Dwudziestoparoletnią epopeję Stoczni Gdańskiej, dawniej Lenina, już po odzyskaniu przez Polskę suwerenności można podzielić na kilka etapów, z których każdy kończył się ostrym wirażem: najpierw załamanie finansowe, potem zmiana własnościowa. W każdym można też było dostrzec łapki polityków, którzy łakomie próbowali dyskontować kłopoty stoczni.
Powszechnie uważa się, że cały sektor stoczniowy nadaje się doskonale do uprawiania polityki. Stocznie Gdańska, Gdyńska i Szczecińska Nowa są tego najlepszą ilustracją. Jest wprawdzie jeden chlubny wyjątek – ale wspomnimy o nim na końcu przeglądu wydarzeń, w którym bohaterem jest Stocznia Gdańska.

Stocznia Gdańska została przekształcona w spółkę akcyjną w 1990 roku. Nie była to jednak zwykła jednoosobowa spółka skarbu: ten zachował ledwie 60% kapitału, aż 40% przekazano pracownikom. To unikalny przypadek, uchwalona w 1996 roku ustawa o komercjalizacji i prywatyzacji przewidywała oddawanie pracownikom do 15% kapitału państwowych spółek. Tak dzieje się w przypadku małych firm, jak i gigantów PGNiG czy PZU. Stoczniowcy zostali więc bardzo korzystnie, jak na tamte czasy, uwłaszczeni na kapitale państwowym. Od tego momentu uzyskali bardzo istotny wpływ, bezpośredni – poprzez swoich członków rady nadzorczej spółki, i pośredni – poprzez potężne w tej firmie związki zawodowe, na funkcjonowanie i losy stoczni.

Na dodatek ustalił się na trwałe model politycznych zależności. Odwoływano się do historii (Stocznia Gdańska kolebką „Solidarności”), do wartości patriotyczno-religijnych (zbiórka prowadzona przez o. Tadeusza Rydzyka, która zakończyła się zniknięciem co najmniej kilkudziesięciu milionów złotych)), bądź populistycznych (okrzyki „złodzieje” pod budynkami rządowymi w stolicy albo Urzędem Wojewódzkim w Gdańsku, przy wtórze petard i w dymie płonących opon).

Zadecydowały o tym głównie negatywne emocje, jakie zrodziły się wiele lat wcześniej, z poczucia krzywdy po bankructwie, w 1996 r. Emocje te wezbrały ponownie, gdy syndyk upadłej stoczni sprzedawał jej majątek Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej – spółce akcyjnej, będącej w większości własnością Stoczni Gdynia. Spółka ta, po kupnie Stoczni Gdańskiej, przekształciła się w Stocznię Gdańską Grupa Stoczni Gdynia SA. Trudno było stoczniowcom gdańskim, u których zakorzeniło się poczucie przywództwa („kolebka”), nie tylko w świecie okrętowym, pogodzić się z tym, że Stocznia Gdynia, sama mająca kłopoty i nie najwyższych lotów organizację, będzie ich właścicielką.

Mimo kilku prób prawnego podważenia transakcji, sądy jej nie zakwestionowały. Wprawdzie Stocznię Gdańską sprzedano za zaledwie 115 mln zł – i to jeszcze z gotówką w kasie (42 mln zł), to trzeba jednak pamiętać, że sprzedano przedsiębiorstwo obciążone wieloma zobowiązaniami. Syndyk Stoczni Gdańskiej Andrzej Wierciński zapewniał, że oferta Stoczni Gdynia była najbardziej wiarygodna spośród tych, które mu zgłoszono.

Przypomnijmy, że wcześniej Stocznię Gdynia kupiło trzech ludzi : Andrzej Buczkowski, Janusz Szlanta i Hubert Kierkowski (publicznie pojawi się znów później przy okazji prywatyzacji PZU S.A.). Zakup zrealizowali za pośrednictwem założonego wcześniej Stoczniowego Funduszu Inwestycyjnego (kapitał: 100 tysięcy zł), w którym rada nadzorcza składała się z ich żon i brata Szlanty. Nominalna cena kupowanych akcji Stoczni Gdynia wyniosła prawie 60 mln zł.

Były minister Wiesław Kaczmarek: - Zagadek było zbyt wiele. Powiedziałem tylko tym panom, aby przestrzegali prawa. Formalnie było wszystko w porządku, bo spółka z żonami prezesów w Radzie Nadzorczej była prywatna. Budzi jednak wątpliwości etyczne.

