Nowelizacja budżetu, awantura o ministra finansów, program antykryzysowy rządu – wszystko to kręci się wokół dwóch stron budżetu i finansów państwa oraz finansów publicznych: po stronie „wydatkowej” rząd stara się odpowiedzieć na pytanie, gdzie i ile można jeszcze oszczędzić, zaś strona „dochodowa” obejmuje zagadnienie – czy, o ile i komu podnieść podatki, akcyzy bądź składki.
Spadek aktywności całej gospodarki przynosi bardzo niebezpieczny rezultat w postaci sekwencji podatkowej: mniejsza sprzedaż, produkcja, wartość zrealizowanych usług to mniejsze wpływy z VAT, mniej PIT-u i CIT-u. Naturalną odpowiedzią jest chęć prostego podniesienia podatków. Można – bez angażowania procedury legislacyjnej, której efektem będzie prawdopodobne, a nawet zapowiedziane weto prezydenta – walnąć po akcyzie. W końcu ludzie i tak będą kopcić papierochy, chlać wódkę i płynny owoc, kupować benzynę i ropę. Próbować też można dłubać przy podatkach i obniżonej przez poprzednią koalicję składce rentowej.

Poszerzyć bazę
Wszystkie te działania spotkają się z oporem i niechęcią: palaczy i konsumentów alkoholu jest wciąż bez liku, paliw używa większość obywateli. Na dodatek te ruchy wcale nie muszą prowadzić do spełnienia oczekiwań: droższy alkohol powoduje wzrost produkcji (i spożycia) bimbru, drogie papierosy podwyższają popyt na fajki z przemytu, wzrost cen pali płynnych wywołuje wzrost kosztów produkcji w większości sektorów, a w efekcie – spadek sprzedaży.
Z tych właśnie powodów warto, by rząd wreszcie wziął nie tylko teoretycznie pod uwagę inny sposób zwiększenia wpływów budżetowych – poszerzenie tzw. bazy podatkowej, czyli liczby podatników.
Są conajmnie trzy grupy podatników, ku którym powinno się zwrócić nasze (i ministra finansów) zainteresowanie. Przedstawię je w kolejności, którą wyznacza łatwość (lub trudność) polityczna.

A więc najpierw – prawnicy

Tysiące kancelarii prawnych: adwokatów, radców, doradców itp. Prowadzi działalność bez obowiązku używania kas fiskalnych. W kasy takie muszą być wyposażone kioski z gazetami (znacie pewnie aktualną sprawę karno-skarbową o 2 grosze, którą kioskarce wytoczył fiskus, bo skserowała legitymacje studencką i nie wydała paragonu fiskalnego)., taksówkarze, drobni sklepikarze itp.
Jeśli porównać obroty i potencjalny podatek z kiosku z dochodami z prowadzenia kancelarii adwokackiej na Nowym Świecie w Warszawie to mnie, płatnika nędznych poatków, trfaia szlag. Środowiska prawnicze nie są przychylne wprowadzeniu kas fiskalnych. Argumenty przeciwko niemu przedstawili przedstawiciele samorządów adwokackiego i radcowskiego na spotkaniu  w kwietniu 2008 z urzędnikami MF. W opinii prawników, przede wszystkim nie należy porównywać usług profesjonalnych z usługami świadczonymi np. przez taksówkarzy. „To specyficzna działalność, która wymaga m.in. zachowania tajemnicy zawodowej, w czym przeszkadzałaby rejestracja transakcji za pomocą kas.” Ponadto, jak podkreślił Piotr Sendecki, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Lublinie, porady radców prawnych dla przedsiębiorstw są fakturowane, powtórne rejestrowanie ich wydaje się więc zbytecznym dublowaniem dokumentacji. Ilość usług prawniczych świadczonych osobom prywatnym jest natomiast marginalna. Tak uważa adwokat Sendecki. A jak jest naprawdę? Według GUS w 2007 roku do wszystkich sądów powszechnych wpłynęło ogółem ok. 10,7 mln spraw. Sprawy gospodarcze to ledwie 0,9 mln, a więc nieco ponad 8 proc. naturalnie, część spraw cywilnych (ponad 50%) stanowią spory, w które zaangażowane są osoby prawne. Często jednak ich przeciwnikami są osoby fizyczne, zwane przez adwokata – osobami prywatnymi. A przecież obsługa prawna sprawy sądowej to porada, pisanie pism procesowych, reprezentacja przed sądem, często – kontakty adwokata z organami ścigania. W Polsce samych adwokatów mamy chyba z 7 – 8 tysięcy.
Pomoc prawna realizuje się nie tylko przed organami wymiaru sprawiedliwości. Obywatel szuka pomocy prawnika w zawiłych i konfliktowych stosunkach z pracodawcą, sąsiadem, ubezpieczycielem, bankiem i organami władz państwowych i samorządowych. Liczba porad, pism, skarg, interwencji jest niepoliczalna. Usługi prawnicze, ich wolumen i wartość umykają systemowi podatkowemu.
Jako obywatel i podatnik nie widzę powodu, by adwokaci i radcy nie musieli rejestrować swoich faktycznych przychodów. I odprowadzać od nich podatki. Niech moi przyjaciele w tej grupie mi wybaczą, ale w kosztach kryzysu tez powinni uczestniczyć. Dla budżetu państwa (lub budżetów lokalnych – poprzez PIT) mogą to by ć kwoty zauważalne. Jeżeli przyjmiemy, że wydatki, które na porady prawne i pisma procesowe ponosi prywatny uczestnik sprawy sądowej wynoszą np. 500 zł, to rachując liczbę tych uczestników na 15 mln (w sprawach cywilnych: 5 mln razy dwie strony, plus połowa pozostałych) i mnożąc tę liczbę przez 500 otrzymujemy kwotę – bagatela – 7,5 mld zł. Cały rynek usług prawniczych jest z pewności ą daleko bardziej rozległy. Przyjmując zerową stawkę VAT dla usług prawniczych pozostaje nam trochę CIT-u i, przede wszystkim, PIT. Blisko 1,5 mld zł!
Żeby jednak sięgnąć po te pieniądze należałoby zobowiązać prawników do wyposażenia się w kasy fiskalne. Argument o tajemnicy adwokackiej jest demagogiczny – kasa odnotuje kwotę, a nie nazwisko. A w papierach adwokata klient powinien być i tak odnotowany. No i kasa nie zapisuje tematu porady, celu wizyty czy treści rozmowy. Nich adwokat Sendecki z Lublina chciwości nie kryje.

