Prowadząc interes, przedsiębiorca musi nieustannie studiować przepisy. W roku 2008 przedsiębiorcy realizowali swe obowiązki informacyjne w oparciu o ponad 400 wzorów formularzy sprawozdawczych, kwestionariuszy i ankiet statystycznych. W ramach badań, prowadzonych w Ministerstwie Gospodarki, po przeanalizowaniu 492 aktów prawa powszechnie obowiązującego (ustawy, rozporządzenia, dyrektywy) zidentyfikowano blisko 6.000 obowiązków informacyjnych (stan na dzień 2 stycznia 2009 r.).
Dotyczy to m.in. składania wniosków o uznanie zdolności do prowadzenia danej działalności, wykonywania rejestracji pomiarów, ubiegania się o zezwolenie, sporządzania okresowych raportów, udziału w przeprowadzonych kontrolach.
OECD określiła Polskę jako kraj o najbardziej uregulowanej gospodarce wśród krajów zrzeszonych w tej organizacji. W naszym kraju funkcjonuje 625 rodzajów reglamentacji, a 168 ustaw nakłada na firmy obowiązek uzyskania koncesji w 400 przypadkach.

Nakłady na wymiar sprawiedliwości na mieszkańca należą w Polsce do najwyższych w Europie. Proces w sądzie okręgowym trwa minimum 7 miesięcy, dochodzenie należności zajmuje 2,5 roku i wymaga 38 czynności administracyjnych, a postępowanie upadłościowe może trwać nawet 10 lat.
Według Banku Światowego czas rozpoczynania działalności gospodarczej w Polsce przedłużył się w ostatnich latach z 31 do 32 dni. Dla całej Europy Środkowej i Azji Centralnej w tym samym okresie ten czas skrócił się z 26 dni do 16.

Obowiązki biurokratyczne pociągają za sobą koszty. Tylko jeden z nich - realizacja obowiązków informacyjnych wynikających z ustawy o ogólnym bezpieczeństwie produktów - wynosi rocznie ok. 1,73 mld zł. (wg MG w 2007).
Przedsiębiorcy od wielu lat narzekają na przeregulowanie gospodarki i nadmierne obciążenie biurokratycznymi obowiązkami. Wbrew powszechnej opinii, nie podatki uważają oni za główny hamulec rozwoju swoich firm i prowadzonej działalności. Na jednym z pierwszych miejsc we wszystkich badaniach stawiają skomplikowane prawo, jego niestabilność i nieprzewidywalność, inflację przepisów i skłonność władzy do regulowania, koncesjonowania, zezwalania oraz domagania się zaświadczeń o niezaleganiu, niekaralności, uczciwości i dobrym prowadzeniu się. W sferze podatków życie utrudnia im zmienność zasad i liczba procedur, a nie wysokość podatków.
Według Banku Światowego polski przedsiębiorca prowadzący spółkę z o.o. musi dokonać rocznie aż 40 płatności podatkowych, które pochłaniają mu przeciętnie ponad 400 godzin. Dla porównania, w Nowej Zelandii liczba płatności podatkowych w roku wynosi tylko 8, a w Irlandii 9. Rozliczenie z fiskusem zajmuje w tych krajach nie więcej niż 80 godzin rocznie. Prawie we wszystkich państwach naszego regionu, administracja podatkowa ceni czas przedsiębiorców bardziej niż w Polsce. Przykładowo w Estonii dopełnienie 10 płatności podatkowych zajmuje przeciętnie 81 godzin rocznie, czyli ponad trzykrotnie krócej niż w naszym kraju.

W Polsce negatywny wpływ na realizację inwestycji budowlanych ma w szczególności olbrzymia liczba biurokratycznych obciążeń, które muszą pokonywać przedsiębiorcy, jeżeli chcą cokolwiek wybudować. Przykładowo, budowa magazynu wymaga przebrnięcia przez 30 procedur. To jednak nie sama liczba procedur powoduje, że budowanie w Polsce jest takim problemem. Największą trudnością w realizacji inwestycji budowlanych w naszym kraju jest, wynikająca z prawa budowlanego, duża swoboda urzędników przy ustalaniu, co może powstać na danym terenie, która sprzyja korupcji. Co więcej, bojąc się oskarżenia o korupcję, wielu urzędników odmawia wydania odpowiednich decyzji na czas lub je opóźnia. W efekcie, rozpoczęcie budowy najprostszego magazynu, które w Korei Pd. i Singapurze trwa niewiele ponad miesiąc, w Estonii niecałe 4 miesiące, w Irlandii – 6 miesięcy, w Polsce zabiera ponad 11 miesięcy. Te opóźnienia oznaczają poważne konsekwencje dla całego procesu inwestycyjnego.