Transakcja odbyła się w styczniu 1998 r., prawie nic o niej nie wiadomo. Z wyjątkiem tego, że znalazł się bank, który trzem panom pożyczył pieniądze na zakup Stoczni Gdynia.

W Stoczni Gdańskiej nie lubiano trzech przyszłych właścicieli. Na bramie wywieszono czarny transparent: „Zabrano akcje 8000 biedakom i dano trzem układnym cwaniakom”. Transparent wisiał między portretami Papieża i Matki Boskiej.

Stocznia Gdynia
Emocje stoczniowców gdańskich uspokoiły się, gdy zaczęto masowo przyjmować zwolnionych po bankructwie pracowników, gdy Stocznia Gdynia zleciła Stoczni Gdańskiej pierwsze statki do budowy i praca ruszyła pełną parą, i gdy zaczęły się poważne inwestycje z wizją zwartej, kompaktowej stoczni i nowego ośrodka montażu kadłubów na wyspie Ostrów. Nie trwało to jednak długo. Gdy zaczęły się kłopoty w Gdyni, emocje te, umiejętnie podsycane przez liderów związkowych, przez rozdmuchiwanie kolejnych afer, z każdym rokiem wzbierały. Zło, jakie Stocznia Gdynia miała wyrządzać Stoczni Gdańskiej, utożsamiano z ówczesnym prezesem Stoczni Gdynia, Januszem Szlantą – i z każdą osobą z jego nadania.

Klimat wokół SG zaczął gęstnieć wraz z przybliżaniem się akcesji Polski do Unii Europejskiej.

Zaniechanie Millera
Rząd Leszka Millera nie włączył do pakietu negocjacyjnego związanego z traktatem akcesyjnym ustanowienia tzw. okresu przejściowego dla dostosowania polskiego przemysłu stoczniowego do reguł wspólnego rynku. W konsekwencji już 1 czerwca 2005 roku Komisja Europejska (w piśmie komisarz Nellie Kroes do ministra Adama Rotfelda) poinformowała Polskę o wszczęciu procedury wyjaśniającej w zakresie udzielonej pomocy publicznej Stoczni Szczecińskiej Nowa, Stoczni Gdynia i Stoczni Gdańsk. Pomoc publiczna była jednak w kolejnych latach w dalszym ciągu udzielana w różnych formach.

Mimo trudnego współdziałania ze swoją właścicielką (Stocznią Gdynia) i stosunkowo najniższej, spóźnionej pomocy publicznej, Stocznia Gdańska poprawiała wyniki finansowe. I tak: 2003 r. – strata 35 mln zł, 2004 r. – strata 10 mln zł, 2005 r. – zysk 0,3 mln zł. W momencie zmian, w marcu 2006 r., stocznia miała 4 mln zł zysku, a rok zakończyła stratą 20 mln zł – i to nie tylko z powodu bardzo dużego wzrostu kosztów ogólnych zarządu. Samodzielność kosztuje.


Swoje ma też na koncie rząd Marka Belki.

Kaczyński – Stocznia Gdańska idzie na swoje
Proces prywatyzacji i restrukturyzacji stoczni był prowadzony niekonsekwentnie i opieszale. Rząd J. Kaczyńskiego zapewne z przyczyn politycznych i wbrew logice ekonomicznej i mimo sprzeciwu Komisji Europejskiej wydzielił Stocznię Gdańską z Grupy Stoczni Gdynia.

Komisja opowiadała się przeciwko koncepcji tzw. zaparkowania Stoczni Gdańskiej, czyli przekazania jej akcji podmiotowi z udziałem Skarbu Państwa. 31 sierpnia 2006 r. rząd J. Kaczyńskiego, ignorując jednoznaczny i kilkakrotny sprzeciw KE głównie wobec „zaparkowania” Stoczni, przyjął „Strategię dla sektora stoczniowego w Polsce w latach 2006 - 2010”, która to właśnie zakładała. Wbrew interesowi Stoczni i Skarbu Państwa oraz przy sprzeciwie Komisji Europejskiej Rada Ministrów zdecydowała o odłączeniu Stoczni Gdańsk od Stoczni Gdyńskiej, aby zrealizować obietnice wyborcze wobec stoczniowców. Stocznia Gdańsk nie posiadała finansowych i technologicznych podstaw do samodzielności (m. in. pochylni). Przed odłączeniem Stoczni przestrzegali nawet były premier Kazimierz Marcinkiewicz i były minister skarbu Andrzej Mikosz.

