Mamy nowy rząd i nowy styl uprawiania polityki. Nasze media kreują partię Donalda Tuska jako liberalną, tymczasem samo słowo liberalizm ma tyle znaczeń, że niezorientowanym czasem trudno się w nich połapać. Pytanie więc zasadnicze: „ile będzie liberalizmu w liberalizmie?”. Otóż jednym z najważniejszych elementów liberalizmu jest własność prywatna. W praktyce prosperuje ona znacznie lepiej od państwowej.

Tytuł tego artykułu oczywiście jest wymyślony na przekór naszej rzeczywistości, albowiem mieszkam w Warszawie i siłą rzeczy muszę posługiwać się komunikacją miejską.

Aby jednak dojechać do Centrum, a mam do przebycia drogę ok. 20 kilometrów, posługuję się prywatnymi autobusami, nie z braku alternatywy, ale z własnej woli. Co takiego skłania mnie do korzystania z usług prywatnych busów? To proste – w transporcie zawsze odgrywają największą role dwa czynniki: czas i koszt. Czas jest o tyle ważny, że jest zawsze towarem deficytowym. Każdy by chciał dotrzeć do celu jak najszybciej, niezależnie od wieku, środków czy pozycji społecznej. Koszty z kolei dzielą usługę na tych, których stać na nią i tych nie posiadających wystarczająco dużo funduszy.

Jak to jest w przypadku autobusów? Bilet w autobusie miejskim kosztuje 2,50zł, dokładnie tyle samo ile w prywatnej sieci. Więc to czas ma tutaj kluczowe znaczenie. Prywatny autobus jest w stanie przebyć 20km w ciągu 30min. Autobus Miejskich Zakładów Komunikacyjnych taką samą drogę pokonuje w minut 50. Powstaje pytanie dlaczego? Najwyraźniej efektywność autobusów prywatnych jest wyższa.

Zwróćmy uwagę, że właściciel sieci transportu prywatnego będzie ciął koszty i chciał maksymalizować zyski, a więc także podnosić jakość swoich usług i być konkurencyjnym, tak aby klienci chętnie korzystali z jego oferty transportowej. Jak to wygląda w praktyce.

O czasie przejazdu już wspomniałem. Dodatkowo siedzenia w autobusach prywatnych są wygodniejsze. Czasami jest włączona muzyka. Przystanki są wyłącznie na żądanie, przez co nie zaobserwujemy sytuacji znanej z publicznej komunikacji kiedy to kierowca jadąc pustym autobusem podjeżdża na przystanek i otwiera drzwi, bo tak obligują go przepisy.

Ciekawą kwestią jest fakt, iż w autobusie prywatnym nie ma kasowników, bo... są niepotrzebne. Kierowca jest jednocześnie sprzedawcą biletów (ewentualnie jest zatrudniona druga osoba sprzedająca bilety). Jest więc pewność, że klienci zapłacą za usługę, a nie będą anonimowo okradać wszystkich tych, którzy kupili bilet i skasowali go w autobusie państwowym. Nie ma również kontrolerów (znów ewentualnie zatrudnia się ich na 1-2 dni w miesiącu aby sprawdzić... kierowców, czy sprzedają uczciwie bilety), a w autobusach państwowych każdy usługobiorca jest potencjalnym przestępcą, którego można obudzić, można być wobec niego opryskliwym, można żądać dokumentu tożsamości.

W prywatnych autobusach znika więc problem korupcji tak zwanych „kanarów” czyli kontrolerów biletów. W państwowych tymczasem państwo[1] daje kontrolerom prace, a oni je oszukują. Obecnie „ich stawka” za brak ważnego biletu to 20zł. Co więcej, kanar jest funkcjonariuszem publicznym. Jeżeli go obrazimy, to może się to skończyć w sądzie nawet karą 2 lat więzienia w zawieszeniu.

Zanim MZK[2] nie zweryfikowało kontrolerów biletów poprzez nadanie im numerów i wizytówek zawieszonych na szyi, były popularne „blachy” co doprowadziło do tego, że kanarzy je pokradli i nawet po zwolnieniu z pracy, nielegalnie kasowali od ludzi niemałe pieniądze.

