Rząd koalicji Prawa i Sprawiedliwości z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin triumfalnie ogłosił, że wskaźnik bezrobocia spadł w ciągu ostatniego miesiąca (maj do kwietnia 2006) o 0,7 punktu do poziomu 16,5 proc. Prawdziwy sukces? Rozważmy, jak to jest z bezrobociem, Posłużę się w tym celu tekstem rozdziału z tzw. Białej Księgi, którą w 2004 roku napisałem dla Konfederacji Pracodawców Polskich. Miała ona pokazać stan polskiej przedsiębiorczości przed akcesją do Unii Europejskiej. Rozdział o bezrobociu napisałem w oparciu o materiały m. in. Centrum im. Adama Smitha (piórem nieżyjącego już Krzysztofa Dzierżawskiego) oraz o przytaczane w tekście wyniki badań. Na końcu dodaję komentarz w oparciu o sytuację dzisiejszą, którą należy oceniać - niestety - sceptycznie.
 
Wskaźnik bezrobocia jest w istocie najważniejszą miarą sprawności systemu społecznego i gospodarczego. Jego zastraszająco wysoki poziom w Polsce świadczyć by mógł o fiasku pokojowej rewolucji, która przed 14 laty gospodarkę centralnie planowaną zastąpiła mechanizmami rynkowymi.

Kluczową kwestią przy rozważaniu tego problemu jest identyfikacja przyczyn bezrobocia, ponieważ dopiero na tej podstawie możliwe jest przedstawienie sposobów terapii. Trzeba powiedzieć, że w publicznej debacie mamy do czynienia z propozycjami naprawy zła bez próby wskazania przyczyn, lub - co częstsze - ze wskazywaniem przyczyn ze zjawiskiem bezrobocia nie mających nic lub niewiele wspólnego. W tym ogólnym zamieszaniu najlepiej odwołać się do historii jako niezawodnej nauczycielki. Będzie to tym łatwiejsze, że odcinek czasu jaki przyjdzie nam badać nie jest zbyt długi - współczesna historia gospodarcza Polski rozpoczęła się bowiem w roku 1989.

W ciągu dekady wskaźnik bezrobocia ulegał istotnym zmianom. W punkcie wyjścia, u progu roku 1990, bezrobocie praktycznie nie istniało, ale już we wrześniu 1990 wskaźnik  przekroczył 5 proc. i wzrastał aż do lutego 1994, kiedy osiągnął wartość maksymalną - 16,1 proc., po czym spadał, by w II-gim i III-cim kwartałach 1998 przyjąć wartości minimalne - 9,6 proc. Od IV-go kwartału 1998 obserwujemy nieustanny wzrost - do poziomu 15,9 proc. pod koniec II-go kwartału 2001 i do stabilizacji około 18,7 proc. na przełomie I i II kwartałów 2003. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom programowym rządu - bezrobocie nie maleje, choć w zasadzie przestało rosnąć, co jednak trudno uznać za sukces.

Bezrobocie w tej skali jest wynikiem błędu w organizacji społeczeństwa - a nie, jak to się często przedstawia - nieuchronnym skutkiem obiektywnej konieczności, pochodnej zjawisk demograficznych, rozwoju technologicznego, wymiany międzynarodowej itp.

Jednakże wskaźnik bezrobocia nie wystarcza do opisania złożonej sytuacji na rynku pracy w tym burzliwym okresie, kiedy następowała zmiana systemu gospodarczego, nie mająca precedensu w świecie. Na wskaźnik bezrobocia - jeśli pominąć naturalne (a nieuniknione) zjawiska demograficzne związane z odejściem na emeryturę osób starszych i wkraczaniem w wiek produkcyjny ludzi młodych - wpływają: z jednej strony ubytek dotychczasowych miejsc pracy, ale z drugiej - tworzenie ich tam, gdzie przedtem nie istniały. W pewnym uproszczeniu powiedzieć więc można, że zmiana wskaźnika bezrobocia jest funkcją salda utraty starych i tworzenia nowych stanowisk pracy.

