Otrzymałem właśnie w poczcie mailowej reklamę z ofertą pracy, w której wydawca prasowy pisze, że szuka redaktora do dwumiesięcznika, w którym „Senior znajdzie wszystko, czego potrzebuje, aby uczynić życie po 50-ce lepszym.

Podsuwamy aktualne rozwiązania i propozycje, które są dedykowane wyjątkowym potrzebom osób starszych. Pomagamy wykorzystać szanse jakie niesie ze sobą jesień życia, a przy okazji zadbać o budżet naszych dojrzałych czytelników. Gazeta aktualnie wydawana jest we Wrocławiu, Poznaniu i od jesieni w Krakowie (oddzielne wydania). Więcej o naszym tytule dowiesz się, ze strony […]. W związku z rozwojem poszukujemy kandydata na stanowisko: Redaktor”.
 

Trochę wcześniej odłożyłem po przeczytaniu Magazyn Gazety Wyborczej. Odłożyłem, żeby zastanowić się nad wezwaniem czołowego publicysty starszo-średniego, albo średnio-starszego pokolenia Jacka Żakowskiego „Cała władza w ręce młodych”. Bardzo ciekawe są jego rozważania o miałkości sukcesu schodzącej już generacji Polaków, która żyje przeszłością i źle się czuje w teraźniejszości. Wyraźnie chcący się odmłodzić autor, który broń Boże nie aspiruje do tego, by być autorytetem dla młodych, zachwyca się ich instynktowną umiejętnością posługiwania się smartfonem i swobodnym żeglowaniem po fejsie. „Nie tylko demokracja i rynek są jego [młodego pokolenia – przyp. PR] naturalnym żywiołem, ale świat wirtualny także”. A to dlatego, że „urodziło się lub wychowało w nowej rzeczywistości”. W której nie potrzebują już autorytetu jakichś starzejących się bohaterów Okrągłego Stołu i transformacji, lub Boże broń – starców, jak nie przymierzając Papież Tysiąclecia, tylko twórczo wybiegają w przyszłość, nie obciążeni bagażem doświadczeń i mądrości, bezczelnie odrzucając ten zbędny garb, swobodnie mówiąc w lengliczu, zdobywają – bez pomocy, naturalnie – stypendia Oksfordu i Cambridge, jednym słowem – podbijają świat.

 

Jako człowiek, wyznam szczerze, kiedyś młody, pamiętam swoje zauroczenie Czerwoną Książeczką i rewolucją kulturalną. Wtedy nie wiedziałem,że stada rozwydrzonych hunwejbinów, odrzucając stare i niepotrzebne skorupy przeszłości, nie budowały nic nowego. Hunwejbini czyścili pole dla starych, cynicznych wyjadaczy partyjnych. Jako młody student, protestując przeciwko złemu Gomułce nie miałem pojęcia, że na fali marcowego ruchu karierę zrobią marcowi docenci, a moi przyjaciele i szanowani, świetni wykładowcy znajdą się na emigracji.

Przyszłości nikt nie zna, ani pokolenie schodzące, ani to, które dopiero zaczyna aktywne życie, niezależnie od poziomu inteligencji i rodzaju lektur. Wiedzą to już starzy. Mądrość nie jest dana ani przez naturę, ani przez szczęśliwy traf późnego urodzenia. Ona się w ludziach odkłada z upływem czasu i wraz ze zdobywanym doświadczeniem. Mądrość to nie inteligencja, ani sprawność w poruszaniu się po świecie. Większość współczesnych mędrców nie jeździła pracować do Londynu albo do Brukseli, może poza niektórymi z tamtych marcowych emigrantów.

