Hamowanie gospodarki odbija się najsilniej na rynku pracy. Polacy, jak wynika z badań, najbardziej boją się utraty zajęcia. Mają w świeżej wciąż pamięci ponad 20-procentowe bezrobocie sprzed niespełna 6 – 7 lat. Pracodawcy z reguły chętnie sięgają do zwolnień, bo uważają, że nie ma nic łatwiejszego, jak zwolnić, gdy ciężko i zatrudnić – gdy jest poprawa. Człowiek jest najłatwiej wymienialną częścią aparatu wytwórczego.
Jak życie uczy, nie jest to do końca prawda. Przed prawie 30 laty ze zdziwieniem przyglądałem się w Holandii, jak pracodawcy chętnie po godzinach na tzw. overtime zatrudniali emerytów, którzy mogli dorobić na pół etatu, albo na coś w rodzaju umowy-zlecenia. Do tej połówki przedsiębiorca dostawał od państwa bonus, który był dla niego wystarczająco atrakcyjny. Kilka lat temu, w apogeum naszego bezrobocia, namawiałem wiceprezydenta Centrum A. Smitha, Andrzeja Sadowskiego, by CAS rozpoczęło kampanię na rzecz wprowadzenia podobnych rozwiązań w Polsce Patrzył na mnie z niedowierzaniem, jak na ciężkiego idiotę i tłumaczył, że państwo nie powinno takich kosztów brać na siebie. Dziś z podobnym projektem wychodzą pracodawcy z „Lewiatana”. Widać im to rozwiązanie jednak pasuje.
Tymczasem zajrzeliśmy w dwa miejsca: do Szydłowca, w którym wskaźnik bezrobocia wciąż jest najwyższy w Polsce, oraz do Stalowej Woli i Mielca, gdzie w wielkich zakładach pracy zarządy dogadały się z załogami, by przekonać się, jak w porze recesji, a może nawet kryzysu, radzą sobie przedsiębiorcy z czynnikiem ludzkim.

Szydłowiec
To stare, zabytkowe miasteczko na południowych rubieżach Mazowsza omija od lat nie tylko krajowa droga nr 7. Od miasta oddalił się ruch drogowy, ale przede wszystkim - dobrodziejstwa wzrostu gospodarczego. W ostatnich latach na Szydłowiec spadła najgorsza społeczna plaga – bezrobocie. Powiat szydłowiecki znany jest dziś nie tylko na Mazowszu, ale w całej Polsce nie ze swoich XVI wiecznych zabytków, ale z tego, że ma najwyższy w kraju wskaźnik bezrobocia, który dziś wynosi 32,5%. Na szklankę można, oczywiście, patrzeć i tak, że jest pełna do połowy: wskaźnik w ciągu ostatniego pięciolecia spadł z 42% o prawie 10 punktów procentowych.
Szydłowiec nie miał nigdy żadnego wielkiego zakładu przemysłowego, którego upadek wywołuje tak katastrofalne skutki dla całej okolicy. Trafił go jednak rykoszet: upadek jednej z najstarszych w Polsce cementowni w Wierzbicy, położonej tuż za granicą powiatu, już w radomskim powiecie, doprowadził do głębokiego bezrobocia w Szydłowcu właśnie i w sąsiednich gminach. Osiedle przy cementowni znajduje się już w powiecie szydłowieckim, a i większość pracowników dojeżdżała do pracy w cementowni z tego terenu. Do dziś aż jedna trzecia szydłowieckich bezrobotnych to byli pracownicy cementowni. Także kryzys w innych radomskich przedsiębiorstwach odbił się na stanie zatrudnienia w Szydłowcu i okolicach.
Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy inż. Tadeusz Piętowski nie jest jednak zadowolony z tempa spadku bezrobocia, bo liczba osób bez pracy nadal przekracza pięć tysięcy. A jak w małym, biednym powiecie znaleźć dla takiej liczby osób zatrudnienie? Choć – z drugiej strony, mówi dyr. Piętowski, nie jest tak źle –bezrobocie wciąż spada. W grudniu, licząc rok do roku, spadek wyniósł 450 osób.