Prowadzenie firmy Polsce to wciąż jest bardziej męka, niż „normalna” praca, wymaga ona wielokrotnie większego samozaparcia, determinacji i koncentracji niż taka sama aktywność w innych krajach. Pokazują to obiektywne badania, zwłaszcza te Banku Światowego. W dorocznym raporcie tej instytucji zatytułowanym „Doing Business’2010”, który został opublikowany w czasie Forum w Krynicy w ubiegłym roku, Polska znalazła się na mało zaszczytnym 72 miejscu na 183 sklasyfikowane kraje

Kiedy podobne opinie przedstawiają eksperci polskich organizacji przedsiębiorców bądź polskich instytucji i organizacji pozarządowych, można zarzucić im stronniczość (bo przecież lobbują na rzecz złych biznesmenów). W przypadku Banku Światowego trudno mówić o stronniczości, liczby są bezlitosne i obnażają poziom wrogiego dla przedsiębiorczości środowiska.
Można, naturalnie, szukać usprawiedliwień, że na przykład przedsiębiorcy starają się działać w szarej lub czarnej strefie, że mają skłonność do oszukiwania państwa, że korumpują. A stereotypy mają uzasadniać regulację, penalizację i reglamentację. Warto postawić tu pytanie, czemu ci sami ludzie, których trzeba kontrolować, pilnować i karać – gdy znajdą się w innym środowisku, na przykład w Wielkiej Brytanii – gdzie liberalizm systemu prawnego w sferze obrotu gospodarczego jest jak z innej planety, nie wykorzystują tej sytuacji, by szybciej się nachapać i uciec w krzaki, tylko prowadzą swoją działalność po bożemu, jak Anglicy, nie oszukując fiskusa i z korzyścią dla siebie i brytyjskiej gospodarki?  Dzieje się tak, bo tam podstawową normą aksjologiczną jest założenie, że człowiek jest uczciwy.

W Polsce tymczasem wykształciła się norma odmienna, rodem z PRL: przedsiębiorca w najlepszym wypadku jest podejrzany. Uczciwość jest wyjątkiem, wynikającym być może z błędu, a może z głupoty. Urzędnik przekonany o tym, że przedsiębiorca jest złodziejem, musi mu najpierw utrudnić dokonanie zaboru jakiegoś mienia, zapobiegając przy pomocy niezliczonych barier biurokratycznych dokonaniu przestępstwa, a potem udowodnić, przy pomocy kontroli i sprawozdawczości, że niecny postępek stał się faktem. Jak stwierdza Konfederacja Pracodawców Polskich, badania opinii publicznej jednoznacznie pokazują, że 44% ankietowanych uważa, że przedsiębiorcy są oszustami, kombinatorami, cwaniakami. Taką opinię o przedsiębiorcach utrwalają, a nawet wzmacniają wypowiedzi polityków; warto przypomnieć słynne powiedzenie Jarosława Kaczyńskiego, że „jak ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”, co miało sugerować wprost, że z przestępstwa lub przekrętu. Podobne skutki w świadomości społecznej miały znane spoty telewizyjne, takie jak „Mordo ty moja” z ostatniej kampanii wyborczej do Sejmu. Oligarcha z tego filmiku to wypisz, wymaluj prywaciarz lub badylarz, któremu należy się stary, dobry domiar.

Trudno więc się dziwić, że w takim klimacie społecznym walka z biurokracją, którą deklarują kolejne rządy, zdaje się być  syzyfową pracą. Zlikwidowane w jednym miejscu przepisy i utrudnienia momentalnie odradzają się w innym.
Obecna koalicja rządowa stara się doprowadzić do poprawy w tej dziedzinie. Najpierw powołana w Sejmie komisja Przyjazne Państwo, potem starania Adama Szejnfelda w Ministerstwie Gospodarki pozwoliły zidentyfikować bariery i opisać je, a następnie dokonać takich zmian w przepisach, które choć częściowo przyniosły ulgę przedsiębiorcom.

Zakres tych zmian jest bardzo szeroki, od kodeksu pracy, przez ordynację podatkową po szczegółowe rozwiązania niekiedy drobnych bolączek.
Pracy jednak nie ubywa, a nawet – jak sądzi Adam Szejnfeld, obecnie wiceprzewodniczący komisji Przyjazne Państwo – jest jej coraz więcej. Dlatego przygotował specjalny projekt zwany „wielkie sprzątanie”. Ma to być nowa ustawa o ograniczeniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców.

