11 listopada w Seulu  spotkali się liderzy dwudziestu najbardziej rozwiniętych krajów świata.  Oczekiwano, że tak szeroka reprezentacja ułatwi wspólne uporanie się z kluczowymi problemami stojącymi przed całym światem, spowodowanymi globalnymi machlojkami na Wall Street. (korespondencja z Australii).
Na zdjęciu grupowym uśmiechnięte buźki uczestników spotkania na szczycie symbolizują optymizm. Ale to tylko tylko maski. Podobnie jak ONZ-towska konferencja, która miała wszystkim państwom narzucić handel zanieczyszczeniami powietrza pod patronatem Goldmana Sachsa i J. P. Morgana, tak pierwsze, bardziej reprezentatywne forum na szczycie zakończyło się kompletnym fiaskiem. Mimo azjatyckich wojaży Obamy, Clinton i Gatesa, którzy ad hoc usiłowali zbudować antychińsą koalicję na zachodnim brzegu Pacyfiku i narzucić całemu światu amerykańskie propozycje.
Spór zaczął się już w momencie kompletowania listy dodatkowych gości. Korea oświadczyła, że nie zaprosi Holandii, ponieważ „niektóre regiony były nadmiernie reprezentowane”1). Zamiast Holandii został zaproszony Singapur.
Według Wikipedii, większość komentatorów oceniła, że postęp był niewielki, zwłaszcza w głównych sprawach, jakimi były wojna walutowa i brak równowagi w handlu zagranicznym. Przywódcy byli niezdolni do wypracowania wspólnych uzgodnień. Zanotowano nieobecność „poczucia jedności”, które miało miejsce podczas wcześniejszych narad na szczycie, w latach 2007 – 2009. Dyrektor Generalny Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF) Dominique Strauss-Kahn powiedziała, że „ten szczególny szczyt był bardziej G20 debatą niż G20 konkluzją.”
Uzgodniono, że zostanie podjęte opracowanie niewiążących wskazówek (indicative guidelines) zawierających sugestie dotyczące maksymalnych bieżących nadwyżek i deficytów w handlu zagranicznym. Mają one być zaprezentowane w przyszłym roku. Chodzi o to, że niektóre kraje mają bardzo duże deficyty (Afryka Południowa, Turcja), podczas gdy inne posiadają dużą nadwyżkę (Arabia Saudyjska, Chiny, Niemcy, Rosja). Przywódcy zatwierdzili również Konsensus Seulski w Sprawie Rozwoju, który jest mniej zorientowany na wolny rynek i dopuszcza większą możliwość interwencji państwa, niż poprzedni Konsensus Waszyngtoński.