- Nawet w lutym, kiedy zazwyczaj mamy sezonowy pik, bo budowy mają zimowy przestój, bezrobocie zmniejszyło się o 7 osób w stosunku do lutego 2008. Zima wprawdzie jest łagodna, ale jednak...- mówi dyr. Piętowski

Dygresja I: Czy grozi nam powrót do stanu sprzed 10 lat?
Ponieważ pojawiają się takie opinie, zwłaszcza ze strony opozycji, to trzeba prześledzić wydarzenia i procesy minionych kilkunastu lat. Warto sobie przypomnieć, że w latach 1989 - 1991 wielkie przedsiębiorstwa straciły 3233 tysiące miejsc pracy, ale w małych i średnich powstało ich w tym czasie 1974 tysiące. W latach 1994 - 1998 sektor publiczny, na który składały się prawie wyłącznie duże firmy, zanotował ubytek 1161 tysięcy miejsc pracy, lecz w sektorze prywatnym (prawie wyłącznie MSP) stworzono ich 1831 tysięcy. Te liczby obrazują zmianę struktury gospodarki, zachodzącą szczególnie gwałtownie w pierwszej części dekady. Obserwowaliśmy więc wtedy silną redukcję tradycyjnych sektorów, związanych z odchodzącą gospodarką socjalistyczną, ale równolegle byliśmy świadkami niezwykłej ekspansji przedsiębiorczości, wspaniale wykorzystującej swoje szanse wynikające z wprowadzenia zasad wolnej gospodarki w latach 89/90. Powiedzieć więc można, że w latach 1990 - 1997 polska gospodarka stworzyła ok. 5 milionów nowych stanowisk; przy czym od roku 1994 tworzyła je w tempie szybszym niż następowała ich utrata w gospodarce tradycyjnej. Po wybuchu kryzysu w Rosji, od roku 1998 sytuacja diametralnie się zmieniła - utrata miejsc pracy następowała szybciej niż tworzenie nowych. Szczyt bezrobocia przypadł na luty 2004 roku: 3 294 452, czyli stopa bezrobocia sięgnęła 20,6 proc.
Kryzys po roku 1998 i szalejące bezrobocie przyniósł nieoczekiwanie pozytywne efekty: przedsiębiorstwa dokonały głębokiej restrukturyzacji aparatu wytwórczego, wzrosła wydajność pracy i konkurencyjność polskich firm na rynkach europejskich, ale także głęboko zmieniła się mentalność przedsiębiorców. Teraz, gdy recesja przemierza nasz kraj, pracodawcy nie sięgają tak łatwo do zwolnień. Doskonale wiedzą, że spadek popytu, trudności z płynnością, niepewność kursowa i zahamowanie akcji kredytowej banków w końcu się skończą. A wtedy trzeba będzie mieć załogi gotowe do zwiększenia wysiłku. I natychmiast pojawi się walka o pracownika.
Bezrobocie maleje wraz ze wzrostem gospodarczym. Rośnie liczba firm, z których największą trwałością charakteryzują się firmy – osoby prawne, które zatrudniają pracowników.
Dane statystyczne dotyczące dynamiki powstawania nowych i upadku już istniejących firm często są uznawane, oprócz dynamiki wzrostu PKB, za główne informacje o kondycji gospodarki kraju. Jest to bardzo dobry wskaźnik, uwzględnia nie tylko twarde czynniki wzrostu gospodarczego, ale także te niemierzalne, związane z nastrojami inwestorów i ich przewidywaniami co do możliwości prowadzenia przedsiębiorstwa.
