Przed chwilą przeczytałem rozmowę pani redaktor Gazety Wyborczej z prof. Jerzym Wilkinem  - z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW - specjalistą od spraw rolnictwa.
Muszę przyznać, że profesor ekonomii mnie zadziwił. Zadziwił mnie swoim pojmowaniem zachowań chłopskich gospodarstw rolnych - gdy stwierdza, że zmiany w rolnictwie przebiegają za wolno. O tym, że po wejściu Polski do Wspólnot Europejskich nie nastąpią żadne zmiany w polskim rolnictwie mówiłem w 2005 roku na seminarium poświęconym polskiemu rolnictwu na zaproszenie ówczesnego prezesa Narodowego Banku Polskiego - Leszka Balcerowicza.

Mówiłem wówczas, że to właśnie rolnicy polscy będą pierwszymi beneficjentami naszej akcesji do UE. Wiele jest po temu powodów.

Po pierwsze - dopłaty bezpośrednie. Każdy chce mieć dodatkowe pieniądze tylko z tego tytułu, że ma pół hektara i więcej.

Po drugie, fakt stałych dopłat do hektara sprawił - że ceny ziemi są cenami, które rosną najszybciej, i nie są to wirtualne ceny amerykańskich nieruchomości. Ceny ziemi chłopskiej - nie ruszy żaden bąbel.

Po trzecie, od 1 maja 2004 roku, po wejściu do UE - zniknęły granice celne i ograniczenia eksportu rolnego do krajów starej Europy. Polskie produkty pochodzenia rolniczego - poprzez swe niskie koszty produkcji - po znacznej poprawie jakości, stały się bardziej konkurencyjne na rynku europejskim od własnej produkcji rolnej Francji, Niemiec lub Wielkiej Brytanii. Równocześnie w tym samym czasie ceny produktów rolnych na rynkach światowych rosły. I polscy rolnicy na tym korzystali.

Po czwarte. Wszyscy rolnicy działają racjonalnie - jeżeli wiadomo, że zgodnie ze wspólną polityką rolną dopłaty do polskiego rolnictwa będą rosły - to żaden rolnik nie opuści swego gospodarstwa dopóty, dopóki nie wykorzysta dopłat do hektara do ostatniego euro, które mu się będzie należało. I nie jest to żadna szczególna cecha polskiego rolnika. W krajach Europy Zachodniej należną dopłatę do hektara pobiera i królowa angielska i portugalski chłop.

Gdy już wiemy na czym skorzystali polscy chłopi po przystąpieniu do Wspólnot Europejskich, ciągle pozostaje nam szukanie odpowiedzi dlaczego zmiany w rolnictwie polskim przebiegają za wolno?  

Jak uczy historia gospodarcza - której obecnie nie uczy się studentów nauk ekonomicznych - zmiany w rolnictwie odbywają się w następujących sekwencjach. W trakcie wzrostu gospodarczego, gdy rośnie popyt na pracę, cześć ludności rolniczej opuszcza swoje gospodarstwa i idzie do pracy w przemyśle. Gdy część ludności rolniczej wychodzi ze swoich gospodarstw, to ci którzy pozostali mają możliwość zwiększenia wydajności pracy i takich wyborów dokonują. I gdy ich wydajność rośnie - to są w stanie inwestować. A inwestują przede wszystkim w ziemię - w powiększenie swego gospodarstwa. Poprzez ów wzrost wydajności pracy dokonują się przemiany struktury rolnej. Tak też daje się odczytać historia gospodarcza krajów Europy zachodniej co najmniej od okresu odbudowy Europy po II Wojnie Światowej - od 1950 roku. Nie licząc przemian z przed 200 lat.

Jakkolwiek Polska doświadczyła w latach 1950-1990 migracji ponad 9 milionów ludzi ze wsi do miast, to nigdy nie była to migracja, która poprawiła by strukturę rolną w kraju. Natomiast lata transformacji 1990 2008 - to nie był okres sprzyjający migracji z rolnictwa do przemysłu. Było wręcz przeciwnie, to transformacja ujawniła ukryte bezrobocie w każdym socjalistycznym zakładzie pracy. Ukryte bezrobocie - z nastaniem gospodarki kapitalistycznej - stało się jawne. Gospodarce chłopskiej zawdzięczamy zaś, że część ujawnionego bezrobocia przejęła powrotem do wiejskich domów. Przyjęła tych, którzy przed laty przeszli do miast i do przemysłu. Nadal jeszcze wysokie koszty pracy sprawiają, że przedsiębiorcy poza rolnictwem nie są zainteresowani zwiększaniem zatrudnienia. Gdy cena pracy jest wysoka  -  to popyt na pracę jest niski. Jeśli popyt na pracę nie rośnie, to żaden rolnik i użytkownik gospodarstwa rolnego nie ma gdzie pójść. Jak nie ma gdzie pójść - to zostaje na swoim półhektarowym gospodarstwie. Tym bardziej gdy należy się dopłata z funduszy Wspólnej Polityki Rolnej UE.

To nie dopłaty z Unii Europejskiej są winne temu, że w Polsce zmiany w rolnictwie przebiegają za wolno. To wysokie koszty pracy poza rolnictwem - są winne temu, że popyt na pracę jest niski.

Dziwi mnie zatem postawa prof. Jerzego Wiklina - któremu trzeba tłumaczyć, rzeczy podstawowe, o których, ponad 40 lat temu, prof. Witold Kula mówił nam na 1 i 2 roku ekonomii.

Dziwni mnie również oczekiwanie prof. J. Wiklina, że gdy się zabierze unijne dopłaty tym małym, drobnym gospodarstwom - to nastąpią pozytywne zmiany w rolnictwie. Nie nastąpią żadne zmiany - ci , którym Wilkin chce odebrać dopłaty, nie opuszczą swoich gospodarstw - bo gdzie mają pójść. Jedynym efektem polityki rolnej, którą proponuje prof. J. Wilkin - będzie dalszy wzrost dysproporcji dochodowych i rosnących nierówności na obszarach wiejskich. Zawsze miałem prof. Jerzego Wiklina za wrażliwego społecznie - ale nie wiedziałem, że jest aż tak „wrażliwy".  

Stefan Małecki-Tepicht