Minister skarbu wymyślił renacjonalizację prywatnego banku BZ WBK, który jego irlandzki właściciel wystawił na sprzedaż. Państwo miałoby przejąć ten bank rękami i za pieniądze największego polskiego banku, w którym skarb państwa ma (bezpośrednio i za pośrednictwem BGK) 51,24% akcji – PKO BP.
Najwybitniejszy ekonomista i polityk gospodarczy, prof. Leszek Balcerowicz w bardzo ostrych słowach skrytykował na łamach gazety Wyborczej ten projekt, który niesie wiele zagrożeń dla obu banków, systemu bankowego i dla klientów tych instytucji. W krajach o ugruntowanej gospodarce rynkowej i trwałej demokracji taka fuzja nie miałaby zbyt dużego znaczenia, poza czysto finansowym. Inaczej w Polsce, gdzie w świadomości społecznej wciąż przeważa wiara w wyższość państwowego nad prywatnym. Nadto prywatne zawsze podejrzanie pachnie, zgodnie z dewizą świętej pamięci prezydenta, że jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma. Skądś, czyli z podejrzanego źródła.
Jest jeden aspekt tej fuzji, który każe spojrzeć na nią z najwyższą ostrożnością: w naszym kraju z reguły to, co państwowe oznacza w rzeczywistości rządowe, albo nawet – partyjne. Zresztą nie kryje tego minister skarbu, który nieustannie liczy na dywidendę ze spółek, w których SP ma udziały i akcje. Ludzie, związani z aktualną władzą, są nagradzani posadami w tych spółkach. Nieraz w ostatnich latach publiczność była karmiona informacjami o zarobkach, wpływach, ulokowanych krewnych w tych właśnie firmach. Pamiętamy trzytygodniowych prezesów w Orlenie. Działaczy SLD w KGHM. Taniec wokół PZU. To tylko najbardziej znane przypadki – a są tych firm tysiące, bo trzeba do nich zaliczyć mnogość spółek-córek, choćby w przemyśle chemicznym, energetyce i kopalniach. Przypomnijmy doradcę byłego prezydenta, albo członka komisji likwidacyjnej WSI. Albo powstanie przykościelnej telewizji za pieniądze spółek skarbu państwa. Zresztą, sam bank PKO BP tylko za rządów PiS miał 6 prezesów. A koleje, poczta, agencje rolne – to wszystko nie jest kapitalizm państwowy, tylko rządowo-partyjny. Tak właśnie się działo niedawno w Totalizatorze Sportowym, o którym tyle się mówi i pisze, gdzie mafia doradców i asystentów usiłowała umieścić w zarządzie osobę z firmy konkurencyjnej.
Przyzwyczajeni jesteśmy, jako społeczeństwo raczej wiejskie, niż poprzemysłowe, do kumoterstwa i braku poszanowania dla własności prywatnej. Władza ma rację, nie obywatel, nie przedsiębiorca. To jest właśnie źródło zagrożenie, które może zachwiać pozycją państwowego, a w istocie rządowego giganta bankowego. Będą mogli w nim znaleźć zatrudnienie krewni i znajomi królika, niekoniecznie najwybitniejsi fachowcy, którzy będąc powiązani z władzą państwową i partyjną uczynią z tego banku jeszcze jedno latyfundium, stanowiące zaplecze interesów politycznych, a nie finansowych.
Czasem pada też argument, że polski przedsiębiorca nie może dostać kredytu w banku, który ma centralę za granicą. Czy ktoś uwierzy, że bank państwowy chętniej daje kredyty polskim przedsiębiorcom, niż bank prywatny z Holandii, Portugalii czy Włoch? Każdy bank zarabia na kredytach właśnie. Minister skarbu sugeruje w ten sposób, że państwowy bank musi planować działalność nierentowną, skoro ma być przeciwieństwem banków o zachodnim kapitale (one jakoby nie dają kredytów, bo się im nie opłaca – a PKO BZ WBK opłacać się będzie?). Gdzie tu sens, gdzie logika?
Byłoby dobrze, gdyby zwierzchnik ministra skarbu zainteresował się argumentami nie tylko swojego podwładnego. Bo to on w końcu ponosi odpowiedzialność za decyzje swoich ludzi. Mam nadzieję, że Donald Tusk przeczytał artykuł profesora Balcerowicza. A przynajmniej jego streszczenie, przygotowane przez asystentów.
Piotr Rachtan