Rząd zdecydował, że przygotuje Polskę do kryzysu szukając oszczędności w budżecie i zaciskając pasa. Ministrowie przedstawili premierowi swoje plany oszczędnościowe, wojewodowie – swoje. Premier zachęcił też partie polityczne, by zrezygnowały z części dotacji budżetowych. Droga, można powiedzieć, klasyczna. Jeśli brakuje ci pieniędzy, masz wybór: pożyczyć od kogoś bądź ograniczyć mniej ważne wydatki, czekając lepszych czasów.
Polska – pasażer na gapę?
Cały prawie świat wybrał mniejsze lub większe pogłębianie deficytu budżetowego. Wybrał pożyczanie. Jeśli spojrzeć na te jednostkowe decyzje sumarycznie, globalnie, to jawi się pytanie – od kogo wszyscy chcą pożyczać. Można, oczywiście podnieść podatki i zapewnić budżetowi każdego z państw wpływy dodatkowe. Nie robi się tego, bo większe podatki zniechęcają do aktywności gospodarczej, która – koniec końców – jest najlepszym sposobem na wyjście z kryzysu. A zatem wybierają powiększone deficyty. Tymczasem rynek finansowy, ten globalny, znalazł się w stanie hibernacji. Płynność może nie być wystarczająca, by wszystkie państwa, szukające pieniędzy na pokrycie swoich krajowych deficytów, zostały zaspokojone. Wiadomo, że łatwiejszy i tańszy będzie pieniądz dla rządu USA, a dla Węgier czy Łotwy – i mniej dostępny, i droższy. Z Polską pewnie nie byłoby inaczej.
Tymczasem jeżeli polityka naszych głównych partnerów ekonomicznych i handlowych się powiedzie i ich gospodarki się zresetują i pojawi się w nich wzrost, to zaczną one zwiększać w Polsce zamówienia. Można zatem powiedzieć, że będziemy wtedy mieć fart jak pasażer na gapę, który uniknął kontroli. A jeśli nie – to i tak mamy własny sposób, czyli oszczędzanie, które przynieść musi skutki lepsze, niż powiększanie deficytu.

Wybór Rostowskiego
„Jedynym sposobem na sfinansowanie deficytu budżetowego jest sprzedaż obligacji. Dlatego jestem bardzo wstrzemięźliwy w podejmowaniu jakichkolwiek ruchów w kierunku zwiększania deficytu” - mówił w styczniu dziennikarzom w Sejmie minister finansów Jacek Rostowski. Minister tłumaczył, że wzrost deficytu wiąże się bezpośrednio ze wzrostem kosztów obsługi zadłużenia. „Nie po to zwiększalibyśmy deficyt, by na końcu mieć mniej pieniędzy na wydatki socjalne i rozwojowe, bo to nie byłby żaden interes - wyjaśnił. „Zyskali by jedynie ci, którzy te obligacje kupują”. Zwiększone koszty obsługi dodatkowych kredytów i pożyczek dla rządu musieliby ponieść podatnicy. Jako podatnik wolę się zgodzić na obcięcie nawet koniecznych wydatków, niż na dosypywanie moich pieniędzy inwestorom, kupującym rządowe papiery dłużne. Już teraz wiadomo, że Grecja – choć jest w strefie euro - musi płacić swoim wierzycielom o 2,3 pkt proc. więcej niż Niemcy (a jeszcze w połowie 2007r. płaciła ledwie o 0,2 pkt proc. więcej!). A nasz rząd musi płacić wierzycielom nie tylko za ryzyko kraju nie dość jeszcze rozwiniętego, ale i za ryzyko osłabienia się złotego.