Już o szczegółach typu: kto jest sympatyczniejszy – kierowca autobusu prywatnego czy kontroler biletów MZK nie wspominając.

 

Jeszcze niedawno z autobusu prywatnego można było wysiąść, gdy nie jest w ruchu. Oczywiście jedynie w sytuacji, gdy jest on na prawym pasie. W chwili obecnej uregulowano to – już nie wolno wysiadać w innych miejscach, niż na przystankach. Ja się pytam: komu to przeszkadzało, że ludzie wysiadali, podczas gdy autobus i tak stał? A co będzie, gdy utkniemy w korku? Kiedyś czekałem 45min. aż autobus doczłapie się do przystanku, bo nie można było z niego wysiąść.

Owszem, to wszystko prawda, ale zapyta ktoś, dlaczego to prywatna sieć lepiej prosperuje od państwowej? Ano dlatego, że jest dochodowa. Celem autobusów MZK nie jest zarabianie pieniędzy i dopasowywanie się do rynku, tylko przewożenie ludzi. Nikt nie dba o bilans zysków i strat w MZK. Kierowca autobusu państwowego jest więc „urzędnikiem” i nie zależy mu zupełnie na kliencie. Ma wykonywać swoją prace. W autobusach prywatnych każdy klient jest ważny – wielokrotnie widziałem, jak autobusy te zatrzymywały się teoretycznie już po opuszczeniu przystanku, tylko po to aby pozyskać klienta. Co więcej, państwo oferuje usługi przewozowe poniżej progu opłacalności, przez co cierpi konkurencja, w postaci przewoźników prywatnych.

Dlatego sieci prywatnych nie stać na nowe, luksusowe autobusy, którymi mogliby zachęcić klientów do skorzystania z ich usług. Stale lawirują na granicy bankructwa.

Kolejnym aspektem dyskryminacji prywatnego rynku transportowego są koncesje. Chcesz kupić autobus i puścić go w celu zarobkowym z Konstancina do Centrum? Zapomnij – to niemożliwe, no chyba że masz chody u Głównego Urzędnika Bardzo Ważnego Urzędu. Koncesje są wydawane nielicznym firmom na dzienną ilość kursów autobusów na danej trasie. Reguluje to bezosobowe państwo, gdyż rości sobie ono prawo do wiedzy, gdzie potrzebne są prywatne usługi, a gdzie nie. Ewidentnie więc widać, że to państwo tworzy monopol transportu publicznego, odcinając od rynku potencjalnych inwestorów. MZK jest więc mniej więcej taką Telekomunikacją Polską. Nikt jednak się nad tym nie zastanawia, a prywatne autobusy jeżdżą wypełnione.

Nawiązuję do liberalizmu, albowiem nie da się realizować programu liberalnego bez promowania własności prywatnej. Dlaczego by nie sprywatyzować przynajmniej części sieci komunikacji miejskiej? Przecież ona może być dochodowa, działać efektywniej. Obecnie za nowe i piękne autobusy płacimy wszyscy po równo, gdyż środki na ich zakup przeznacza się z budżetu miasta, czyli z naszych podatków. Płacimy też za coraz to nowe pomysły biurokratów na bilety: z paskiem magnetycznym, bez paska, z hologramem, z chipem. A to wszystko za nasze pieniądze. Prywatny transport jest w stanie dowozić klientów szybciej i sprawniej, a także podążać za potencjalnym klientem, wprowadzając przewozy tam, gdzie są realni usługobiorcy. Po prywatyzacji w krótkim okresie czasu pewnie wzrosłyby ceny biletów, jednakże po dalszym rozwoju kilku lub kilkunastu sieci transportu prywatnego ceny biletów na wolnym rynku definitywnie by spadły.

Podpowiadam więc rządowi: uwolnijcie usługi transportowe.

Prokurat Sergiusz



[1] [Red.: autor ma z pewnością na myśli miejską komunikację samorządową, w której miasto – w Warszawie Zarząd Transportu Miejskiego - zleca obsługę poszczególnych linii właśnie firmom prywatnym, bądź Miejskim Zakładom Autobusowym, a wszystko w drodze konkursu. ]

[2] Red. Zapewne autor ma na myśli Zarząd Transportu Miejskiego, czyli ZTM.