Lekarze
Druga grupa wolnych zawodów, która jak ognia unika spowiedzi przed fiskusem i rejestrowania swoich usług, to lekarze.
Według badań Deloitte&Touche, prywatny rynek świadczeń zdrowotnych wynosi 28 mld złotych rocznie. Duża część tej kwoty (15 mld) to wydatki na nierefundowane leki, ale aż 12 mld – to indywidualne porady w prywatnych gabinetach. GUS szacuje , że w 2006 r. działało w Polsce 24,2 tys. praktyk lekarskich i 8,5 tys. praktyk stomatologicznych. Czy znacie kogoś, kto płacąc 50 czy100 zł za wizytę w prywatnym gabinecie lekarskim albo 400 zł za plombę u prywatnego dentysty dostał jakiś świstek, np. „kasa przyjmie”? Nie mówiąc o wydruku z kasy fiskalnej. A przecież już przy zakładaniu praktyki lekarskiej deklaruje się sposób opodatkowania. Jeden – na kartę podatkową. Drugi – CIT. W tym drugim przypadku trzeba przynajmniej opłaty od części przynajmniej pacjentów jakoś uwiarygodnić.
Inaczej jest, oczywiście, w dużych spółkach medycznych, tam prowadzi się pełną księgowość i nie ma mowy, by pacjent odszedł od kasy bez rachunku. Jednak zdecydowana większość porad udzielana jest pacjentom w prywatnych, prowadzonych przez jednego medyka gabinetach. O żadnym paragonie, kwicie ani, tym bardziej, wydruku z kasy fiskalnej mowy nie ma. Oczywiście, prywatne praktyki lekarskie są obciążone podatkiem zryczałtowanym, ale nie ma on żadnego związku z wielkością faktycznych przychodów.
Podatek w ramach karty podatkowej wynosi , o ile deklaruje się pracę do 48 godzin miesięcznie – 12,8 zł za godzinę. Im więcej godzin miesięcznie, tym stawka wyzdza. Jeśli przyjąć, że lekarz Pracuje w swoim gabinecie 4 godziny dziennie, czyli miesięcznie np. 64 godziny, to płaci miesięcznie 886,4 zł. Tyle wynosi podatek, który bez trudu pokryje honorariami od 8 – 10 pacjentów. A tylu jest w stanie przyjąć w jeden dzień.
Z moich dyletanckich obliczeń wynika, że sami lekarze mogą rocznie dostarczyć systemowi finansów publicznych 1,5 mld zł. Drugie tyle mogliby dorzucić stomatolodzy. Czy państwo powinno ten szmal lekceważyć?