Jak twierdzi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej, z badań KIG wynika, że pomimo ogólnego optymizmu, polscy przedsiębiorcy, którzy negatywnie oceniają warunki prowadzenia biznesu w Polsce oczekują m.in. uchwalenia w 2010 r. projektu ustawy o ograniczeniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców oraz zakończenia prac nad poselskim projektem ustawy o szczególnych zasadach odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa.

Adam Szejnfeld mówi, że likwidacja barier i zmniejszanie ograniczeń jest najlepszym, często bezkosztowym, sposobem na wyzwolenie sił i mechanizmów rozwojowych, co powinno dokonać się dzięki przygotowywanej ustawie o ograniczeniu barier administracyjnych dla obywateli i przedsiębiorców, nazwanej właśnie „Wielkim sprzątaniem”. Proponuje ona zmiany, które można ująć w pięciu zasadniczych grupach:
I. Dereglamentacja
ma na celu zmniejszenie uciążliwości dla obywateli wynikających z obowiązku spełniania wymogów administracyjnych, zwłaszcza związanych z pozwoleniem na prowadzenie działalności gospodarczej.
II. Deregulacja
jest kontynuowaniem procesu odbiurokratyzowania wielu dziedzin działalności, w ramach których obywatele, w tym przedsiębiorcy, zobowiązywani są przez administrację publiczną do realizacji stosownych obowiązków, które nie zawsze wydają się konieczne, a przynajmniej potrzebne w wymaganym zakresie.
III. Derogacja
będzie procesem usuwania z prawa zbędnych przepisów, a
IV. Depenalizacja
zmniejszy sankcyjność polskiego prawa.
V. Zmniejszenie kosztów.

Samo poprawienie obowiązujących przepisów nie wystarcza, by prawo było bardziej przyjazne. Często potrzebne są nowe rozwiązania lub poprawienie już obowiązujących. W tym zakresie należy prawo uzupełnić, co również przewiduje pakiet proponowanych zmian.

Projekt wprowadza m.in.:
1. Zmniejszenie liczby zezwoleń, pozwoleń, licencji oraz podobnych instrumentów administracyjnej reglamentacji.
2. Zamianę poziomu reglamentacji z „wyższej” na „niższą”.
3. Zamianę kultury zaświadczeń na kulturę oświadczeń.
4. Zwiększenie dostępu do wykonywania zawodów regulowanych.
5. Rozszerzenie działania jednego okienka.
6. Możliwość przekształceń statusu prawnego przedsiębiorców (m.in. osób fizycznych i spółdzielni).
7. Zwiększenie pozycji sądownictwa polubownego.
8. Wprowadzenie elektronicznych rozwiązań w działalności notariuszy i komorników.
9. Ujednolicenie zasad stosowania kas fiskalnych.v
10. Wprowadzenie „leasingu konsumenckiego”.

Adam Szejnfeld zauważa, że ułatwienia w prowadzeniu działalności reglamentowanej odczuje ponad 310 tys. przedsiębiorców już zarejestrowanych oraz ok. 80 tys. podejmujących nową działalność gospodarczą w skali roku i starających się do tej pory o koncesje, pozwolenia, zezwolenia, licencje, zgody, itp. To tylko szacunki dotyczące ułatwień w reglamentacji. Do tego należy jednak doliczyć kilkaset tysięcy beneficjentów pozostałych proponowanych zmian. Wtedy liczba ta sięgnie około miliona przedsiębiorców rocznie.

Trudno natomiast oszacować ilu obywateli, którzy nie są przedsiębiorcami, skorzysta z proponowanych rozwiązań, choćby z prawa składania oświadczeń zamiast przedkładania urzędowych zaświadczeń. - Szacuję, że w skali kraju będzie to wiele milionów, ok. 4 – 5 milionów osób rocznie! – stwierdza Szejnfeld. Pamiętajmy, że za zaświadczenie pobierana jest opłata. Zaświadczenie o niekaralności (jakby oświadczenie nie wystarczyło) kosztuje dla osoby fizycznej – 50 zł, a dla przedsiębiorcy, gdy pyta o pracowników – 100.

Projekt ustawy „Wielkie sprzątanie” został przygotowany po kompleksowym przeglądzie polskiego prawa gospodarczego, w trakcie którego przeanalizowano 205 ustaw decydując się na nowelizację 108 spośród nich. Cała ustawa, wraz z uzasadnieniem i oceną skutków regulacji, liczy prawie 500 stron i jest najobszerniejszym projektem „Pakietu na rzecz przedsiębiorczości” przygotowanego pod kierownictwem Adama Szejnfelda w Ministerstwie Gospodarki.