Od połowy lipca 2006 r. następuje stopniowe wyłączanie ze struktury Grupy Kapitałowej Stocznia Gdynia S.A. Stoczni Gdańskiej. Nastąpiło wtedy przejęcie 750.000 sztuk akcji Stoczni Gdańsk S.A. przez Agencję Rozwoju Przemysłu S.A. „na podstawie §6 ust. 1 lit. a) umowy z dnia 8 lipca 2004 r. oraz Aneksu Nr 1 do tej umowy z dnia 23 sierpnia 2004 r. o ustanowienie zastawu rejestrowego na akcjach Stoczni Gdańsk S.A., zawartej ze Stocznią Gdynia S.A., za wymagalną wierzytelność na własność, stanowiących przedmiot zastawu rejestrowego” (Z Białej Księgi ministra A. Grada). Po tygodniu ARP przejęła od Stoczni Gdynia na mocy umowy zastawu 2.500.000 akcji Stoczni Gdańsk S.A. „za wierzytelność wymagalną z tytułu udzielonej pożyczki dla Stoczni Gdynia S.A., płacąc 50 % ceny nominału tj. 5 zł za akcję - zgodnie z umową zastawu”. Kolejnym udziałowcem – znów państwowym – stała się Centrala Zaopatrzenia Hutnictwa S.A., która przejęła od Stoczni Gdynia 2,4 mln akcji Stoczni Gdańsk S.A. „za wymagalną wierzytelność płacąc za każdą akcje cenę nominalną za akcję”.

Po kilku dniach Stocznia Gdańsk S.A. została wydzielona z Grupy Stoczni Gdynia, a w październiku tego samego roku nastąpiły zmiany w radzie nadzorczej. Wtedy to znalazł się Roman Gałęzewski w Radzie Nadzorczej po raz pierwszy. R. Gałęzewski jest przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. Jego zbrojne ramię to zastępca – Karol Guzikiewicz.

Komisja Europejska o pomocy publicznej
Czytelnikom mało obeznanym z tematem, w którym większość polityków tak chętnie opowiada barabuły, należy się wyjaśnienie. Fundamentem polityki UE w zakresie pomocy państwa jest zapis zawarty w art. 87 ust. 1 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską. Stanowi on, że pomoc państwa jest, zasadniczo, niezgodna ze wspólnym rynkiem. Na mocy art. 88 Traktatu zadanie kontrolowania pomocy państwa spoczywa na Komisji. Artykuł ten nakłada też na państwa członkowskie obowiązek uprzedniego informowania Komisji o wszelkich planach przyznania pomocy.

Zasady pomocy państwa obejmują wyłącznie środki, z zastosowaniem których wiąże się przekazanie zasobów państwowych (przez władze krajowe, regionalne lub lokalne, banki publiczne, fundacje itp.).

Ponadto pomoc nie musi być koniecznie udzielona przez samo państwo. Może być również udzielona przez prywatny lub publiczny organ pośredni wyznaczony przez państwo. Ta druga sytuacja może mieć miejsce na przykład wówczas, gdy bankowi prywatnemu powierzone zostanie zadanie zarządzania programem pomocy dla MŚP finansowanym przez państwo. Przekazy środków finansowych stanowiące pomoc państwa mogą mieć różne formy: nie tylko dotacji lub obniżek oprocentowania, lecz także gwarancji kredytowych, przyspieszonych odpisów amortyzacyjnych, zastrzyków kapitałowych, zwolnień podatkowych itp.

Pomoc powinna stanowić korzyść ekonomiczną, której przedsiębiorstwo nie uzyskałoby w zwykłym toku działalności. A oto mniej oczywiste przykłady transakcji spełniających ten warunek:
• firma kupuje lub dzierżawi grunt będący własnością skarbu państwa po cenie niższej od ceny rynkowej;
• firma sprzedaje grunt skarbowi państwa po cenie wyższej niż cena rynkowa;
• firma korzysta z uprzywilejowanego dostępu do infrastruktury nie uiszczając za to stosownej opłaty;
• firma uzyskuje kapitał podwyższonego ryzyka od państwa na warunkach, które są bardziej korzystne niż warunki oferowane w sektorze prywatnym.

