Znany z głębokich analiz społecznych i poważnego podejścia do tematów politycznych dziennik Fakt opublikował artykuł (felieton? komentarz?) Jacka Żakowskiego, publicysty i dziennikarza tygodnika „Polityka”, w którym winą za niezwykle skomplikowaną sytuację społeczną i polityczną, ale także – gospodarczą Polski obarcza dwa obozy populistów, które ujawniły się po 2005 roku.

Jeden definiuje on jako „populiści paranoiczni”, reprezentowani przez Prawo i Sprawiedliwość, które rządząc odwoływało się do zagrożenia układem, do ksenofobii, lustracji i innych pojęć, obcych tradycyjnym demokracjom. Pobudzali nieustannie chore emocje, zwłaszcza po przegranych wyborach, gdy na czele nowego rządu stanął Donald Tusk. Premiera z PO zaatakowali z drugiej strony, jak to widzi publicysta, populiści paraliberalni, którzy „stanęli na przeszkodzie”. Jak  relacjonuje wnikliwie Żakowski, „także z nimi rząd nie podjął polemiki. Obok populistycznej narracji paraliberalnej zaczął delikatnie budować pragmatyczną. Uznaje ona potrzebę publicznych inwestycji nie tylko w armię, stadiony i drogi, ale też w oświatę, naukę, kulturę, demografię, bo warunkują one zaawansowany rozwój. To też dało PO kopa w górę, bo przestała się ona kojarzyć, jako partia „odbierająca ludziom”. Gdy wybuchł kryzys rząd odpowiedział nieortodoksyjnie. Wprowadził ostrożne cięcia, ale też zastosował silną stymulację zwiększając deficyt, podtrzymując zmniejszenie podatków i przyspieszając wydatki z funduszy europejskich.
Źródło populizmu paraliberalnego również jednak pozostało nietknięte, bo rząd nigdy nie podjął z nim otwartej polemiki. Robił swoje nie wyjaśniając, dlaczego postępuje wbrew populistom. W rezultacie mieliśmy dość racjonalną politykę miłości utkaną na tykającej beczce populizmu paranoicznego i dość racjonalną politykę modernizacji utkaną na tykającej beczce populizmu paraliberalnego.”

Gdy rząd, stawiając czoła nadciągającej fali kryzysu przyjął raczej liberalne rozwiązania, dla Żakowskiego stały się one „pragmatyczne”. Paraliberałowie bowiem, których – to znamy z innych publikacji redaktora – uosabia prof. Leszek Balcerowicz, w pewnym sensie „benchmark” na rynku liberalnych idei w Polsce, nie mogli nic dobrego zaproponować. Oszczędności, i to nie ostrożne, miały więc charakter pragmatyczny, cięcia oszczędnościowe – były faktyczne,  a przecież jedne i drugie są narzędziami z warsztatu liberalnego, a nie np. keynesowskiego. Żakowski jakoś prześlepił fakt, że rząd Tuska nie zastosował „silnej stymulacji zwiększając deficyt”, gdyż nie mógł go zmniejszyć, jako że spowolnienie gospodarcze spowodowało redukcję wpływów i zwiększony deficyt był niejako samoistny. Niepodniesienie – wtedy – obniżonych wcześniej podatków nasz znawca gospodarki określa mianem ostrożnego pragmatyzmu. Tymczasem akceptacja w tej sytuacji stanu rozwiązań fiskalnych to było rozstrzygnięcie jak najbardziej liberalne. Ale to nie pasuje do wyobrażeń Żakowskiego o mechanizmach rządzących finansami publicznymi. Publicysta tego wszystkiego wiedzieć nie musi, ale jeśli podejmuje te tematy, to gatunek dziennikarski, który uprawia, można określić parapublicystyczną vulgatą.
Jacek Żakowski bardzo chętnie i często wypowiada się o sprawach ekonomicznych, ma poglądy i stosunek. Ożywia go jakiś głęboki uraz do "liberalizmu", który zawsze określa jako  "neoliberalizm". Nie znosi Tuska i PO, jakby na jakimś osobistym tle.
Poziom jego doświadczenia w dziedzinie ekonomii oddaje wypowiedź w radiu TOK FM po wybuchu sprawy przejęcia BZ WBK przez PKO BP, kiedy wyraził swoją jakże pozytywną opinię o tej fuzji opowiadając, że on sam ma konto w PKO BP, a żona - w BZ WBK. On jest bardzo zadowolony z obsługi, ona narzeka. Wniosek - fuzja "rodzinna" poprawi sytuację.
Redaktor wielokrotnie popełnia błędy merytoryczne, a jego wiedza o mechanizmach gospodarczych pochodzi chyba tylko z opinii innych dziennikarzy.
Doskonale to widać w jego rozmowie z Markiem Belką (Polityka 24 czerwca), której fragment tak przebiegał:


