Czołowi eksperci od finansów wypowiadają się chętnie o planie wprowadzenia euro w Polsce.
Prezydent Lech Kaczyński uważa, że pełną suwerenność zapewni Polsce tylko narodowa waluta. Złoty jest zatem rękojmią niezależności i ekonomicznej samodzielności polski. Euro zaś ma - logicznie rozumując - naszą gospodarkę uzależnić. Od spekulantów zapewne. Prezydentowi nie przeszkadza, że nasza waluta, w połączeniu z deficytem budżetowym, ostatnio na szczęście coraz skuteczniej redukowanym, dla którego pokrycia trzeba sprzedawać papiery dłużne - jest doskonałym celem ataków spekulacyjnych. I ofiarą tych spekulantów już była nie raz. Urzeczywistnienie postulowanej przez prezydenta walutowej autarkii będzie prowadziło do wystawienia polskiej waluty na jeszcze większe niebezpieczeństwo, niż to występuje dzisiaj. Chyba, że Polska pójdzie krok dalej i całkowicie odizoluje swoją gospodarkę od świata, po którym grasują spekulanci, oligarchowie i rzecznicy układu. I inni wrogowie naszej ojczyzny.
Prezes, brat prezydenta (pamiętamy jego wyliczenie o kosztach wejścia do strefy euro w wysokości 240 zł na jednego ubogiego emeryta), sprzeciwia się bardzo gwałtownie euroizacji polskiej waluty. Staje się w ten sposób rzecznikiem - a może i faktycznym lobbystą - obcych banków. Polski system bankowy, jak pamiętamy, w procesie prywatyzacji w dużej części przeszedł w ręce banków zagranicznych. Konieczność wymiany złotego na euro i euro na polską walutę daje bankom możliwość osiągania ogromnych korzyści ze spreadu (różnicy między kursem, po którym klient banku otrzymuje kredyt nominowany w obcej walucie, a tym, po którym musi go spłacać). W 2007 roku każdy walutowy kredytobiorca oddawał bankowi od 20 do 70 zł miesięcznie (zależnie od kwoty kredytu). W skali roku na spreadzie od kredytów walutowych banki dodatkowo zarabiają ok. 100 mln zł! Banki nie będą zbyt zadowolone z wprowadzenia europejskiej waluty - unicestwi to ich łatwe dochody. Prezes Kaczyński działa więc na ich korzyść, a także na rzecz ich zagranicznych central. Mam nadzieję, że robi to społecznie, a kieruje się wyłącznie sympatią do banków. Przypomnijmy tu, że swą wiedzę o gospodarce tzw. realnej prezes czerpie z doświadczeń w pracy zawodowej w Fundacji Prasowej „Solidarność", spółce akcyjnej „Telegraf" (która cudownym sposobem w ciągu 10 miesięcy pomnożyła kapitał zakładowy ponad 140 razy) raz w spółce „Srebrna".

Także fachowi posłowie PiS równie chętnie, jak bracia bliźniacy wypowiadają się przeciw wprowadzeniu euro. Sięgają jednak do innych argumentów, jak rozumiem, by nie podejrzewano ich o plagiat.

Grażyna Gęsicka, była minister rozwoju regionalnego w rządzie prezesa, powiedziała, że złoty czy euro to tylko waluta i że właściwie wszystko jedno, w czym liczymy i płacimy. Po co więc koszty ponosić?. Logicznie rzecz biorąc, ma ona rację. I euro jest walutą, i złoty jest walutą. Walutą też jest np. rumuński lej, którym proponuję zastąpić złotego. W końcu to przecie wszystko jedno... Znam firmę, która do produkowanych przez siebie urządzeń sprowadzała z krajów strefy euro urządzenia po cenie nominowanej w momencie zakupu w tanim euro. Kiedy nadszedł termin płatności, euro było droższe o prawie 25%. Firma stanęła na krawędzi z powodu utraty płynności. Tylko z powodu zmian w kursie złotego do euro. Bo poza tym firma jest w doskonałej kondycji.

Paweł Poncyliusz, wybitny ekonomista Prawa i Sprawiedliwości (wykształcenie średnie policealne, fakt że ekonomiczne; karierę zawodową tak opisuje: w 1993 r. podjąłem działalność gospodarczą. Do 2001 r. byłem właścicielem rodzinnej firmy handlowo-usługowej „Dita". W latach 1996-1997 pracowałem jako dyrektor finansowy w firmie konsultingowej. Przez kolejne dwa lata byłem Sales Managerem w firmie handlowej. Tak zdobyłem doświadczenia w dziedzinie przedsiębiorczości.) przestrzega, że koszt wprowadzenia euro w Polsce sięga kilkudziesięciu miliardów złotych (uff, szczęście, że nie euro!). Nie wiem, skąd wziął tę kwotę. Pewnie chciał przebić prezesa, któremu wyszłoby, po pomnożeniu 240 zł przez liczbę emerytów, zaledwie kilka miliardów zł. Muszą więc w PiS-ie zdecydować, która wersja obowiązuje.

Posłanka Aleksandra Natali - Świat, najcenniejszy ekspert PiS od finansów państwa, również ma swój pogląd na euro w Polsce. Rzecz jasna - krytyczny. I popiera zapytanie w referendum obywateli Polski, czy są za wprowadzeniem euro wtedy, gdy poziom rozwoju gospodarczego naszego kraju osiągnie średnią europejską. Ale nie jest w stanie się zdecydować, czy jest za średnią europejską wszystkich krajów Unii, czy też tylko starej piętnastki? A może europejskich krajów najbardziej rozwiniętych? Sądząc z przebiegu kariery zawodowej pani poseł, będzie ona mogła na coś łatwo się zdecydować: była przecież sekretarzem prezydenta Wrocławia, członkiem Zarządu Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego we Wrocławiu, wiceprezesem Wrocławskiego Centrum SPA, konsultantem w Biurze Koordynacji Projektu Banku Światowego finansującego usuwanie skutków powodzi. Zasiadała w radach nadzorczych MPK, Spółdzielczej Kasy Oszczednościowo-Kredytowej „Dolny Śląsk", Zakładu Wodociągów i Kanalizacji w Oławie. Stworzyła Biuro Badania Poziomu Życia przy ZR NSZZ „Solidarność" Dolny Śląsk. Z wymienionych doświadczeń najcenniejsze chyba dla prawidłowej oceny przygotowania naszego kraju do przyjęcia nowej waluty była wiceprezesura w SPA.

Głosy wszystkich ekspertów - swój zapewne też - wziął pod uwagę prezes, planując strategię partii. Czy przy tej okazji polityk ów, który - przeciwnie do swoich wybitnych ekspertów - nigdy w III RP zawodowo nie pracował, założy wreszcie konto w jednym z banków, którym tak chętnie pomaga? A może będzie kontynuował swoją charytatywną działalność na rzecz obcych banków...

Piotr Rachtan