Musimy zatem przypomnieć, że w latach 1989 - 1991 wielkie przedsiębiorstwa straciły 3233 tysiące miejsc pracy, ale w małych i średnich powstało ich w tym czasie 1974 tysiące. W latach 1994 - 1998 sektor publiczny, na który składały się prawie wyłącznie duże firmy, zanotował ubytek 1161 tysięcy miejsc pracy, lecz w sektorze prywatnym (prawie wyłącznie MSP) stworzono ich 1831 tysięcy. Te liczby obrazują zmianę struktury gospodarki, zachodzącą szczególnie gwałtownie w pierwszej części dekady. Obserwowaliśmy więc silną redukcję tradycyjnych sektorów, związanych z odchodzącą gospodarką socjalistyczną, ale równolegle byliśmy świadkami niezwykłej ekspansji przedsiębiorczości, wspaniale wykorzystującej swoje szanse wynikające z wprowadzenia zasad wolnej gospodarki w latach 89/90. Powiedzieć więc można, że w latach 1990 - 1997 polska gospodarka stworzyła ok. 5 milionów nowych stanowisk; przy czym od roku 1994 tworzyła je w tempie szybszym niż następowała ich utrata w gospodarce tradycyjnej. Niestety, począwszy od roku 1998 sytuacja diametralnie się zmieniła - utrata miejsc pracy następuje szybciej niż tworzenie nowych.

Od tego czasu pojawiło się wiele mitów na temat bezrobocia, dokonajmy tu krótkiego ich przeglądu:

Przyczyną bezrobocia jest zbyt niskie tempo wzrostu gospodarczego. Ten pogląd zrodził się w pracowniach naukowych, poparty jest licznymi statystykami i modelami matematycznymi zjawiska. Wynikiem żmudnych badań jest konstatacja, że bezrobocie, owszem, zacznie w Polsce spadać, ale wtedy dopiero, gdy PKB będzie wzrastać o 5,7  proc. rocznie. Uczeni nie tak drobiazgowi mówią o pięciu procentach po prostu, a ci, którzy są nastrojeni bardziej optymistycznie, zadowalają się nawet czterema. Wszyscy oni głęboko się jednak mylą. Otóż wzrost gospodarczy nie stworzył i nie stworzy nigdy ani jednego miejsca pracy. Jest to bowiem byt abstrakcyjny, wynik przetwarzania niezliczonych informacji statystycznych, w żadnej mierze nie operujący w sferze realnej. Jeśli istnieje związek między tempem wzrostu gospodarczego a poziomem bezrobocia, to jest on zgoła przeciwnej natury. Ponieważ źródłem PKB jest praca, to większa jej ilość przysporzy większego PKB - nie na odwrót. Spadek bezrobocia zaowocuje wzrostem PKB.

Bezrobocie to nieunikniona konsekwencja wzrostu wydajności pracy. To przeświadczenie zasadza się na obserwacji, że w wyniku postępu technicznego, czy zmiany metod organizacji pracy, do wykonania określonego zadania potrzeba mniej ludzi. Historia gospodarcza świata, zwłaszcza naszej jego części, to nieustanny rozwój technik, technologii i organizacji pracy. Wydajność pracy pojedynczego człowieka, szczególnie przy wytwarzaniu dóbr przemysłowych, wzrosła setki i tysiące razy. Równocześnie zwielokrotniła się ilość miejsc pracy. Zmiany w technologii, zwiększanie wydajności nigdy nie stały w kolizji z pełnym zatrudnieniem. Nie stały, ponieważ nigdy potrzeby ludzi nie zostały w pełni zaspokojone. To samo dotyczyć powinno i Polski.

Bezrobocie jest skutkiem nierównowagi bilansu handlowego. Ponieważ kupujemy za granicą więcej, niż tam sprzedajemy, przeto pozbawiamy pracy wytwórców krajowych - głoszą liczni wyznawcy tego poglądu. Finansujemy miejsca pracy za granicą - mówią - ponieważ tam, a nie w kraju, kupujemy towary. Załóżmy, że tak jest w istocie, że to my finansujemy zagraniczne miejsca pracy. Ale czy to znaczy, że ponad to, co tam kupimy, niczego już nie potrzebujemy? Że w związku z tym, nie trzeba wykorzystywać dla własnych potrzeb krajowych zasobów pracy, kapitału, surowców itd.?