„- ... nie wszędzie ekonomiści byli w aż takim stopniu niewolnikami doktryn i fetyszy.
Bo mało jest krajów, w których doktryna zapisana w tzw. konsensie waszyngtońskim zasadniczo sprawdziła się tak dobrze jak w Polsce. Polska odniosła sukces w transformacji. To sprawiło, że proste reguły, według których ją przeprowadzono, zdominowały polski dyskurs ekonomiczny. Prosty liberalizm zdominował debatę. Antyetatystyczny, fundamentalnie prorynkowy.
- Monetarystyczny…
Monetaryzm to w ekonomii jest już prehistoria. Nie ma nawet z czym polemizować. Ważne, że takie fundamentalistycznie rynkowe nastawienie ma praktyczny wymiar. Na przykład przez system podatkowy, który jest bardzo proprzedsiębiorczościowy, a mocno obciąża pracę.
- Ciągle słyszę i czytam, że polskie państwo dusi przedsiębiorczość.
Niech pan tych bzdur nie słucha.
- Nie da się. Wszyscy tak mówią i piszą.
No właśnie. To pokazuje, jak bardzo nasz publiczny dyskurs ekonomiczny jest zdominowany przez skrajne poglądy prorynkowe, czy neoliberalne. Bo bardziej prorynkowy, prokapitalistyczny system w Europie trudno sobie wyobrazić. Ja ciągle czytam i słyszę, że w Polsce strasznie trudno jest założyć i prowadzić przedsiębiorstwo.”

Żakowskiego uleganie ideologii najwyraźniej widać w doborze rozmówców do jego najnowszej książki "Zawał. Zrozumieć kryzys", który został przeprowadzony, nie aby wyjaśnić kryzys, ale aby poprzeć jedną z teorii na jego wyjaśnienie. Rozmówcy (oraz sam autor) skupiają się na biczowaniu "niewidzialnej ręki rynku", "neoliberałów" i ich guru "Miltona Friedmana" (a nawet tak nie związanych z kryzysem pomysłów jak podatek liniowy!). Z drugiej strony rozmówcy Żakowskiego wychwalają pod niebiosy Johna M. Keynesa, a politolog David Ost stwierdza nawet, że jest on zbawicielem kapitalizmu (sic!). Co się Ż. bardzo podoba.
Zapytany przez jednego z recenzentów o dobór takich rozmówców – nie ekonomistów - jak prof. Tadeusz Gadacz Jacek Żakowski stwierdził, że obecność wywiadów z takimi intelektualistami wynika z faktu, że "źródła kryzysu tkwią głęboko w dehumanizacji ekonomii jako nauki społecznej i w rezultacie przekształcenie jej w coś na kształt nauki technicznej (...) Wynika to z regresu humanistyki, o którego źródłach opowiada Gadacz".
Można rzec, że stereotypy, którymi Ż. się posługuje, mieszając – niestety – w głowach słuchaczom i czytelnikom, to jest (nawiązując do ostatniego tekstu w „Polityce”) góra vulgaty.

Piotr Rachtan

 

Komentarze

kibic | 2010-08-13 13:47

kurcze,przeczytałem i nawet zrozumiałem.Przypomniały mi sie dawne lata kiedy studiowałem na ekonomii,ale boję sie że te analizy będą czytane przez małą grupę ludzi,bo są szczegółowe z dużą ilością "obcych słówek".To oznacza że najlepiej sprzedającym się tematem jest i pozostanie krzyż.