Polska gospodarka znajduje się od 2 lat w czołówce rankingu konkurencyjności europejskich gospodarek,  od 2007 roku, kiedy była na ostatni miejscu w UE, awansowała w 2009 na miejsce 2 (za Finlandią). Ten ogromny skok był możliwy dzięki świetnym wynikom makroekonomicznym: doroczne badanie konkurencyjności mierzy wzrost gospodarczy, wzrost produkcji, zatrudnienie, kapitał ludzki, inwestycje zorientowane na przyszłość i stopień zrównoważenia finansów publicznych oraz znacznie gorszemu tłu, z którego tak się wybijaliśmy. Ale nie dzięki swobodzie prowadzeniu działalności gospodarczej, nie dzięki przyjaznemu przedsiębiorcom państwu, nie dzięki uznaniu aktywności gospodarczej za zaletę. Można rzec, że polskie osiągnięcia makroekonomiczne dokonują się wbrew naszej własnej biurokracji, której celem nie jest sukces wspólny, w tym – sukces przedsiębiorców, lecz przyłapanie każdego z nich za wszelką cenę na jakiejś nieprawidłowości. Tego stanu mentalności nie da się, niestety, zmienić najlepszym nawet pakietem. Zrozumieć to muszą w pierwszej kolejności politycy, o ile zechcą, oczywiście, wznieść się ponad potrzebę osiągnięcia doraźnej korzyści politycznej.

Najświeższym przykładem psucia warunków prowadzenia interesów w Polsce jest powrót pomysłu zakazu handlu w niedzielę. Doświadczenia minionych lat pokazują, że projekty zakazu handlu w niedzielę mają przede wszystkim charakter polityczny, wyborczy. Dyskusje na ten temat nasilają się wprost proporcjonalnie do zbliżającego się czasu wyborów. - Nie inaczej jest obecnie, dlatego odświeżono ten projekt – mówi poseł Szejnfeld i dodaje:
- Pierwsze, co należałoby chyba zrobić w naszym kraju, to wprowadzić zakaz zakazywania.

Piotr Rachtan
(rozszerzona wersja artykułu opublikowanego w miesięczniku POgłos)

Komentarze

mifin | 2010-04-05 11:23

Adam Szejnfeld od wielu lat cyklicznie epatuje społeczeństwo swoimi pomysłami na dobre państwo. Z jakim skutkiem, widać. W tym przejawie chciejstwa na pokaz jest bardzo podobny do równie energicznej w prezentowaniu wizji powszechnej szczęśliwości Julii Pitery.Oboje są siebie warci tyle, ile ich publiczne wystąpienia, raporty i opracowania.

pemba | 2010-04-05 14:00

Niemniej jednak dobrze byłoby coś zrobić z tą nadregulacją wszystkich aspektów życia. Są całe dziedziny, którymi państwo zajmuje się calkiem niepotrzebnie, nie tylko w gospodarce. Problem leży jednak w głeboko zakorzenionej mentalności, ktora każe wszystko regulować przepisami, nawet gdy niczemu to nie służy. Obawiam się, że tego co trzeba, z powodu tej mentalności nikt nie zrobi - zmiany logiki calego systemu prawa, z logiki "obywatel jest z natury głupi i nieuczciwy" na logikę "obywatel robi dobrze i nie klamie", dokąd nikt mu tego nie udowodni. Jeden prosty przykład: państwo co roku sprawdza stan techniczy naszych samochodów, bo przecież "głupi ludzie" będą jeźdźić popsutymi samochodami. A przecież te przeglądy są od dawna kompletną fikcją i służą głównie korupcji. Wszyscy posiadacze starych samochodów znają kontakty do "zaprzyjaźnionych" diagnostów.

pemba | 2010-04-05 14:08

Inny przykład. Nasza fundacja ma wpływy roczne rzędu kilku tysięcy złotych (w 2009 roku 3.300 zł). A mimo to mamy pelną ksiegowość niczym Bumar Łabedy lub PKN Orlen. W dodatku musimy skladać aż cztery oszerne sprawozdania roczne - w KRS, Urzędzie Skarbowym, Ministerstwie Pracy i Ministerstwie Kultury. Założę się, że żadnego z nich w tych miejscach nikt nie przeczytał od początku naszej dzialalności.