Tym bardziej, że to nie my finansujemy zagraniczne miejsca pracy. Niemcy, cieszące się od lat nadwyżką w bilansie handlowym, mają bezrobocie przekraczające 10 procent; Stany Zjednoczone - odwrotnie, chronicznie ujemny bilans obrotów z zagranica łączy się tam z niskim poziomem bezrobocia.

Za bezrobocie odpowiada wyż demograficzny. Co oznacza, że przy danej liczbie miejsc pracy  każdy przyrost liczby rąk do pracy musi zaowocować wzrostem bezrobocia. Ale rzecz w tym, że jest to rozumowanie fałszywe. Podaż miejsc pracy dostosowuje się - tak było zawsze - do podaży rąk do pracy. Europa Zachodnia lat 60-tych i 70-tych XX wieku zapewniła pracę własnym rocznikom powojennego wyżu, jej przemysły wchłonęły miliony mieszkańców wsi, przyjęła wreszcie rzesze poszukujących pracy imigrantów z południowej części kontynentu.

Zbyt niski i niewłaściwy poziom edukacji jest przyczyną problemów ze znalezieniem zatrudnienia - to kolejny mit o bezrobociu. Rynek pracy - powiada się - wymaga ludzi wykształconych, nowoczesnych, kompetentnych, reszta nie ma tam czego szukać. Cóż się dziwić, że trzy miliony bezskutecznie poszukują zajęcia. Tymczasem odsetek bezrobotnych wśród młodzieży, wykształconej bez porównania lepiej, jest mniej więcej dwa razy większy, niż w pokoleniu jej rodziców. Pewnie, że wyższy poziom edukacji sprzyja rozwojowi gospodarki, jednak na bezrobocie wpływ maja zupełnie inne czynniki. Warunkiem koniecznym i wystarczającym do powstania miejsca pracy jest istnienie rąk gotowych ją podjąć. Jeśli zaś są wolne ręce do pracy, a mimo to miejsca pracy nie powstają, to sytuacja taka jest wynikiem systemowego błędu, popełnionego i popełnianego przez kierownictwo państwa. To patologia, dla której nie można znaleźć żadnego usprawiedliwienia.

[Jesienią 2003] Sejm podjął decyzje powodujące zwiększenie kosztów pracy: podniesienie składki na ubezpieczenie zdrowotne o 0,25 pkt. procentowego do 8 proc. oraz składki na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych o 0,07 pkt. procentowego do 0,15 proc. Jednocześnie Sejm umożliwił odliczanie od podatku kosztów amortyzacji, co zmniejszy koszty pracodawców o ok. 0,5 mld złotych. Zwiększenie składki na ubezpieczenie zdrowotne oraz na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (FGŚP) spowoduje, że do budżetu wpłynie dodatkowo ok. 1 mld zł i o tyle wzrosną koszty pracy. W ten sposób przedsiębiorcy otrzymali kolejny sygnał do ograniczania zatrudnienia.

W ciągu 5 lat od 1996 do 2000 roku koszty pracy (liczone jako przeciętny miesięczny koszt pracy na 1 zatrudnionego) wzrosły blisko dwukrotnie, przy czym stała okazała się rozpiętość między sektorem prywatnym i publicznym (przeciętnie o blisko jedną trzecią są wyższe koszty pracy w sektorze publicznym). W 2000 roku wynagrodzenie zasadnicze z dodatkiem stażowym stanowiło w sektorze prywatnym nieco mniej niż 60 proc. kosztów pracy.

Wszystkie obciążenia, które ponosi pracodawca mogą się wyrażać w następującej formule: na każde 100 zł wypłacanych pracownikowi pracodawca musi dodatkowo przeznaczyć 90 zł, które pochłaniają rozmaite kontrybucje i daniny.

Tymczasem konkurencyjność polskiej gospodarki polega - jeśli jest to jeszcze aktualne - na niższych niż w krajach Unii Europejskiej - kosztach pracy. Należy tę cechę utrzymać.