Statystyka ostatnich lat potwierdza te zależności. W okresach gorszej koniunktury zakładanych było zdecydowanie mniej firm, niż w okresach wzrostu gospodarczego. I tak, liczba nowoutworzonych przedsiębiorstw rosła w Polsce do roku 1997, kiedy to wzrost PKB wahał się wokół 7%. W następnych latach dynamika wzrostu PKB spadła do około 4% rocznie. Również liczba nowozakładanych przedsiębiorstw malała wolno, ale systematycznie, aż do roku 2001. Wtedy nastąpiło załamanie najpierw dynamiki wzrostu PKB (z 4 do 1% rocznie), a rok później liczby nowopowstałych przedsiębiorstw. W roku 2002 liczba nowoutworzonych firm spadła aż o 18,7%. Tendencję tą udało się przełamać dopiero w roku 2005, kiedy nastąpił bardzo duży wzrost liczby nowych przedsiębiorstw. W porównaniu z rokiem 2004, w systemie REGON zarejestrowano aż o 26% przedsiębiorstw więcej. Rok 2006 to kolejny rok dobrej koniunktury gospodarczej, ze wzrostem PKB powyżej 6%. Liczba nowoutworzonych przedsiębiorstw była największa od 2001.
W dłuższym okresie większe szanse przeżycia miały przedsiębiorstwa zarejestrowane jako osoby prawne. Były to przeważnie już na starcie firmy większe i silniejsze. Ich współczynnik przeżywalności przewyższał o kilka punktów procentowych analogiczny współczynnik dla osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. Ta tendencja jest stała w czasie. Także w zdecydowanie lepszej sytuacji są przedsiębiorstwa, które od początku zatrudniają pracowników. Dla nich też współczynnik przeżywalności jest o kilka punktów procentowych wyższy niż dla firm, gdzie pracuje jedynie właściciel. Dla przedsiębiorstw utworzonych w roku 2006, współczynnik przeżycia pierwszego roku różnił się ze względu na formę prawną aż o 14,3 punktu procentowego. Wśród firm założonych jako osoby prawne niepowodzenie spotkało 20% firm, a dla osób fizycznych – 34,3%.
Brak jeszcze danych analitycznych z lat 2007 – 2008.

W firmie Aris – tylko wolniej
Andrzej Zawadzki, dyrektor zarządzający szydłowieckiej spółki „Aris”, wyspecjalizowanej w szyciu odzieży roboczej i dostawcy artykułów BHP, która zatrudnia średnio 63 osoby mówi, że nie przewiduje zwolnień. Właściwie to nawet zwiększa zatrudnienie, choć ostatnio wolniej, niż w przeszłości. „Aris” zatrudnia nowych pracowników w porozumieniu z Urzędem Pracy, stara się tworzyć miejsca pracy z wykorzystaniem środków publicznych. Urząd Pracy współfinansuje nowe stanowiska, na których będą pracować bezrobotni.
- Z udziałem tych środków unowocześniliśmy szwalnię i kupiliśmy niektóre środki transportu – mówi dyr. Zawadzki – To pozwoliło obniżyć nieco koszty pracy.
Dla A. Zawadzkiego największą barierą nie jest sztywny kodeks pracy: - My nie zwalniamy, tylko przyjmujemy, dlatego ograniczeń kodeksowych jeszcze nie przetestowaliśmy. Tymczasem najbardziej doskwierają nam wysokie koszty pracy, bo one nas ograniczają. I od państwa oczekujemy obniżenia tych kosztów
Drugą zmorą dla przedsiębiorcy jest funkcja kontrolna państwa, jak oględnie określa biurokrację dyrektor Zawadzki. - Sprawozdania dla GUS-u, ZUS-u i coraz nowych instytucji kreują może nowe miejsca pracy – ironizuje Zawadzki – ale nie w Szydłowcu, nie w naszym przedsiębiorstwie. I na dodatek nie tworzą żadnych materialnych dóbr, ani usług.
W „Arisie” ludzi nie zwalniają, bo strategią firmy jest wiązanie pracowników. Właściciele chcą budować trwałe relacje z pracownikami, bo tylko wtedy identyfikują się oni z firmą i dobrze pracują.

Dygresja II: Co zamiast zwolnień grupowych?