Ryzyko deficytu
Uważa się – tak mówią krytycy polityki rządu – że zwiększenie deficytu zwiększy popyt. Dla tego celu banki powinny zintensyfikować swoją akcję kredytową. Jednak w niepewnych czasach banki wolą płynne środki zamieniać na pewne obligacje rządowe, niż na kłopotliwe kredyty konsumpcyjne, a tym bardziej - inwestycyjne. Nie musiałyby ponosić kosztów analizy wniosków kredytowych, a dochód miałyby pewny. Przetestowaliśmy to w 2001 r. Kredyt dla całej gospodarki wzrósł wtedy o taką samą wartość jak w 2000  r. Ale w 2000 r. budżet się oddłużył, zaś w 2001 zapożyczył, aby załatać dziurę Bauca. W efekcie dynamika kredytu dla sektora prywatnego spadła o ponad połowę -z ponad 17 do poniżej 8 proc.
Teraz kredyt odgrywa w naszej gospodarce dużo większą rolę niż wtedy.
Zwiększony deficyt pogłębiłby przyczyny spowolnienia, zamiast je usunąć. Deficyt można zaryzykować, gdy ma się pewność, że wzrost gospodarczy szybko powróci i czas, przez jaki państwo będzie ponosić koszty dodatkowego długu, będzie krótki, a koszty – niewielkie. Ale kto zaręczy, że tak właśnie będzie? Realistyczne prognozy mówią, że recesja może potrwać i dwa lata. Ponadto jej źródła leżą poza Polską, nasza wciąż mała i słaba gospodarka nie ma mocy oddziaływania na globalne procesy. Zwiększenie deficytu w Polsce nie skłoni przecież zachodnich konsumentów do kupowania polskich samochodów czy mebli; nie zachęci zagranicznych instytucji finansowych do pożyczania polskim bankom środków niezbędnych do podtrzymania obfitego strumienia kredytów, ani też nie przekona zagranicznych firm do ekspansji inwestycyjnej, i to akurat w naszym kraju.

Od Kaczyńskiego do Sierakowskiego

Atak na oszczędnościową politykę rządu Donalda Tuska prowadzony jest ze wszystkich stron, od prawa do lewa. Sławomir Sierakowski z „Krytyki politycznej” wystąpił niedawno z tyradą w obronie tez Jarosława Kaczyńskiego, który twierdzi, że Prawo i Sprawiedliwość ma słuszność proponując w swoim programie wsparcie gospodarki przez rząd poprzez zmianę deficytu budżetu państwa z zakładanych 18 mld zł na 25 mld zł. Podobne tezy głosi wielu ignorantów ekonomicznych, dla których cudownym „pacaneum” (niech korekta nie poprawia!) jest Program PiS, czyli zwiększanie ryzyka
W swoim pracowicie tworzonym przez przewodniczącego partii programie mylone są przyczyny ze skutkami: celem polityki gospodarczej będzie co najmniej 3,5 % tempo wzrostu PKB w 2009 roku – zapowiada buńczuczny „Pakiet działań antykryzysowych na lata 2009 – 2010” PiS. O ile, oczywiście, te propozycje rząd uwzględni.
„Ustawa budżetowa na 2009 rok przewiduje deficyt budżetowy na poziomie 18,2 mld zł i skromny program pobudzania koniunktury. Niestety, tak ostrożne podejście może przełożyć się na wzrost gospodarczy w wysokości około 1,8 % - 2,1 %. Stawia to pod znakiem zapytania wykonanie budżetu w 2009 roku, a co ważniejsze – tak skonstruowany budżet nie zapewni Polsce dalszego rozwoju.”
Jest to klasyczne mylenie przyczyny ze skutkiem: byle laik wie, że to nie zaplanowany deficyt, który musi być utrzymany w ryzach, będzie skutkował niską stopą wzrostu PKB, a odwrotnie – słaby wzrost gospodarczy zmusza rząd do oszczędności budżetowych.
Zaś by osiągnąć owe 3,5 %, jak sobie marzy PiS, trzeba by powiększyć deficyt do poziomu, którego konsekwencje są dziś niemożliwe do przewidzenia. Ryzyko jest więc zbyt duże i odpowiedzialny rząd nie powinien go podejmować.
Prezydent Lech Kaczyński, jeszcze pozbawiony wsparcia swoich nowych świetnych doradców, tak mówił o planach rządu: „- Klasyczne... znaczy ja bym powiedział, że to odpowiedź klasyczna w zasadzie, odpowiedź liberalna. Jak napisał jeden z największych niemieckich dzienników, całkiem inna niż w wielu innych państwach europejskich. W Radzie Europejskiej też się toczy dyskusja i postawa liberalna nie jest odosobniona, choć mniejszościowa zdecydowanie. No, ja mam wątpliwości, czy to jest odpowiedź dobra, tyle tylko że proszę pamiętać, że pan premier jest przekonanym liberałem i tutaj ja nie mówię niczego złego, na pewno ma autentyczne przekonania w tym zakresie”.
Podobnie twierdzi poseł PiS i były wiceminister gospodarki Paweł Poncyliusz, który skrytykował przyjęty przez rząd projekt oszczędności. i podkreślił, że odpowiedzią na kryzys powinno być zwiększenie deficytu budżetowego, a nie cięcie wydatków. Również jeden z trzech cudów przewodniczącego - wiceszefowa PiS, wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Finansów Publicznych Aleksandra Natalli-Świat, która nie wie, na czym oszczędności miałyby polegać.

