Zapowiedź 50. miliardowego deficytu budżetu wzburzyła polityków i zupełnie nie poruszyła analityków ani inwestorów giełdowych.
Ci pierwsi – opozycyjni, choć nie tylko – oskarżyli ministra finansów o zbrodnię stanu bez mała w najgorszym wypadku, a o pijar – w najlepszym. Pola dotrzymywali im dziennikarze, którzy judzili z premedytacją posłów partii opozycyjnych (choć koalicjant PO też sobie folgował), chcąc usłyszeć, że premier i jego minister narażają naszą zbolałą Ojczyznę na straszne niebezpieczeństwa.
Najgorsze z nich to załamanie się wszystkiego, co jeszcze jakoś trzyma się w kupie, ucieczka inwestorów, którzy dotychczas nie dali nogi, straszne bezrobocie, katastrofa i Armageddon. Biada nam więc, biada!
A drudzy? Co oznacza deficyt 52 mld dla ekonomisty? W stosunku do wolumenu produktu krajowego brutto to nie więcej, niż przed kilku laty kotwica 30 mld, którą tak szczycił się były premier. Od tego czasu PKB wzrósł tak, że wskaźnik praktycznie się nie zmienił.
Co jeszcze oznaczać może ta kwota? Ona po prostu ujawnia smutny fakt, że Polacy muszą wreszcie zaakceptować konieczność reformy finansów publicznych. Trzy czwarte wydatków budżetowych to zapisane w kolejnych, ochoczo przyjmowanych przez kolejne koalicje wydatki sztywne, takie, których bez zmian w przepisach, bez podpisu prezydent żadną miarą się nie zmniejszy.
Polacy to zaakceptować muszą, ale też pogodzić się z tym ponurym faktem powinna i opozycja, i prezydent. Rząd pokazał już, że tnąc swoje wydatki (i całej administracji), zrobił wszystko, co się dało. Więcej oszczędności nie znajdzie, ewentualne korekty oszczędnościowe nie będą mieć wystarczającego znaczenia.
Prezydent zapowiada, że nie zgodzi się na wzrost podatków. Co w tej sytuacji ma robić gospodarz, jeżeli nie może już przyciąć wydatków, nie jest w stanie też zwiększyć swoich przychodów? Dobry gospodarz spróbuje sprzedać, co się da, zanim ogłosi upadłość. Rząd zapowiada zwiększoną akcję prywatyzacyjną. Nie wiem, czy uda się ministrowi skarbu operacja bardzo szeroko zakrojonej prywatyzacji. Na pewno musi być przeprowadzona próba zwiększenia oferty prywatyzacyjnej ponad to, co udało się już sprywatyzować o te spółki, które znajdą nabywców. Trudno, trzeba sprzedać PGE czy KGHM, i pożegnać przyszłe dywidendy. Po diabła mamy utrzymywać LOT, PKP Inter City czy kopalnie węgla kamiennego? Niech pójdą w prywatne ręce, podatki i tak trafią do kasy, ludzie pozostaną w pracy, a budżet dostanie swój życiodajny zastrzyk.
Druga operacja, która ocali pacjenta, to reforma systemu podatkowego. Poza nim wciąż pozostają: prawnicy, lekarze, bukmacherzy i – rolnicy.
Reforma KRUS to następny element tego przedsięwzięcia. Politycznie ryzykowny, bo rolnicy, bo PSL, jednym słowem – wyborcy. Od tej reformy nie można jednak uciec, stan pogłębionego deficytu budżetu może stanowić doskonały pretekst. Ciężko będzie wytłumaczyć wyborcom z miast, z fabryk i portów, że muszą wciąż dokładać do rolników. Najbardziej bolą cudze przywileje. Chyba, że opozycja ich przekona, że to państwo dopłaca, a nie podatnicy. Że pieniądze państwa biorą się z powietrza, a nie z podatków. Wątpię jednak, by politycy opozycyjni sięgali po tak idiotyczny argument. Choć eksponent z Pałacu Namiestnikowskiego zdaje się wierzyć w ten metafizyczny fenomen...
Jeżeli do działań oszczędnościowych, zwiększonych wpływów z podatków (patrz artykuł „Większa baza, nie - podatki” ), przychodów z prywatyzacji doda się jeszcze oczekiwany zysk z Narodowego Banku Polskiego, to może okazać się, że w 2010 roku rząd nie będzie musiał się specjalnie wysilać i minister finansów nie ruszy linii kredytowej z Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Pierwsza sesja giełdowa po ogłoszeniu rozmiarów „dziury Rostowskiego” ujawniła, że inwestorzy nie przejęli się ani dziurą, ani koniecznością oszczędzania, ani wieszczbami opozycji. Zachowali zimną krew i zapewne – zaufanie do profesjonalizmu ekipy, odpowiedzialnej za finanse Polski.
Co zrobi teraz opozycja, tak ochoczo skonsolidowana prawica z lewicą, jakich argumentów będzie używać? Czym grozić i straszyć – bo konstruktywne propozycje nie są jej domeną? No i kłócą się z wyrażaną nieustannie fałszywą troską o stan finansów naszej ukochanej Ojczyzny, na którą czyhają wewnętrzni i zewnętrzni oligarchowie, razem z politykami PO mający doprowadzić ją do upadku.
Będziemy o tych projektach i propozycjach pisać.
Piotr Rachtan

Komentarze

piotrwojcicki | 2009-09-07 22:36

Zgadzam się, że nie ma co rwać włosów na głowie, ale jednak przydałoby się, żeby rząd trochę wyraźniej artykułował swoje planowane kroki w zakresie systemu finansowego i podatkowego, tak dla porządku procesowego i uspokojenia ludzi, którym należy się szeroka i zrozumiała informacja, bowiem - jak wiadomo - wiedza likwiduje lęki.Pozdrawiam, Piotrze, do zobaczenia na 20 rocznicy rządu - jak mówi Jarek Szcz. dodając pytanie, "Czy wiesz o jaki rząd chodzi?". Wiem, ale samo "rząd" też ładnie brzmi.