Wreszcie pomoc państwa musi być selektywna, a zatem musi wpływać na równowagę pomiędzy niektórymi przedsiębiorstwami i ich konkurentami. (za „Vademecum – Prawo wspólnotowe w dziedzinie pomocy państwa” wydane przez Dyrekcję Generalną do spraw Konkurencji Komisji Europejskiej, wrzesień 2008)

Zaniechania rządu PiS i człowiek Putina
Rząd Jarosława Kaczyńskiego nie wykorzystał prawa do wystąpienia do UE o objęcie stoczni środkami ochronnymi, dzięki czemu nie podlegałyby one przez uzgodniony okres ograniczeniom pomocy publicznej. Dałoby to czas na ich restrukturyzację. Do 1 maja 2007 roku można było wykorzystać możliwości, jakie daje art. 37 ust. 1 Aktu dotyczącego przystąpienia do Unii Europejskiej, w myśl którego państwo członkowskie może zwrócić się w ciągu pierwszych trzech lat po przystąpieniu do Unii do Komisji Europejskiej o zezwolenie na wprowadzenie środków ochronnych, na mocy Ogólnej Klauzuli Ochronnej.

Rząd PiS zaakceptował też niekorzystne rozwiązania proponowane przez Komisję bez próby ich negocjacji. W marcu 2006 roku Komisja Europejska poinformowała Polskę, że gwarancje KUKE dla stoczni są pomocą restrukturyzacyjną. Stanowisko to zostało przez ówczesny rząd zaakceptowane i nawet nie podjęto próby jego negocjacji.

Dodatkowo, rząd J. Kaczyńskiego zignorował oraz zataił przed opinią publiczną i później  - przed rządem D. Tuska – istnienie oferty banku Fortis Intertrust, który reprezentował fundusze inwestycyjne z Bliskiego Wschodu (czerwiec 2007) i proponował zakup wszystkich trzech stoczni.

Ówczesny zarząd Stoczni Gdańskiej upatrywał szansy w wejściu, jako inwestora, norweskiej grupy stoczniowej – Aker Yards. Rozmowy były daleko zaawansowane. Stocznia Gdańska samodzielnie podpisała, nie bez oporów ze strony Stoczni Gdynia, korzystne kontrakty handlowe z Akerem. Wspólnie stworzony został plan inwestycyjny, przewidujący finansowe wparcie ze strony Akera, ukierunkowany głównie na mechanizację i automatyzację procesów w obszarze obróbki i prefabrykację sekcji, w celu wykorzystania potencjału, jaki Stocznia Gdańska posiada w tzw. COOPK’u. Tylko I etap miał obejmować inwestycje rzędu kilkunastu milionów euro.

Związek z Akerem dawał stoczni szanse na dostęp do najnowszych technologii i do wiedzy specjalistów tej bardzo oszczędnie i efektywnie funkcjonującej grupy, aktualnie najsilniejszej w Europie. Konkurencja w światowym przemyśle okrętowym rozgrywa się między krajami Dalekiego Wschodu a Europą. Dlatego, trzymanie z najsilniejszymi w Europie jest strategicznie najkorzystniejsze.

Tymczasem wszyscy, również powołany przez rząd PiS prezes ARP, zniechęcali Akera, każdy na miarę swoich możliwości – ale skutecznie.
Krótko po rezygnacji z kupna Stoczni Gdańskiej, Aker nabył stocznię ukraińską w Nikołajewie, co potwierdza jego determinację do inwestowania w tym rejonie.

Jednym z potencjalnych inwestorów został ukraiński Donbas, a właściwie jego spółka córka, ISD Polska. Większościowym właścicielem Donbasu jest jeden z bogatszych rosyjskich oligarchów, Roman Abramowicz, ponoć bliski zaufany Władimira Putina

Kto za tym stoi?
Według niektórych polityków, za udzieleniem odmowy Norwegom i wyborem Ukraińców stoi wierny, polski przyjaciel prezydenta Ukrainy, który po prostu miał wydać polecenie takie właśnie załatwienie „sprawy” Stoczni Gdańsk.

Dla zwiększenia nacisku w październiku przed Urzędem Wojewódzkim w Gdańsku stoczniowcy wypowiedzieli się po swojemu: spalili opony, by w ten sposób wyrazić swą wolę sprzedania SG ukraińskiemu inwestorowi. Co też się stało – ostatecznie w styczniu 2008 ISD przejęło pełna kontrolę nad stocznią.