Eksperci za propozycjami rządu
Wbrew temu chórowi, a przeciwko pomysłom powiększania deficytu wypowiadają się eksperci całkiem niezależni od rządu. Dr Bogdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, chwali gabinet Tuska za szukanie oszczędności. Przy tym pogania, by nie odkładać reform, bowiem Polska jest wciąż krajem na dorobku, który permanentnie musi się reformować. A reforma musi objąć finanse publiczne, szczególnie po stronie wydatków, gdzie w dalszym ciągu panuje nieporządek, na skutek czego marnotrawione są znaczne środki publiczne.
Pozytywnie o zamierzeniach rządu wypowiedział się prof. Stanisława Gomułki (obecnie główny ekonomista BCC), były wiceministra finansów, który był zastępcą min. Jacka Rostowskiego przez zaledwie 4 miesiące i odszedł z resortu w atmosferze konfliktu z szefem.
Podobnie myśli dr Grzegorz Wojtowicz. Były prezes NBP uważa, że osłabienia złotego nie zatrzyma zwiększenie deficytu budżetowego. „Stabilność waluty zależy od bardzo wielu czynników, a jednym z tych czynników jest równowaga gospodarcza. Elementem tej równowagi jest możliwie niski deficyt”. Jego zdaniem, jeśli rząd pozwoliłby sobie na wydawanie dodatkowych pieniędzy, to osłabiłby to złotego, bo większy deficyt jeszcze bardziej zmniejszyłby zaufanie do polskiej waluty.