Rolnicy
To najbardziej delikatna – z powodów czysto politycznych, bo nie społecznych – sprawa. W Polsce od 20 lat nikt nie śmie wysunąć nie tylko ręki, ale nawet paluszka w kierunku rolnictwa. Przyzwyczajeni do podatku tzw. rolnego właściciele gruntów rolnych uważają, że to co oddają, wystarczy w zupełności. Wymiar podatku zawiera się w równowartości pieniężnej 2,5 q żyta od 1 ha przeliczeniowego gruntów będących częścią gospodarstwa rolnego. Od 1 ha innych gruntów jest to równowartość pieniężna 5 q żyta. Ceny ustala się wg. średniej ceny skupu żyta. W 2009 roku podatek rolny wynosi 139,50 zł (od 1 ha przeliczeniowego gruntów). Tę kwotę, pomnożoną przez liczbę hektarów, rolnik płaci w gminie czterech ratach.
Wartość produkcji towarowej w indywidualnych gospodarstwa rolnych wynosiła w 2007 roku w przeliczeniu na 1 hektar użytków rolniczych 3151 zł. A zatem podatek, jaki rolnik płaci, to jakieś 5% tej sumy. Tymczasem obywatel prowadzący pozarolniczą działalność gospodarczą - płaci 19%.
W Polsce w 2007 roku indywidualne gospodarstwa rolne o powierzchni powyżej 1 ha użytkowały 14,088 mln ha użytków rolnych. Przy produkcji globalnej wynoszącej 5081 zł na hektar w gospodarstwie indywidualnym (wciąż – powyżej 1 ha), wartość produkcji towarowej wynosi 3139; w rezultacie „wskaźnik utowarowienia” można określić na 0,69. Zatem – uwzględniając liczbę ponad 14 mln użytkowanych hektarów można oszacować – pewnie bardzo zgrubnie – podatek CIT od rolników na kwotę 8,5 – 9 mld zł. Jest to chyba sporo, sporo więcej niż suma z podatku rolnego (ok. 2 mld).
Nie podejmuje tu tematu KRUS-u, bo to inna część systemu finansów publicznych,. Inna spawa, że spora część polityków twierdzi, że problem KRUS-u należy rozwiązać „kompleksowo”, razem z objęciem rolników powszechnym systemem podatkowym, poza którym mogliby w przyszłości pozostać ci prawdziwie najubożsi.

Warto zaryzykować
Poszerzenie bazy podatkowej o trzy wymienione wyżej grupy – prawników, medyków i rolników – mogłoby przynieść dodatkowe jakieś 12 mld zł. I to nie jednorazowo, jak stygnąca prywatyzacja, ale na stałe. Rząd potrzebuje, jak sam policzył, dodatkowo 9 mld zł. A zatem – jak znalazł. O ile ma się odwagę stanąć przez lekarzami, którzy zasłonią się chorymi dziećmi i starcami, przed prawnikami, którzy uruchomią wszelkie możliwe lobby, by naciskać na polityków, wreszcie – przed Polskim Stronnictwem Ludowym, które zagrozi wyjściem z koalicji. Ryzyko jednak nie jest tak wielkie. Rozpad obozu rządowego oznaczałby nowe wybory parlamentarne, po których – kto wie – PSL zostałby z 3 europosłami. Świadomość wyborców-podatników nie skłaniałaby ich do poparcia stronnictwa, które wyżej ceni swoich klientów w terenie, niż zdrowsze finanse państwa i możliwość szybszego wyjścia prze z Polskę z dołka recesji.
Nie zazdroszczę lekarzom ich dochodów, długie, trudne studia i ciężka praca muszą być nagradzane, jednak nie mogą się chronić za pacjentami, bo to zwyczajnie jest nieuczciwe. Podobnie sprawa ma się z prawnikami, nie mówiąc o rolnikach, których trud i ryzyko jest zbyt często niedoceniane. Jednak samolubstwo jest w naszym kraju słabo tolerowane, a często - karane, i to przy pomocy kartki wyborczej.
Ryzyko może się naprawdę opłacić. Zwłaszcza na dłuższą metę: rząd Platformy Obywatelskiej może z takiego starcia wyjść i wzmocniony, i z solidniejszym gruntem finansów publicznych pod stopami. I z wizerunkiem dobrego, sprawiedliwego gospodarza, który dba o to, by ciężary były rozłożone równo na wszystkich.
Piotr Rachtan