Rząd, w ramach prac nad wieloletnim planem finansowym, ma podjąć decyzję o skierowaniu do Sejmu projektu ustawy o podwyżce podatku VAT; chodzi o podwyżkę o 1 proc. na okres do 3 lat na wszystko poza żywnością i być może lekami.
Opozycja już zadeklarowała, że jest przeciwna podnoszeniu podatków. Koalicyjne PSL jest zdania, że podwyżka VAT - choć lepsza niż podniesienie podatków PIT lub CIT - to ostateczność.
Wielka dziennikarka wielkiej gazety – Renata Grochal z Gazety Wyborczej – właśnie ogłosiła w radio TOK FM, że „ludzie nie będą mieli pieniędzy na zakupy”. A słynny dziennikarz Roman Kurkiewicz zapytał sarkastycznie, jak ta podwyżka ma się do obrazu zielonej wyspy na czerwonym tle, którą rząd niedawno z pompą prezentował.
Mylenie stanu gospodarki (zielona wyspa) ze stanem finansów publicznych to mieszanie jabłek z kartoflami. Może dla redaktora radiowego jest to bez znaczenia, wszak jego ograniczona wiedza ekonomiczna rzeczywiście nie jest istotna dla państwa, jednak ważne jest to, co dociera do umysłów słuchaczy, publiczności, ogółu obywateli. Ci nie muszą sami z siebie wiedzieć, że stopa wzrostu i stopa inflacji to pojęcia dość odległe i z innych szuflad. Nie muszą wiedzieć, że podwyżka VAT o 1 punkt, która przynieść ma 4 mld zł rocznie dodatkowych wpływów do budżetu, to jakieś 8 – 10 zł miesięcznie dodatkowych wydatków na jednego konsumenta, i to przez trzy lata, nie na zawsze. Obywatel konsument słyszy od redaktora radia, któremu jeszcze ufa (czemuś i komuś w życiu trzeba przecież zaufać) bałamutne głupstwa i wierzy, że jest tak właśnie, jak redaktor bredzi. Że chciwy rząd podwyższa podatki, drapieżnie wyszarpuje biednym ludziom ostatnie grosze, żeby tylko ochronić najbogatszych, których dobrem się kieruje.
Dziennikarka Grochal nie brała w szkole rachunków, nie potrafi więc liczyć procentów. Gdyby jej się chciało wziąć ołówek i porachować, co to znaczy podnieść VAT z 22 do 23%, wyszłoby jej, że gdy kupi lodówkę, która wcześniej kosztowała 1000 zł, to po podniesieniu VAT do 23% zapłaci  za nią 1008,20 zł. O ile, oczywiście, producent i sprzedawca nie obniżą trochę swoich marż. Jeśli zaś zechce znakomita dziennikarka kupić samochód, bo wcześniej nie zdążyła, wart wczoraj jeszcze np. 45000 zł, to dodatkowo będzie musiała wydać 368,86 zł. Jeśli redaktorka, która nową lodówkę kupuje pewnie raz na 7 – 8 lat, a nowy samochód też chyba nie częściej, nie wie jak to policzyć, niech wróci do szkoły powszechnej.
Nowa wiceprezes zarządu Prawa i Sprawiedliwości, pani poseł Beata Szydło, podobno specjalistka w dziedzinie finansów (w Sejmie jest zastępcą przewodniczącego Komisji Finansów Publicznych), choć etnograf z wykształcenia i zawodu (asystentka w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa, w dziale Folkloru i Tradycji, a  po latach - burmistrz gminy Brzeszcze), mówi za pośrednictwem TVN24 ciemnemu ludowi, że rząd „obciążą nas wszystkich problemami finansowymi państwa”. „My wszyscy” jesteśmy zatem przeciwstawieni „państwu”, które ma problemy finansowe. Bo my ich nie mamy. Państwo to rząd, w domyśle – premier Donald Tusk, który siedzi na skrzyni ze złotem i nie chce się podzielić z nami. Ba, żąda jeszcze nowych danin, żeby w skrzyni znalazło się więcej złotych monet.
Dyskusja o reformie finansów publicznych, o kwestiach fiskalnych, podziale budżetu, długu i deficycie zapowiada się naprawdę ciekawie.
Czekam, kiedy wreszcie opozycja i dziennikarze, którzy uprawiają nową narodową dyscyplinę sportu – dowalanie rządowi, zgodnie z definicją red. Grzegorza Miecugowa – wyartykułują wreszcie najważniejsze swoje oczekiwanie: podnieść płace, obniżyć podatki.
Piotr Rachtan

Komentarze

kibic | 2010-07-30 13:07

obawiam się ze ten głos spokoju zostanie niezauważony, i że nie chodzi tutaj o jakiekolwiek reformy badż dyksusję z osobami które znają się na tym,a tylko chodzi o darcie mordy i bicie piany,czego pięknym przykładem jest głupek Klopotek z niezatapialnego PSL.A w ogóle to niech posłowie i inne pseudointeligenty jadą już na wakacje bo są przemęczeni.