Sfera biznesu rozwija się w otoczeniu społecznym. Tworzy ono warunki, które mogą sprzyjać lub hamować działanie przedsiębiorcom. Owe warunki może korzystnie (lub niekorzystnie) kształtować państwo i jego organy. Szczególnie wrażliwy jest styk pracodawca - pracobiorca. Skala problemów, jakie w rozwiniętej gospodarce na tym styku się pojawiają zmusza państwo do stałego angażowania się w dialog między obiema stronami. W ostatnich dwóch latach nastąpiła wyraźna poprawa w dziedzinie dialogu społecznego, szczególnie dzięki determinacji w przekonywaniu działaczy związków zawodowych do liberalizacji prawa pracy. Efektem był kompromis osiągnięty przez pracodawców i część związkowców, który stał się podstawą zmian legislacyjnych. I choć pracodawcy oceniają, że ta nowelizacja nie jest wystarczająca, to już zmniejszyła ona biurokratyczne obciążenia i dała szansę na obniżenie kosztów prowadzenia firm. To wszystko ma umożliwić tworzenie nowych miejsc pracy. W Komisji Trójstronnej po kilku latach przerwy przy stole spotkali się przedstawiciele rządu, większości central związków zawodowych i prawie wszystkie związki pracodawców. Okazało się, że zarówno pracodawcy, jak i związkowcy lepiej wiedzą, co trzeba zmienić niż strona rządowa, która stała się celem nacisków obu partnerów. W województwach aktywnie działają Komisje Dialogu Społecznego, rozwiązując lub przynajmniej starając się rozwiązać lokalne konflikty społeczne. Nade wszystko jednak, potrzebny jest rozumny, nacechowany wolą zrozumienia partnera „Pakt walki o nowe miejsca pracy". Pracodawcy chcieliby go zawrzeć w ramach Komisji Trójstronnej. Uważają, że należy zrobić wszystko, by partnerzy dialogu społecznego zrozumieli nadzwyczajność sytuacji, obligującą wszystkich do nadzwyczajnych działań. Szkoda, że strona związkowa tak niechętnie podeszła do proponowanych na ten rozmów.

Ostania  nowelizacja prawa pracy wychodzi naprzeciw oczekiwaniom pracodawców, ograniczanych przez dotychczas obowiązujące przepisy w taki sposób, że zmuszały ich do ponoszenia kosztów, które mogły być obrócone na zwiększenie liczby miejsc pracy. Nowelizacja była chyba największą z dotychczasowych. Miała na celu takie zmiany prawa pracy, aby uczynić je elastyczniejszym i bardziej przystosowanym do rzeczywistości. Niewątpliwą jej zaletą jest znaczne odformalizowanie działań pracodawcy.

Ustawą z dnia 26 lipca 2002 roku o zmianie kodeksu pracy oraz o zmianie innych ustaw zostały znowelizowane następujące akty prawne:

  • kodeks pracy;
  • ustawa z dnia 28 grudnia 1989 roku o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn dotyczących po stronie zakładu pracy (tzw. ustawa o zwolnieniach grupowych);
  • ustawa z dnia 23 maja 1991 roku o związkach zawodowych;
  • ustawa z dnia 4 marca 1994 roku o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych.
Zmiany wchodzą w życie stopniowo: większość zaczęła obowiązywać 29 listopada 2002 roku, niektóre - 1 stycznia 2003 roku, a jeszcze inne dopiero 1 lipca 2003 roku.

[Tymczasem] Szczególnie dotkliwie odczuwają pracodawcy te regulacje, które podwyższają koszty firmy. Dotyczy to obciążeń za odprawy oraz odpłatności za przerwy w pracy tzw. monotonnej. Nie ma definicji pracy monotonnej i może nią być nawet 8 godzin spędzonych za biurkiem.

Koszty zmian poniosą pracodawcy, choć i budżet (jako pracodawca) musi zwiększyć swoje wydatki. Same koszty wydłużenia urlopów „budżetówki" wzrosną z 3,7 proc. do 4,6 proc. funduszu płac.

[...]

W tym kontekście bardzo istotną dla pracodawców sprawą okazała się reprezentatywność związków zawodowych, które w krajach UE skupiają nie więcej niż 25 proc. zatrudnionych, natomiast dużą wagę przywiązuje się tam do innych form reprezentacji pracowniczej, np. rad zakładowych. Na tym tle polscy pracodawcy uważają, że bardziej racjonalne jest wyprowadzenie struktur związków zawodowych poza zakłady pracy, bowiem obniża to ich koszty funkcjonowania. Trzeba się zastanowić, po co w ogóle potrzebna jest reprezentacja pracowników: związki zawodowe są postrzegane - co wynika z zaszłości - jako rodzaj ośrodka pomocy społecznej i ochrony pracownika w przedsiębiorstwie. Tymczasem dziś reprezentacja pracownicza powinna służyć do zawarcia zbiorowego układu pracy.