„Aris” to przedsiębiorstwo, należące do kategorii MSP. Jego raczej niewielkie rozmiary ułatwiają elastyczne reagowanie na zmiany na rynku i w otoczeniu. Inaczej jest w wielkich przedsiębiorstwach, zatrudniających setki lub tysiące pracowników. Tam szuka się specyficznych sposobów, by osiągnąć skutek taki, jak w szydłowieckim zakładzie.
Work sharing (czyli dzielenie pracy) jest popularną na zachodzie Europy metodą zapobiegania zwolnieniom grupowym w czasie kryzysu. Jest to szczególna postać zatrudnienia w niepełnym wymiarze czasu. Polega ona na redukcji wymiaru czasu pracy pracowników i połączonej z nią, proporcjonalnej redukcji wynagrodzeń, których celem jest uniknięcie zwolnień. Rozwiązanie takie opisuje w portalu AlterPraca.pl dr Monika Latos – Miłkowska z Uniwersytetu Warszawskiego.
W krajach, w których instytucja ta jest szerzej stosowana, najczęściej wprowadza się ją na mocy porozumienia między przedstawicielstwem pracowników (na ogół są to związki zawodowe) oraz pracodawcą. Strony umawiają się, że wszyscy pracownicy będą mieli przez czas określony w porozumieniu obniżony wymiar czasu pracy i proporcjonalnie do tego obniżone wynagrodzenie, a w zamian za to pracodawca zobowiązuje się do zachowania dotychczasowych miejsc pracy. Korzyści z takiego porozumienia mogą odnieść obie strony, mówi Daniel Prędkopowicz, koordynator projektu AlterPraca.pl – Pracodawca zyskuje redukcję kosztów pracy, co pozwala mu na przetrwanie okresu dekoniunktury i utrzymanie się na rynku. Pracownicy z kolei zachowują miejsca pracy, co w sytuacji rosnącego w okresie kryzysu bezrobocia jest dla nich z reguły najistotniejsze.
Właśnie work sharing zastosowano w Stalowej Woli i w Mielcu.

Huta Stalowa Wola – redefinicja solidarności
Media obiegła informacja, że w Hucie Stalowa Wola zarząd porozumiał się z załogą, która wyraziła zgodę na skrócenie czasu pracy i obniżenie zarobków. Dr Bartosz Kopyto, pełnomocnik zarządu HSW S.A., mówi POgłosowi: „ ograniczyliśmy produkcję, bo dramatycznie spadła wielkość zamówień. Natomiast ograniczenie czasu pracy i płacy o 20% pozwala firmie utrzymać płynność finansową. Jak wiadomo, firmy padają właśnie ze względu na utratę płynności finansowej.”
W przypadku HSW sprawa nie jest błaha: Huta Stalowa Wola SA jest producentem maszyn budowlanych i sprzętu wojskowego. Trzy zakłady, wchodzące skład grupy kapitałowej, zatrudniają ponad 4,6 tys. osób. W najtrudniejszej sytuacji znalazła się spółka – córka Zakład Zespołów Mechanicznych, który ogłosił upadłość. Powodem jest drastyczny spadek zamówień na produkty firmy. Głównym odbiorcą kruszarek, które wytwarza ZZM, była austriacka firma Hartl, która sama ma problemy z powodu kryzysu.
W samej HSW w Centrum Produkcji Wojskowej wytwarzane są m.in. wyrzutnie rakietowe Langusta, 55-milimetrowe nafaszerowane elektroniką armatohaubice Krab i koparkoładowarki w wersji wojskowej. W firmie obawiają się, że może dojść do redukcji zamówień ze strony wojska.
. - Największym obecnie problemem jest zbyt niski popyt w porównaniu ze skalą produkcji. To sprawia, że powierzchnie magazynowe zapełnia wyprodukowany towar, na który trudno znaleźć nabywcę - mówi Krzysztof Trofiniak, prezes HSW. Sposobem na przetrwanie trudnego czasu może być kupowanie przez polskich odbiorców sprzętu polskiego, a nie zagranicznego.