Drogą Korei, nie Japonii
Tymczasem prognozy są dla nas wciąż znacznie mniej pesymistyczne niż dla innych krajów. Np. wedle Komisji Europejskiej polska gospodarka w br. urośnie o 2 proc., podczas gdy gospodarka całej Unii skurczy się o niemal tyle samo (a gospodarki niedawnych liderów -Irlandii i Łotwy -o odpowiednio 5 i prawie 7 proc.). Nasze tempo wzrostu pozostanie więc mniej więcej o 4 pkt proc. wyższe niż w całej Unii. Szybszy wzrost niż u nas (i to tylko nieznacznie) uda się osiągnąć jedynie Słowacji. W sytuacji, w której zagraniczni konkurenci naszych firm zderzają się ze znacznie ostrzejszą barierą popytu zmuszającą ich do intensywnych poszukiwań nowych rynków zbytu, próby stymulowania popytu u nas mogłyby doprowadzić do eksplozji dziury między wpływami z eksportu a wydatkami na import.
Nawet gdyby nasza sytuacja okazała się dużo gorsza, niż się przewiduje, zwiększenie deficytu wcale nie musiałoby jej poprawić. Np. w Japonii w latach 90. wzrost deficytu łącznie o 9,5 proc. PKB nie pobudził gospodarki, a pozostawił dług w wysokości 178 proc. PKB! Z kolei np. w Korei, w której po głębokim kryzysie z 1997 r. nie dopuszczono do rozluźnienia dyscypliny fiskalnej, szybki wzrost powrócił już w 1999 r. Sięgnął 9,5 proc. - najwięcej od 1988 r.
Zanim podejmie się więc decyzję o zwiększeniu deficytu, trzeba mieć dobre powody, aby sądzić, że szybki wzrost wkrótce powróci i gospodarka wyrośnie z deficytu. Bo jeśli wzrost nie powróci, wysoki deficyt doprowadzi do eksplozji długu publicznego. Tymczasem dzisiaj nikt nie może odpowiedzialnie powiedzieć, kiedy światowy kryzys się skończy.
A z nadmiernym długiem publicznym już mieliśmy do czynienia. Jeśli więc dopuścimy do tego, by bieżący deficyt osiągał 5 % PKB w okresie 3 lat – przekroczymy magiczną, konstytucyjną granicę bezpieczeństwa, to jest długu publicznego większego niż 60 proc. rocznego produktu krajowego brutto. A to oznacza, że nie będzie zmiłuj. I chciał nie chciał, pod nóż pójdą nie tylko mniej zbędne wydatki, które można odłożyć na później, ale także wydatki sztywne. Chciałbym wtedy zobaczyć ten rząd, może z dzisiejszej opozycji, który by się z tego umiejętnie wymotał! A więc – ostrożnie z krytykami, bo można za nie zapłacić wysoką cenę.

Niezgoda na piramidę
Krytycy działań rządu podpierają się – wszyscy – wspólnym argumentem: Polska jest jedynym krajem, który nie zamierza zwiększać deficytu budżetowego, szukając własnej, a więc dziwacznej drogi. A co to znaczy, że – poza Polską – cały świat sięga do kas banków, pożyczając pieniądze na rozwój? Jeśli pożyczają wszyscy, to od kogo? Kto jest w stanie sfinansować dodatkowe bilionowe potrzeby budżetów USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Chin, Rosji, ale i Węgier, i Łotwy, i tylu innych krajów? Czy jest jakaś globalna kasa zapomogowa? Rzecz jasna, nie ma czegoś takiego. Ani Międzynarodowy Fundusz Walutowy, ani Bank Światowy, ani EBOiR czy Europejski Bank Inwestycyjny nie dysponują odpowiednią kasą. Potrzeb nie pokryją też krajowe rezerwy walutowe. A zatem poszczególne kraje muszą pożyczyć od siebie nawzajem. Muszą handlować własnymi papierami wartościowymi, które próbują sprzedać na rynkach finansowych. Jeden – drugiemu.
Polska ma ciągle dobry rating. Nasze rządowe obligacje są w grupie A minus, według klasyfikacji agencji ratingowej Fitch. Czy jednak, gdyby rząd zaczął szukać dodatkowych środków na powiększony, antykryzysowy deficyt, rating się utrzyma? I gdzie tej kasy miałby szukać? Czy w Islandii, której pożyczył 200 mln dolarów w zeszłym roku?
Sytuacja na świecie zaczyna przypominać gigantyczną, globalną piramidę finansową, w której przegrywają, tak jak w każdej piramidzie, ci na samym końcu. Najsłabsi. A więc nie Amerykanie, nie Niemcy czy Brytyjczycy, ale rozwijające się dopiero gospodarki , takie jak polska, węgierska i estońska.
Piramida finansowa działa, dopóki są naiwni jelenie, których można oczarować iluzją przyszłych korzyści. Rzeczywistość jednak skrzeczy, silni nie oglądają się na słabych, którzy muszą sobie radzić sami i ratować się przed bankructwem. Lepiej więc zacisnąć pasa, przygotować się na lata chude i restrukturyzować co się da. W pewnym sensie kryzys może mieć też działanie dobroczynne dla państwa, jest dobrym argumentem na rzecz unowocześnienia, uproszczenia i potanienia jego struktury i mechanizmu działania. Może urzędnicy dostrzegą, że potrafią działać skutecznie mniej kosztownymi metodami. Może przestaną być rozrzutni.
Jeżeli oszczędności zaproponowane przez rząd Donalda Tuska nie będą wystarczające, zawsze można sięgnąć do innych rozwiązań. Ale najpierw – oszczędność. Z pożyczką – zwiększonym deficytem - zawsze się zdąży.