W sile 300 ludzi pojawili się w pół roku później w Warszawie, zwyczajowo paląc opony i rzucając petardy żądali rozliczenia pomocy publicznej dla ich zakładu pracy. Takiego rozliczenia zapewne, które uspokoiłoby urzędników z Brukseli. By ci nie kazali jej zwracać. W miesiąc później oflagowali historyczna bramę nr 2 w intencji nie śrubowania norm pracy i gwoli zniechęcenia ISD do kupna Stoczni Gdynia. W parę dni później stoczniowcy gdańscy pojawili się pod sopockim mieszkaniem Donalda Tuska. Krzyczeli, to co zwykle i podkreślali swoje oburzenie na rząd płonącymi oponami. Chcieli też dodatkowych pieniędzy od rządu (150 mln zł) na spłatę zobowiązań.

W sierpniu 2008 stoczniowcy z Gdańska przyjechali do Warszawy: pod siedzibą ISD domagali się lepszego zarządzania i wyższych płac.

Później żądali upadłości swojej stoczni. Potem zmienili zdanie i oświadczyli, że Stocznię Gdańską rząd musi ratować, Komisja Europejska ma odczepić się od ISD i przestać domagać się zwrotu pomocy publicznej. O ratunek głośno prosili przed warszawskim Pałacem Kultury.

Próby ratowania sytuacji przez PO
Tymczasem rząd Donalda Tuska zapewnił ciągłość działania stoczni i ochronę przed bankructwem z przyczyn ekonomicznych. Począwszy od listopada 2007 roku stocznie otrzymały od państwa 9 pożyczek na łączną kwotę 262,2 mln zł.

Już w dwa tygodnie po dojściu PO do władzy zrealizowano niewykonaną przez poprzedni rząd obietnicę podwyższenia kapitału zakładowego Stoczni Gdynia S.A. (o 515 mln zł).

Rozpoczęto także renegocjację kontraktów i wdrożono programy oszczędnościowe i naprawcze w stoczniach. Domagano się od Komisji Europejskiej zgody na podjęcie negocjacji z nowymi inwestorami. Komisja trzykrotnie odmówiła, a jedyny inwestor zrezygnował z dalszych negocjacji.

Rząd starał się pozyskać nowych inwestorów, wznowiono rozmowy z Bankiem Fortis, inwestorem, którego rząd Kaczyńskiego zignorował.

Zapewnił też profesjonalizację działań, na przykład dzięki korzystaniu z doradztwa profesjonalnej firmy doradczej oraz wykorzystał nieużywane procedury, co okazało się przydatne, bo dzięki nim wydłużono dla Polski czas na złożenie programów. Skończyło się jednak tak, jak się skończyło – dwie stocznie poszły pod młotek, a bohaterka naszej narracji, Stocznia Gdańska, czeka na wyrok Komisji Europejskiej. Rząd doprowadził do zawarcia umowy w sprawie dodatkowej, 150-milionowej pomocy dla stoczni oraz przyjęcia zabezpieczeń socjalnych dla stoczniowców. Właściciel, ISD Polska, złożył projekt programu naprawczego.

Związkowcy zaś, jak mówią ponuro żartownisie, zbierają opony. I udają, że wierzą w argumenty opozycji, która starannie mija się z faktami: pomoc publiczna dla polskich stoczni wyniosła nominalnie 12 mld zł, z czego Komisja Europejska część nakazała zwrócić (np. prywatnym wierzycielom). Tymczasem w 2008 r. Bruksela uznała, że pomoc dla greckiej stoczni Hellenic Shipyard jest nielegalna, i nakazała jej zwrot. Podobnie było w 2004 r. w przypadku potężnej niegdyś stoczni Iznar w Hiszpanii. Zakłady upadły. Wcześniej Komisja zgodziła się na dużą pomoc publiczną dla stoczni niemieckich. Ale w zamian za 3 mld euro (więcej, niż w przypadku polskich stoczni) dwie niemieckie stocznie zostały zamknięte, a produkcja statków zredukowana o 40 proc. Pozostałe zakłady przestawiły się na produkcję nowoczesnych statków.