Dr Bartosz Kopyto zapytany o przebieg negocjacji ze związkami zawodowymi odpowiada:
- To w zasadzie nie były negocjacje. Zarząd dokładnie, rzetelnie i na bieżąco informuje załogę o sytuacji firmy i o sytuacji na rynku. Jednym ze sposobów radzenia sobie ze światowym kryzysem była taka, a nie inna propozycja dla załogi. I ta propozycja została przyjęta.
- Jaka jest sytuacja dzisiaj (początek marca) - czy porozumienie będzie przedłużone?
- Wszystko wskazuje na to, że taka organizacja pracy będzie konieczna w kolejnych miesiącach. Wszyscy chcielibyśmy, by to trwało jak najkrócej.
- Jaka jest reakcja załogi?
- HSW S.A. jest firmą o ogromnej tradycji i wprost gigantycznym dorobku. Tak jest również w kwestii kultury pracy i świadomego uczestnictwa w procesach gospodarczo- społecznych. Jeśli ktoś dzisiaj podjąłby się redefinicji pojęcia „solidarność” to powinien przyjechać po naukę do HSW!
W powiecie stalowowolskim pod koniec stycznia było 5,3 tysiąca bezrobotnych, wskaźnik bezrobocia wynosił 11,1 proc. Zwolnienia w ZZM podniosą go o ok. jeden punkt procentowy.

Kirchhoff – podobnie
Pracownicy mieleckiej fabryki Kirchhoffa - producenta metalowych części do samochodów - pracują cztery dni w tygodniu. Mają też obniżone o ok. 20 proc płace. Jak powiedział PAP dyrektor zakładu w Mielcu Janusz Soboń, powodem skrócenia tygodnia pracy jest kryzys, który dotknął branżę motoryzacyjną. „Chcemy za wszelką cenę uniknąć zwolnień, stąd nasz krok o czterodniowym tygodniu pracy. Ustalenia z załogą przewidują, że jak tylko przybędzie nam zamówień, wrócimy do normalnego trybu” - dodał Soboń. Uważa on, że działania zarządu fabryki powinny zapobiec zwolnieniom.
Jego zdaniem sytuacja na rynku zmienia się bardzo dynamicznie i już widać pierwsze oznaki poprawy. „Przybywa nam zamówień, w związku z tym zdarza się, że pracujemy czasami po pięć dni w tygodniu. Ta lepsza sytuacja wynika zapewne z działań rządów w Europie Zachodniej. W niektórych krajach, jak np. Niemczech, rząd zdecydował się na dofinansowywanie zakupu nowych samochodów” - uważa Soboń.
„Staramy się pozyskiwać nowe zamówienia i nam się to udaje. Poza tym mamy podpisane kontrakty na dostawy części do aut, które zaczną być produkowane pod koniec tego roku lub na początku przyszłego. Praca na pewno będzie, więc chcemy zatrzymać pracowników, a nie teraz ich zwalniać, aby później musieć przyjmować” - powiedział Soboń.
Zakład w Mielcu zatrudnia prawie 700 osób. Powiat mielecki jest w gorszej sytuacji, niż stalowowolski. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła pod koniec stycznia 7,4tysiąca osób, a wskaźnik bezrobocia dochodził już do 12 proc.

Pilotaż wielkopolski
Europejskie Konsorcjum Kolejowe Wagon -jedna z większych firm w Ostrowie Wielkopolskim – jest wielkim, jak na lokalne warunki, przedsiębiorstwem. Na początku wieku firma przeżyła kryzys, spowodowany przez niesolidnego inwestora zagranicznego. Ledwie z tego wyszła, pojawiło się nowe niebezpieczeństwo: spółka żyje głównie z remontów wagonów m.in. dla PKP Cargo, które w efekcie recesji redukuje przewozy i zamówienia na remonty. W EKKW pracuje ok. 700 osób. W lutym trzymiesięczne wypowiedzenia dostało ponad 200 osób. Ostrowski Powiatowy Urząd Pracy, który na terenie powiatu boryka ł się w styczniu z prawie 10-procentowym bezrobociem, zaproponował plan ratowania firmy. W ramach programu pilotażowego PUP wesprze finansowo 100 etatów, jeśli firma obieca, że ich nie zredukuje. Program miałby dotyczyć wyłącznie pracowników objętych grupowymi zwolnieniami. Urząd wypłacałby robotnikom połowę pensji przez 12 miesięcy. Po tym czasie firma musiałaby jednak utrzymać co najmniej 30 z dotowanych etatów. - Nic na tym nie stracimy. Ci ludzie i tak trafiliby do rejestru bezrobotnych i dostaliby od nas zasiłek - mówi Hanna Pawlak-Kornacka, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Ostrowie Wielkopolskim.