Komentarz w portalu NBP, czyli Pan Złociutki o deficycie
Za interesujący i oryginalny komentarz można uznać rysunkową historyjkę z edukacyjnego portalu Narodowego Banku Polskiego (NBPortal), który do dowcipnych rysunków dodaje taki tekst:

Pan Złociutki co roku robi podsumowanie dochodów i wydatków. Najczęściej tych pierwszych jest tyle samo, co drugich. Zdarza się, że rodzina Złociutkich więcej zarabia niż wydaje – wtedy mogą zaoszczędzić. Natomiast jeśli chce wydać więcej aniżeli posiada to musi pożyczyć pieniądze.
Tak samo jest z budżetem państwa. Gdy w budżecie wydatków jest więcej niż dochodów, wtedy mówimy o deficycie budżetowym.
Deficyt bywa określany jako dziura budżetowa. Ponieważ nie może być tak, że ci, dla których nie wystarczy dochodów budżetowych, nie dostaną należnych pieniędzy z budżetu, państwo musi zdobyć je w inny sposób. Rządy wszystkich państw, które mają deficyt budżetowy, ściągają środki prywatne emitując papiery skarbowe. Obligacje i bony to pożyczki, jakich budżetowi udzielają inwestorzy, np. wuj Adam. Państwo może finansować deficyt także sprzedając należące do niego firmy, czy ziemię.
Deficyt w finansach publicznych można skutecznie ograniczyć poprzez zmniejszenie wydatków. W długim okresie umożliwia ono zrównoważenie budżetu, a nawet osiągnięcie nadwyżki przychodów nad wydatkami. Państwo może sfinansować dziurę budżetową poprzez podniesienie podatków, przy czym w dłuższym okresie spowoduje to odwrotne skutki, ponieważ jak wiemy zbyt wysokie obciążenia podatkowe dławią przedsiębiorczość, zniechęcają do inwestycji co w efekcie przełoży się na mniejsze wpływy budżetowe.
Warto jednak pamiętać, że im dłużej budżet będzie miał deficyt, tym więcej długów trzeba będzie później spłacić – na wyrównanie dochodów i wydatków może być mniej czasu, a cięcia dochodów i podwyżki podatków mogą być dla Złociutkich jeszcze bardziej przykre.
Co dzieje się, jeśli spłata ma nastąpić w roku, w którym państwo ciągle ma deficyt? Dług trzeba zrolować. Rolowanie długu polega na tym, że ktoś inny pożycza państwu pieniądze, które nie służą bieżącym wydatkom.
Na jak duży deficyt może pozwolić sobie państwo? Na taki, który zechcą sfinansować inwestorzy. Jeśli inwestorzy nie chcą kupić obligacji, państwo nie ma pieniędzy na wydatki i deficyt „ogranicza się sam”. W krajach Unii Europejskiej obowiązuje Pakt Stabilności i Wzrostu, który mówi o tym, że największy dopuszczalny deficyt budżetowy to 3 proc. produktu krajowego brutto. Nabywcy obligacji mogą zdecydować się na finansowanie deficytu nawet jeśli jest on większy, ale państwu, które złamie reguły Paktu Stabilności i Wzrostu grożą kary, które trzeba wpłacać do unijnej kasy.

Piotr Rachtan