Bohater pozytywny smutnej opowieści
Wszystkie te nieprzyjemne dla załóg, lokalnych społeczności, samorządów i władzy państwowej wydarzenia ominęły jedną stocznię, o której wszystkie strony konfliktu starannie milczą: tzw. Grupę Remontową, w skład której wchodzi Stocznia Remontowa im. Józefa Piłsudskiego w Gdańsku i Stocznia Północna. Grupę Remontową tworzy prawie 30 firm, oprócz Stoczni Północnej, która zajmuje się budową oraz remontem statków i okrętów, m.in Fabryka Mebli Okrętowych Famos w Starogardzie Gdańskim i Fabryka Urządzeń Okrętowych Rumia. Zatrudnionych w niej jest ok. 6 tys. osób. W 2007 roku zysk brutto grupy wyniósł ponad 67 mln zł, a przychody ze sprzedaży 1,8 mld zł. Grupa ma pełny portfel zamówień do 2012 roku.

W lutym w Stoczni Północnej wodowano dwustronny prom fiordowy, pasażersko – samochodowego „Moldefjord”, dla norweskiego armatora Fjord1 MRF AS. To pierwszy z serii czterech zakontraktowanych promów. Statki o długości całkowitej 122,70 m, o napędzie Diesel- Electric będą mogły zabrać na pokład 390 pasażerów i 125 samochodów osobowych. Będą to pierwsze w Polsce promy o napędzie gazowym. A w kwietniu ze Stoczni Północnej wypłynął. w dziewiczy rejs do Norwegii nowoczesny gazowiec „Coral Methane”, statek o konstrukcji unikatowej na skalę światową. Jest on jednym z pierwszych na świecie i pierwszym zbudowanym w stoczni europejskiej przystosowanym do transportu trzech rodzajów ładunków LNG, LPG oraz etylenu. Jest najbardziej zaawansowanym technicznie i ekologicznie statkiem w Europie.

Czy ktoś słyszał o protestach stoczniowców ze Stoczni Północnej? Nawet ubiegłoroczna wpadka z opcjami walutowymi (w jej wyniku zmieniono prezesa zarządu) nie zachwiała na tyle pozycją i sytuacją firmy, by zagrozić płynności, spowodować zwolnienia, wywołać zakłócenia produkcyjne. Dobrze sprywatyzowana i właściwie zarządzana stocznia nie ma czego się obawiać nawet w trudnych czasach. A Unia Europejska nie kojarzy się tam z Neeli Kroes, tylko z wielkim, wspólnym rynkiem.

Może dlatego, że od początku transformacji pozostawała na uboczu politycznych wirów, które wciągnęły inne stocznie. I że nie korzystała z chronicznej ochrony i pomocy państwa.
Piotr Rachtan

Komentarze

prachtan | 2009-05-20 12:00

Gwoli uzupełnienia: na posiedzeniu sejmowej Komisji Skarbu 18.09.2008 szefi UOKiK mówiła: "Dane obejmują okres od 1 maja 2004 r. – od tego momentu obejmuje nas prawo wspólnotowe – do 31 lipca 2008 r. W przypadku Stoczni Gdynia i Stoczni Gdańsk nominalna kwota udzielonej pomocy wynosi ponad 5,5 mld zł, ekwiwalent dotacji wynosi niespełna 980 mln zł. Stocznia Szczecińska Nowa otrzymała pomoc publiczną na kwotę nominalną niespełna 3 mld zł. Natomiast ekwiwalent dotacji wynosi niespełna 500 mln zł. " W obradach uczestniczył pan Bronk ze związku "Okrętowiec" Stoczni Gdańskiej. Panów Gałęzewskiego i Guzikiewicza nie było. Nie było nikogo z NSZZ "S" Pomorza Gdańskiego. Pewnie reprezentował ich poseł Jacek Kurski.

prachtan | 2009-05-20 12:15

I jeszcze jedna uwaga: "Guzikiewicz: - W mordę nikt jeszcze nie dostał, ale jak tak dalejpójdzie, to dostaną wszyscy, którzy szkodzą stoczni" - w czerwcu 2005 roku w biurze zarządu Stoczni Gdańskiej panowie G. i G. czynnie (mowa o uderzeniu w głowę) zaatakowali inż Jana Trzaskę,, wiceprzew. "Okrętowca", gdy ten zarzucił im, że prowadzą do likwidacji jednego z wydziałów stoczni (WP3). Rozdzielił ich wiceprezes stoczni. Informacja na ForumGazeta:http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=95462737&a=95462737