9 milionów za wynalazek wziął wraz z kolesiami Wiktor Błądek, do niedawna prezes KGHM.
Sprawę bada prokurator.
- Blisko rok temu, Prokuratura Okręgowa w Legnicy wszczęła śledztwo o działanie na szkodę spółki - powiedziała jej rzeczniczka prasowa Lilianna Łukasiewicz.

Ów wynalazek miał wielce skomplikowaną nazwę: „Sposób wybierania grubych złóż miedzi, zwłaszcza zbudowanych ze skał silnie skłonnych do tąpań naprężeniowych". Podpisali się pod nim Wiktor Błądek, wtedy dyrektor techniczny kopalni Rudna, jej dyrektor Jerzy Jarmużek oraz Stanisław Siewierski, Witold Bugajski i Stanisław Krajewski. W 1988 roku wynalazek trafił do ówczesnego szefa KGHM Mirosława Pawlaka, ale ten go uwalił, uznając, że „wynika to w sposób oczywisty z istniejącego stanu techniki" i „polega na zastosowaniu zespołu znanych środków już istniejących w kopalniach KGHM". Dodał też, że ze względu na zajmowane stanowiska (chodziło o dyrektorów kopalni - panów Jarmużka i Błądka) autorom nie przysługuje wynagrodzenie „ustalone w zależności od efektów uzyskanych przez wynalazek".
Autorzy postanowili ominąć sprzeciw szefa KGHM i zgłosili „wynalazek" do Urzędu Patentowego. W 1992 roku takowy patent uzyskali i zdążył on nawet wygasnąć w roku 1994.
Czy to koniec sprawy? Nie całkiem. Oto zdarzył się cud - owi wynalazcy awansowali - Siewierski na prezesa KGHM, a Stanisław Krajewski na jego zastępcę. Parę tygodni po tym jak Witold Bugajski został dyrektorem kopalni w Rudnej, dziwnym trafem została powołana komisja do oceny „wynalazku Błądka i spółki". Komisja bardzo wysoko oceniła „wynalazek" i stwierdziła, że zaproponowane przez wynalazców rozwiązanie nie było wcześniej zgłoszone ani stosowane w KGHM. A zatem ówczesny prezes Mirosław Pawlak pomylił się, i to strasznie!
W 1995 roku „cud techniki" został więc wdrożony w Rudnej. Zatwierdził go m.in. Stanisław Wisłowski, nadinspektor z Okręgowego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, a zarazem... współtwórca owego kontrowersyjnego „wynalazku". W 1998 r. pełnomocnik wynalazców, Witold Bugajski, zwrócił się do dyrektora kopalni Rudna o wynagrodzenie. Przez pięć lat wypłacono łącznie:

9 mln 103 tys. 360 zł i 14 groszy. Dodajmy, że z naszych kieszeni, bo KGHM jest w znacznej części własnością państwa.

Być może sprawa zostałaby wmieciona pod dywan, gdyby nie dociekliwość Walentego Kosmatki, szefa kontroli gospodarczej w Rudnej. W 2001 roku, zbadawszy kulisy „wynalazku", Kosmatka zgłosił wątpliwości do dyrektora kopalni. Z powodu braku reakcji ze strony dyrekcji ruszył do innych instytucji.

Poznańska ABW zapewniła go, że w celu zbadania sprawa trafi do delegatury we Wrocławiu. Kilka tygodni później dyrektor Błądek spytał Kosmatkę wprost: „Coś ty tam, nagadał?". „Odkryłem kolejne nieprawidłowości" - odpowiedział Walenty Kosmatka. Sprawa została tak skręcona, że zarządzona nowa kontrola nie potwierdziła ustaleń szefa kontroli gospodarczej. Zaczęto Kosmatkę gnębić, zaproponowano mu inne stanowisko, a gdy go nie przyjął, dwa lata temu wyrzucono go z pracy.

Jednak uparty inspektor w ubiegłym roku złożył doniesienie do Prokuratury Krajowej. Bez efektu. I nagle zdarzył się cud - Prokuratura Okręgowa w Legnicy wszczęła śledztwo. Przedmiotem dogłębnej analizy stał się pokontrolny raport NIK z 1998-1999 roku w sprawie wynalazku. - Nikt nie złożył wówczas doniesienia do prokuratury - zaznacza rzeczniczka Łukasiewicz. Dlaczego?

Piotr Twardysko