System prawa pracy i zabezpieczenia socjalnego, zdaniem przedsiębiorców powoduje dopłacanie do bezrobocia a nie do zatrudnienia - jest nieefektywny w zakresie kreowania warunków sprzyjających tworzeniu nowych miejsc pracy.

Problemem do rozwiązania jest sztywność układów zbiorowych, gwarantujących utrzymanie wzrostu wynagrodzeń, które w ten sposób tracą związek ze wzrostem produktywności.

Trzeba uregulować indywidualne stosunki pracy - to, co dotyczy bezpośrednich relacji pracownik pracodawca i zbiorowych stosunków pracy. W przypadku tych ostatnich sytuacja jest jeszcze gorsza, bo są regulowane w wielu różnych ustawach - w kodeksie pracy, ustawach o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, o związkach zawodowych.

Pracodawcy nie powinni utrzymywać związków zawodowych. To rodzaj dziwnego uzależnienia i wielomilionowe koszty. Inny problem to ochrona prawna działaczy związkowych, zdaniem środowisk przedsiębiorców dziś zdecydowanie za daleko posunięta.

Powinno przyspieszyć się prace nad kolejnymi projektami kodeksów, które rząd planuje dopiero za dwa lata przekazać do Sejmu.

Anachroniczne prawo pracy musi przestać utrudniać polskim firmom konkurowanie z zagranicznymi przedsiębiorstwami.

Pracodawcy uważają, że - aby obniżyć efektywne koszty pracy i tym samym uczynić polska gospodarkę bardziej konkurencyjną wobec gospodarek „starych" i „nowych" krajów UE - należy dokonać jeszcze wielu działań. Skutkować one będą zarówno w sferze konkurencyjności, jak - przede wszystkim - jako jeden ze sposobów rozwiązania dotkliwego bezrobocia. Warunkiem jest odejście od mitów na temat tego zjawiska i podjęcie rzeczywistych działań w sferze prawa i polityki społecznej.

Komentarz´2006
W sferze postulowanej przez pracodawców wolności gospodarczej nastąpiła wątła poprawa, rząd Leszka Millera wprowadził „liniowy" podatek CIT na poziomie 19 proc., przyjęta została (za kadencji poprzedniego Sejmu) ustawa o swobodzie działalności gospodarczej, niosąca pewną ulgę przedsiębiorcom. Akcesja do Unii Europejskiej dała zaś [potężny impuls rozwojowy, który dziś, w dwa lata po wejściu naszego kraju do zjednoczonej Europy, zaczyna zwolna przynosić owoce. Jednym z nich jest stopniowy spadek wskaźnika bezrobocia. Czy jednak owe 16,5 proc. oznacza rzeczywiste zmniejszenie się rzeszy osób, pozbawionych możliwości realizacji swojej oferty pracy na polskim rynku? Szanowni rządzący zapomnieli otóż uwzględnić - bagatela - 2 miliony Polaków, którzy odnaleźli swoją szansę w Irlandii, Portugalii, Grecji, Wielkiej Brytanii i Szwecji. A ta liczba, jakby na to nie patrzeć, oznacza, że polskie bezrobocie wcale nie spadło. Kto wie, może nawet wzrosło? Niech więc koalicjanci nie wypinają dumnie swych piersi, polski pracownik ma z czego żyć, ma pracę, płacę i ubezpieczenie społeczne nie dzięki cudownej polityce gospodarczej rządu Kazimierza Marcinkiewicza, a wyłącznie dzięki popytowi na tę pracę w krajach Unii. Radziłbym więc zastanowić się ministrom nad środkami, jakie trzeba będzie przedsięwziąć, gdy w tamtych krajach koniunktura się odwróci i Polakom przyjdzie wracać do Kraju. Co wtedy rząd PiS i innych im zaoferuje? Oby nie hasło, że najważniejsze są Bóg, Honor i Ojczyzna.
Piotr Rachtan