By program wszedł w życie, firma musiałaby przedstawić prognozę, że nie grozi jej likwidacja ani upadłość, i przygotować listę 100 pracowników. Program musi też zaakceptować Wojewódzki Urząd Pracy, a potem ministerstwo, bo pieniądze miałyby pochodzić z Funduszu Pracy – napisała „Gazeta Wyborcza”.
- Rzucenie takiego koła ratunkowego pomogłoby nam przetrwać. Udało nam się ostatnio znaleźć trzech kontrahentów z Europy, szacujemy, że drugie półrocze będzie lepsze, niż się zapowiadało - mówi dziennikowi Łukasz Grymel, prezes EKK Wagon

Dygresja III: O czym marzą górnicy?
Przykłady opisane powyżej wskazują, że w wielu miejscach panuje pełne zrozumienie faktu, że i pracodawcy i pracownicy doskonale wiedzą, że na jednym wózku jadą. Ale nie wszędzie: odwrotnością tego, co dzieje się w Mielcu czy Ostrowie Wielkopolskim są wydarzenia na Śląsku, gdzie związkowcy, napędzani rywalizacją między „Solidarnością” a „Sierpniem’80” starają się wymusić na zarządzie Kompanii Węglowej wzrost płac o 10 procent. KW zaoferowała im podwyżkę o 1,2 proc. Tymczasem ArcelorMittal Termitau, kombinat metalurgiczny działający w Kazachstanie, wchodzący w skład giganta stalowego ArcelorMittal rozpatruje możliwość transportu węglu do Polski. Władze obwodu karagandińskiego w Kazachstanie, w którym działa ArcelorMittal Termitau poinformowały, że z powodu braku zamówień na rynku krajowym przedsiębiorstwo myśli o dostawach węgla do m. in. Polski. O rynku polskim myślą też kombinaty węglowe na Ukrainie. Roszczenia płacowe śląskich górników mogą zagrozić ich własnym stanowiskom pracy.

W Szydłowcu piaskowiec zamiast kostki
Najważniejsze, zdaniem Tadeusza Piętowskiego z szydłowieckiegio Powiatowego Urzędu Pracy, jest właściwe wykorzystanie lokalnych możliwości. Nie może wyjść ze zdziwienia, że przy remoncie zabytkowego rynku wybrukowano go pospolitą betonową kostką, podczas gdy 40 działających w powiecie kopalń i przetwórni charakterystycznego szydłowieckiego piaskowca nie ma zamówień.
- Rynek by uzyskał charakter, a przedsiębiorcy – zamówienia – irytuje się dyr. Tadeusz Piętowski i przypomina, że Pałac Kultury i Nauki obłożony jest właśnie szydłowieckim piaskowcem. – A przecież, gdyby te przetwórnie rozwinąć, gdyby z manufaktur przekształciły się w nowoczesne zakłady, to mogłyby piaskowcem pół Polski obłożyć.
Podobnie jest z torfem. Rozległe torfowiska w powiecie leżą odłogiem i czekają najwyżej na pożar. – A można by uruchomić kilka przetwórni, zaopatrujących warszawski rynek ogrodniczy. Ja mogę dać na każdą z firm do 18 tysięcy - mówi dyr. Piętowski.
