Przedsiębiorstwo Poczta Polska jest w stanie agonii, co widać już gołym okiem. W tej firmie już prawie nic nie działa, tylko listonosze jeszcze chodzą ale i to nie zawsze. To, co się stało z Pocztą Polską jest dobrym przykładem skutków wieloletnich zaniechań i traktowania firmy jak łup polityczny, a jednocześnie skutkiem myślenia, które kiedyś porównałem do latania z jednym skrzydłem. To jest myślenie, że skoro już wiemy, iż samoloty bez skrzydeł nie mogą latać, to zamiast dodać im skrzydła, na razie dodajemy jedno. A może poleci? Nie lata? A to ci dopiero!
Właśnie takim jest myślenie: niech będzie gospodarka rynkowa ale z zachowaniem paru kluczowych państwowych monopoli. Ofiarą tej koncepcji padła Poczta Polska.

Na samym początku transformacji uznano, że poczta jest przedsiębiorstwem strategicznym i musi pozostać państwowa. No bo co by to było, gdyby wróg przejął pocztę i przestał przesyłać listy? A poza tym to świetna synekura. W przedsiębiorstwie państwowym zawsze są posady dla miernych ale wiernych. A że firmie zarządzanie przez miernych na zdrowie nie wychodzi... Trudno.

Obserwowałem perypetie poczty z pozycji klienta. Najpierw firma oddała bez walki spory segment rynku nowo powstającym firmom kurierskim, bo miała archaiczne podejście do paczek. Nie przyjmowano paczek o wadze ponad 20 kilogramów. Kurierzy nie mieli takich oporów. W dodatku poczta upierała się przy tradycyjnym pakowaniu paczek: papierem i sznurkiem, koniecznie konopnym. Kurierzy od razu oferowali, że sami zapakują. Gdy kierownictwo poczty zrozumiało, że tak nie można, rynek był już opanowany przez innych.

Szefostwo poczty w ogóle za późno zauważało, że świat się zmienia. Zaczym zauważyli, że trzeba odbierać paczki od nadawców, także hurtowych, a nie czekać aż sami przyjdą do urzędu pocztowego i przyniosą paczkę do okienka, wszelkie paczki, nawet małe, odbierali już inni.

Poczta do dziś nie zrozumiała, że trzeba odbierać także listy. W innych krajach, gdy chce się nadać list, po prostu wkłada się go do własnej skrzynki i zabierze go listonosz. U nas trzeba ganiać do skrzynki pocztowej. Oczywiście konkurencyjny kurier po list przyjedzie i dostarczy go szybciej. Ale skoro posadę na poczcie dostało się w ramach synekury, to nie po to, by myśleć.

Problemem nie do załatwienia stała się na całe lata dystrybucja znaczków, które za komuny były w każdym kiosku. No tak, ale wtedy kioski były wyłącznie państwowe, a później prywaciarze  nie chcieli sprzedawać znaczków bez żadnej marży, a poczta nie chciała się zgodzić na marżę. I tak, krok po kroku Poczta Polska traciła rynek na rzecz konkurencji, która takich problemów nie miała.

Poczta choruje na całkowity brak elastyczności działania. Od lat obserwuję urząd pocztowy na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Połowa klientów to cudzoziemcy, a w okienkach, jak za siermiężnego PRL-u, nadal nikt nie mówi po angielsku. Informuję naczelnictwo poczty, że w urzędach pocztowych nawet w Kambodży, Laosie, czy Nepalu pracownicy znają angielski.

Drugi przykład: gdy stało się jasne, że listy zaczną być wypierane przez emaile, inne firmy szeroko rozumianej łączności natychmiast pojęły, że trzeba wejść w robienie interesów na Internecie, najlepiej zostać dystrybutorem Internetu, lub wejść w internetowy handel. Inni zrozumieli, Poczta Polska nie.

Przykłady można by mnożyć. Oczywiście rynek sam sprywatyzuje w końcu wszystkie usługi pocztowe metodą wykończenia przez konkurencję przedsiębiorstwa Poczta Polska. Podobnie rynek sam w końcu sprywatyzuje służbę zdrowia (to już się dzieje), bo państwowa w końcu zupełnie padnie. Ten sam los czeka media publiczne, które rychło zakończą żywot, gdy tylko przestaną mieć monopol na nadawanie na całym obszarze kraju. A przestaną, bo w końcu nawet najbiedniejszy małorolny kupi sobie antenę satelitarną.

A czy nie można było tak od razu? Gdyby 20 lat temu państwo sprywatyzowało pocztę, szpitale, ubezpieczenia zdrowotne, media publiczne, to dziś mielibyśmy te wszystkie instytucje na wysokim poziomie a państwo miałoby z ich prywatyzacji górę pieniędzy.

Niestety nasi rządzący do dziś cierpią na ideologiczną durnotę, wedle której poczta, ubezpieczenia, szpitale i media nie mają działać zgodnie z regułami rynku, tylko inaczej. Tak, jak z tym samolotem o jednym skrzydle. Mają go dotyczyć inne prawa fizyki. A prawa fizyki i prawa ekonomii są dla wszystkich takie same i inne być nie chcą. O tym, że państwowe podmioty gospodarcze mogą być tylko złe i zawsze przegrają z konkurencją, wiedzą już nawet najgłupsze dzieci, ale nie politycy.

Krzysztof Łoziński