zgłębiłem temat. Okazało się, że to, co jedenaście lat temu na Służewcu wyglądało tak pięknie, dziś wzbudza emocje i kontrowersje. Składki do OFE co prawda płacę ja, ale idą one na wypłaty dla dzisiejszych emerytów, a na moją emeryturę w drugim filarze pracują pieniądze pożyczone przez budżet, który przez tych jedenaście lat coraz więcej dokłada do nowego systemu emerytalnego, choć miał tego nie robić. Twórcy reformy zaprojektowali ją bowiem tak, by to, że jednocześnie płaci się i emerytury obecne, i odkłada na przyszłe, było finansowane z prywatyzacji majątku na narodowego i z „odchudzenia” systemu emerytalnego.

Tyle, że prywatyzacja  przez te lata wcale nie szła gładko, raczej kulała, bo były rządy, które traktowały ją jak „wyprzedaż rodowych sreber”, albo sprzedawały jedne państwowe firmy drugim. System emerytalny zamiast chudnąć - rósł w oczach. W 2003 r. wyłączono z niego osoby rozpoczynające pracę w służbach mundurowych, w 2005 r. – górników, po pamiętnej awanturze przed Sejmem, z paleniem opon i waleniem w kaski. O dwa lata opóźniono likwidację wcześniejszych emerytur. To też pamiętałem, bo jeszcze rok i miałbym szansę się załapać. Dołączyłbym do dwóch trzecich Polek i Polaków, którzy przed 65 rokiem życia już nie pracują. Renty też są ciągle przyznawane po staremu i za chwilę będą bardziej się opłacać od emerytury.

Dowiedziałem się także, że gdyby całość przychodów z prywatyzacji poszła na zastąpienie składek  moich i milionów innych Polaków, którzy chcieli albo musieli oszczędzać na swoje emerytury nie tylko na papierze w ZUS, ale i na inwestycjach w OFE, to pokryłoby to 70 procent tych wydatków. Resztę pewnie dałoby się wykroić z ograniczenia  systemu, tak jak przewidywał to tworzący reformę emerytalną rząd AWS, ale po nim był przecież rząd SLD, PiS-u z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin, i wreszcie Platformy z PSL. A co premier – to priorytet, i tak jakoś zeszło.

W rezultacie z budżetu, który zastępuje w OFE moją składkę, poszła na nią suma równa jednej piątej obecnego deficytu finansów publicznych i 3,5 proc. wszystkich wydatków publicznych. Tak dużo? Być może, ale ja przecież o to nie prosiłem, tak został ustalony system i ja się go trzymam, choć rok temu, gdy straciłem 15 procent, też chciałem się wycofać, ale nie było można. A państwo to dzisiaj może? Przepraszam - czy my gramy w tę samą grę? Bo kiedy OFE się nie wiedzie, to państwo rozkłada ręce, trudno – kryzys, czekaj, trwaj, aż się polepszy  na rynku. Ale kiedy państwu grozi, że przegra na funduszach – to chce ogłosić, że teraz będziemy grać inaczej i planuje skok na moją kasę.

Ten skok to ma być obcięcie mojej wpłaty do funduszu  co najmniej o połowę. Dokładniej: ja mam płacić tyle samo, ale tę połowę weźmie sobie ZUS i natychmiast wyda. To znaczy, że tym z funduszu emerytalnego odrobienie strat zajmie co najmniej dwa razy dłużej! A ja mam do emerytury już tylko cztery lata. Czyli rząd ratuje budżet moim kosztem!

A ja uważam, że są inne sposoby ratowania budżetu: prywatyzacja bez pozorów, i to nie tylko tego, co ma minister skarbu, ale także na przykład lotnisk i kolei. Koniec z przechodzeniem na emeryturę po 15 latach pracy agentów Tomków, ale i lekarzy, i tysięcy innych specjalistów ze służb mundurowych, którzy na swoją emeryturę w ogóle nie płacą składek. Włączenie do systemu górników, nawet jeśli zrobią jeszcze pięć zadym pod Sejmem. Ekonomiści, chociażby z FOR, mają zresztą wiele podobnych rozwiązań.

Naprawdę boje się, że jak raz pozwolę politykom na grzebanie w mojej emeryturze, to już nie  przestaną. Kto mi zaręczy, że za parę lat państwo nie ogłosi, że moja emerytura, ta zapisywana w ZUS, w imię solidarności pokoleń powinna być ograniczona? I udowodni, że tak  zrobić musi, bo dzisiaj to ja jestem wśród czterech pracujących na jednego emeryta, a za lat 20 mój syn, nasze jedyne dziecko, będzie wśród zaledwie dwóch osób składających się na wypłatę mojej emerytury? A jakiś nowy LPR wpadnie na pomysł, że emerytury będą przysługiwały tylko tym  rodzicom, którzy wychowali co najmniej trójkę dzieci?

To, co dzieje się wokół systemu emerytalnego, czyli mojej umowy z funduszem emerytalnym i z ZUS, przekonuje mnie do jednego: im mniej moja emerytura będzie zależała od polityków – tym bezpieczniej będzie dla mnie. W ZUS na moim indywidualnym  koncie emerytalnym leżą zapisy księgowe, w OFE – pieniądze. Na ich inwestowaniu mogę zarabiać albo tracić, ale są one i pozostaną prawdziwe, natomiast wartość zapisów w ZUS można zmienić jedną ustawą. Uzasadnienie zawsze się znajdzie, dlatego wołam: Ręce precz od moich pieniędzy!

Paweł A. Lewicki