X  X   X
 
Szczyt w Seulu odbywał się osiem dni po oświadczeniu Rezerwy Federalnej, iż zamierza ona wydrukować 600 miliardów dol. w celu „ilościowej przystępności” (quantitative easing). Wiadomo, że gospodarka może funkcjonować właściwie tylko wówczas, gdy w obiegu znajduje się odpowiednia ilość pieniędzy. Obecnie kredytów dla biznesów brakuje, bo uprzednio wydrukowane pieniądze zostały wydane przez banki na zakup mniejszych banków lub po prostu obawiając się runu klientów zwiększyły one swoje rezerwy, wciąż niewielkie. Ponieważ długi banków nadal wielokrotnie przekraczają ich rezerwy, więc trudno oczekiwać, że tym razem postąpią inaczej. Na rzeczywistą gospodarkę, nie papierową, nadal będzie brakowało pieniędzy, a dług państwowy, czyli podatników, wzrośnie o wydrukowaną kwotę.
Ponieważ w Stanach Zjednoczonych miliardowe zakupy mogą nie być opłacalne (po co np. kupować więcej domów na inwestycje skoro ich wartość spada) więc przeprowadzane są wielkie transakcje na zagranicznych giełdach i wykupywane są atrakcyjne towary, zwłaszcza w rozwijających sią szybko krajach azjatyckich, Chinach, Korei, Wietnamie, Malezji, Tajlandii etc. Australia też nie jest do pominięcia. Jeśli za np. wieżowiec na Złotym Wybrzeżu można zapłacić walutą otrzymaną za darmo i której wartość spada w szybkiem tempie, to należy kupować jak najwięcej. Niech się martwią ci, którym niedługo pozostaną w rękach bezwartościowe papierki.
The Financial Times, który uchodzi za tubę bankierów z City of London, pochwalił Bena Bernanke za drukowanie pieniędzy i zachęcił do dalszej tego rodzaju roboty. Poparł też szefa Rezerwy Federalnej prezydent Obama. Natomiast Lyndon LaRouche skomentował, że „Efekt tej decyzji jest taki sam jak zniszczenie społeczeństwa. Musimy zrozumieć, że pewne interesy światowej finansjery mają charakter kryminalny.”2)
LaRouche zwraca uwagę, że ta kolejna próba ratowania banków, które w normalnych warunkach już by nie istniały, prowadzi do hiperinflacji, czyli tego co się zdarzyło w Niemczech w latach 1921-23, kiedy to na zakup bochenka chleba trzeba się było wybierać z taczkami pełnymi pieniędzy.
Nie tylko Chiny. Także Niemcy, Indie, Brazylia, Turcja, Meksyk, Korea Południowa, Tajlandia i inne państwa protestowały przeciwko amerykańskiej decyzji. Niemiecki minister finansów Wofgang Schauble powiedział „Nie sądzę, że Amerykanie rozwiążą swoje problemy w ten sposób. Oni już wpompowali ogromne pieniądze w swoją ekonomię i ...rezultaty są fatalne.”
Doradca ekonomiczny Ludowego Banku Chińskiego Xie Bin skomentował na łamach Financial News „Nieokiełznane drukowanie dolarów stanowi największe ryzyko dla globalnej ekonomii.” I wezwał Chiny do ustawienia bariery ochronnej (firewall).
W Paryżu wypowiedział się w radio Christian de Boissieu, przewodniczący Rady Analiz Ekonomicznych Premiera „Ta próba zmierza do krótkoterminowego poprawienia amerykańskiego krytycznego momentu, a ryzykiem jest destabilizacja finansów, zarówno amerykańskiej i światowej ekonomii, na długi okres.”
Bernanke przeraził nawet niektórych wysoko usytuowanych anglo-amerykańskich bankierów. Dyrektor jednego z działów w firmie Barings Asset Management Toby Nangle określił tę decyzję jako „jeden z największych błędów w historii Rezerwy Federalnej”.
Każda centralna decyzja finansowa powinna się jakoś wpisywać w zasady buchalterii państwa. Ale pod jaki paragraf wpisać drukowanie banknotów nie mających żadnego pokrycia w czymkolwiek i nie służących kredytom na użyteczne inwestycje. Wymyślono więc następującą kombinację: Rezerwa Federalna kupuje obligacje rządu USA. Normalnie papiery wartościowe państwa przekazywane są wierzycielom, którzy udzielili pożyczki lub przekazali towar. Chiny otrzymywały obligacje za eksportowane towary. A tu zrobiono coś odwrotnego – państwo sprzedaje papiery prywatnej firmie. W ten sposób buchalteria gra.
W takim krajobrazie ekonomicznym zebrali się światowi liderzy, aby wspólnie zastanowić się jak jeść ten bigos wypitraszony w krainie westernów.
Australia, na wszelki wypadek, zacieśnia więzy z Ameryką.