Trzeba jednak do tego nie tylko pieniędzy, ale wiedzy menedżerskiej oraz biznesowej. Urząd Pracy ma środki na podnoszenie kwalifikacji bezrobotnych, na wsparcie firm oraz na organizację warsztatów dla samorządowców i dla lokalnych liderów społecznych.
- Zrobiliśmy takie warsztaty, przyszła połowa lokalnych samorządowców. Przybyli też nieliczni przedsiębiorcy. Byli uczniowie i nauczyciele ze szkół. Zaprosiłem proboszczów – księża są naturalnymi partnerami w promocji działań społecznych. Nie przyszedł żaden. A przecież mógłbym wydawać pieniądze najprościej – na prace interwencyjne. Tyle, że wydane na nie środki w 30 procentach są przejadane, ludzie zatrudnieni przy takich pracach i tak do nas wracają. Żeby było inaczej, potrzebna jest współpraca samorządu. Nie mamy tu inkubatora przedsiębiorczości – a byłby doskonałym miejscem do tworzenia nowych miejsc pracy. Nie ma, bo brak terenu komunalnego. Można było wykorzystać 1,5 mln euro na informatyzację powiatu, lokalne stowarzyszenie powinno wyłożyć ledwie 6 tysięcy zł. I co? Nic. Nie było chętnych do działania. A jaką rolę odgrywa Internet w aktywizacji zawodowej nie muszę tłumaczyć. Jest w naszym powiecie wciąż wiele miejscowości bez dostępu do sieci.
Dyrektor Piętowski patrzy przez okno i wskazuje ręką ugory między miasteczkiem a dotychczasową obwodnicą. Podobnie jak Andrzej Zawadzki, który walczy o to, by przyszła droga ekspresowa nr 7 obiegała miasto w większej odległości niż zaplanował wojewoda, uważa on, że to jest teren przyszłego rozwoju Szydłowca. Wierzy, że miasto ma jeszcze szansę, że jej nie utraciło.
- Tylko przez tworzenie można się wzbogacić. Byle ludzie szybciej zmienili swoje nawyki.- mówi inż. Piętowski.
- Jedyną drogą rozwoju jest mały biznes – uzupełnia A. Zawadzki z „Arisa” – byle państwo i jego administracja zaczęły naprawdę mu sprzyjać, a nie mówić, że sprzyjają.

Wezwanie autora
Za otoczenie biznesu, małego i wielkiego odpowiada państwo. Prócz różnych zależności, które opisano powyżej, można pokusić się o zdefiniowanie jeszcze jednej: gospodarka o zatrudnienie rosną wraz ze zmniejszaniem się skali biurokracji, pętającej inicjatywę i aktywność przedsiębiorców. Bezrobocie w Polsce zaczęło narastać pod koniec lat 90. ubiegłego wieku nie tylko na skutek kryzysowego rykoszetu, ale także dlatego, że zaczęła zanikać swoboda prowadzenia działalności gospodarczej, że dokonywał się odwrót od pierwszych chwil wolności, kiedy dozwolone było to, co nie zakazane. Gdy po roku 2003 zadziałały nieśmiałe próby usuwania ograniczeń, przy sprzyjającej koniunkturze gospodarka ruszyła jak rakieta. Dziś nadszedł czas na kolejne poluzowanie więzów: państwo musi sprzyjać przedsiębiorcom, bo to oni tworzą i utrzymują miejsca pracy. Trzeba pewnie pójść dalej, niż proponuje Adam Szejnfeld w swoim pakiecie i Komisja Przyjazne Państwo. Jest to najtańszy sposób aktywizacji gospodarczej: kasowanie durnych, bezdusznych, archaicznych przepisów kosztuje co najwyżej tyle, co diety posłów bądź płace kompetentnych urzędników, którzy wiedzą, co służy gospodarce i - w perspektywie – podniesieniu zatrudnienia.
Także w Szydłowcu.
Piotr Rachtan
Reportaż w wersji skróconej ukazał się w 21 nr miesięcznika POgłos