X   X   X
 
14 listopada Barry Grey zamieścił na witrynie Global Research bardziej krytyczną analizę fiaska szczytu G20. Stwierdził, że spotkanie zakończyło się bez jakiegokolwiek porozumienia w sprawach polityki łagodzącej różnice poglądów na temat waluty globalnej i spraw handlu zagranicznego, które w ostatnich tygodniach stały się bardzo zaciekłe. Prezydentowi Obamie nie udało się uzyskać konsensusu w sprawie wymuszenia na Chinach, aby szybko podniosły wartość swojej waluty. Przypomnę, że Amerykanie twierdzą, iż Chiny utrzymując niższy kurs renminbi stwarzają sobie korzystną sytuację w handlu zagranicznym. Uczestnicy spotkania nie zaakceptowali tego argumentu. Przeciwnie, państwa takie jak Niemcy, Japonia, Tajlandia, Afryka Południowa, wielcy przyjaciele Stanów Zjednoczonych, zarzuciły Starszemu Bratu, iż drukując bez opamiętania dolary dąży do obniżenia kursu własnej waluty po to, aby uzyskać korzyści w handlu zagranicznym...Zadłużona po uszy Ameryka próbowała zrzucić winę za swą sytuację gospodarczą na Chinę, które mają nadwyżkę w handlu zagranicznym, to znaczy więcej eksportują niż importują. Inne państwa, które również mają nadwyżkę, jak Japonia i Niemcy, także poczuły się krytykowane.
Aby uniknąć otwartego rozłamu w tym obiecującym gronie, który mógłby spowodować upadek rynków finansowych oraz wojny walutowe, wojujące obozy przygotowały mglisty komunikat końcowy, który pozwala uczestnikom interpretować różne punkty zgodnie z ich interesami narodowymi. Tym niemniej liderzy zobowiązali się do unikania „konkurencyjnej dewaluacji walut”. Zostało to wymierzone w Stany Zjednoczone i zawarte w komunikacie w wyniku nacisku dużej liczby krajów, przeciwstawiających się ultra swobodnej polityce monetarnej Rezerwy Federalnej. Delegacja amerykańska walczyła bezskutecznie o zastąpienie „dewaluacji”  „zbyt niską wyceną”, (undervaluation), co miało przenieść krytykę na Chińczyków. Ten spór o trzy literki wygrało stronnictwo azjatyckie. Obama i Greitner (jego minister skarbu, poprzednio szef Rezerwy Federalnej w Nowym Yorku) spędzili większość czasu przekonując delegatów, że Stany Zjednoczone nigdy nie prowadziły polityki taniego dolara i nigdy tego czynić nie będą. Nie sądzę, aby przekonali kogokolwiek. No, może delegację Australii.
Kluczowy przekaz rządu USA brzmiał, iż bodziec monetarny był potrzebny do ożywienia gospodarki amerykańskiej i co jest dobre dla Ameryki jest także dobre dla całego świata.
Najbardziej kontrowersyjną sprawą okazała się amerykańska propozycja narzucenia ograniczenia w wysokości 4% dochodu narodowego brutto na krajowe deficyty i nadwyżki w handlu zagranicznym. Większość liderów zignorowała tę propozycję. Wiodące eksportujące państwa, jak Chiny, Japonia i Niemcy, stanowczo przeciwstawiły się tej propozycji, uważając, że chodzi tu o ograniczenie ich eksportu na korzyść państw posiadających deficyt w handlu zagranicznym, głównie Stanów Zjednoczonych. Dodajmy, że podobna jest sytuacja Australii.
Zważywszy fakt, że przy poprzednich okazjach, w gronie G8, rozmowy były bardziej ugodowe, a konkluzje odpowiadały koncepcjom amerykańskim, przebieg tego spotkania na szczycie oznacza, że w sprawach gospodarczych wiele liczących się krajów zamierza prowadzić samodzielną politykę gospodarczą, zgodnie z własnym interesem, nie oglądając się na nikogo. Ameryce trudno będzie przerzucić skutki wywołanego przez nią kryzysu na barki innych. Może to doprowadzić do szybkiego wyeliminowania dolara jako rezerwy walutowej i zakończenia amerykańskiej dominacji na arenie międzynarodowej. Zakładając optymistycznie, że odpowiedzialni za kryzys nie spróbują go zwalczać historycznie sprawdzoną metodą – konfliktem zbrojnym.
Janusz Rygielski

1.  http://en.wikipedia.org/wiki/2010_G-20_Seoul_summit
2.Executive Intelligence Review, 12 Nov, 2010, http://www.larouchepub.com/other/2010/3744bernanke_hyperinfl.html
3.Barry Grey, G20 summit fails to resolve global trade, currency conflicts