 

Z zabawnym artykułem Jacka Żakowskiego sąsiaduje głęboki, choć trudny esej Jacka Bocheńskiego. Mądry stary pisarz w swojej „Litanii polskich gorszości” pisze o prawdziwym problemie Polski, który nie czai się za rogiem bliskiej przyszłości, tylko już jest w naszej teraźniejszości - o zagrożeniu faszyzmem. Nie jest to jeszcze wprawdzie „faszyzm prawdziwy, znany światu z zeszłowiecznego doświadczenia. Póki prezydent miasta może wezwać na uniwersytet policję, a ona skutecznie wyprosić z sali domniemanych faszystów, realnego faszyzmu nie ma. Faszyzm jest wtedy, kiedy faszyści są policją. I kiedy faszysta jest prezydentem”. To wszystko Bocheński widzi, bo zna przeszłość, bo on jest z niej właśnie. Przeżył ją, ma ją w sobie, lecz jest w stanie wyprowadzić z tej wiedzy, z tego doświadczenia wniosek i wołać – bądźcie czujni!

 

Rozumiem Żakowskiego tęsknotę za młodością, zauroczenie niedojrzałymi poliglotami i jego wiarę, że są oni coś z tego wykrzesać. Oby nie byli jak – młody jeszcze – Michał Wiśniowiecki, o którym mawiano, że zna wprawdzie siedem języków, ale w żadnym nie ma nic do powiedzenia. Rozumiem Żakowskiego poczucie niespełnionych nadziei, które niosła jego – i moja – a więc nasza młodość. Moja zbliżająca się starość mówi, że jeszcze nikt nie osiągnął wszystkich celów, nie zaspokoił marzeń, nie dotarł do tego punktu, który sobie niegdyś wytyczył. Że życie nie jest tak proste, jak chciałby mój kolega, a droga prowadzi tylko w jedną stronę i nie da się na niej zwrócić. Odnoszę wrażenie, że redaktor Żakowski chce się odmłodzić, zwracając się do młodych, że władza do nich powinna należeć. To takie odmłodzenie per procura. Ja nie mogę, to chociaż oni, bo młodzi...

 

Do kogo jednak zwraca się Żakowski, ilu jest tych w Brukseli, Londynie i na Cambridge? Jak liczni są ci, których stać na studia zagraniczne, na Erasmusa czy karierę w globalnej korporacji? A gdzie jest reszta, ta spod bloku na Bemowie, z kotła na stadionie Lecha czy z ponurej klatki schodowej w Nowej Hucie? Reszta, którą kiedyś przetrzymywano przez chwilę w wojsku, a dziś jest puszczona samopas? Czy to tej większości młodych Jacek Żakowski gotów jest oddać władzę?

 

Pisze Jacek Bocheński, kreśląc obraz środowisk zarażonych faszyzmem, że to „bojówkarze o inteligencji kiboli, przepełnieni jednak autentyczną, podobną do kibolskiej potrzebą agresji, nadają się na szwadrony szturmowe i mogą wzniecać awantury, zawsze atrakcyjne dla mediów”. I dalej, jakby odpowiadając sąsiadowi ze stron Gazety Wyborczej, stara się zdefiniować faszyzm we współczesnej Polsce, stwierdzając: „Faszyzm jest mistrzem w dziedzinie przeróbki żałosnych krzyków osobistych na agresywne zawołania zbiorowe.”

 

O jaką właściwie gorszość chodzi Jackowi Bocheńskiemu? Odpowiada, że "jest ich mnóstwo. Mniej zarabiam. Więcej zarabiam, jednak nie potrafię zachowaniem i8 stylem życia dorównać klasom wyższym. Pochodzę ze wsi. Pochodzę z domu dziecka. Pochodzę z prowincji. Pochodzę z Warszawy, ale wszędzie są prowincjusze i wygryzają takich z "warszawki". Jestem impotentem Nie znam obcych języków. Mam zły wygląd. Nie mogę wygrać w sądzie. Jestem lekceważony przez zadzierających nosa pyszałków z wykształceniem. Mam znakomite wykształcenie i nie dostaję stanowiska, na jakie zasługuję, bo nie należę do układu. Sam już nie wiem co, ale w ogóle ...kurwa!"

 

Kiedy już tak poużywałem sobie na Jacku Żakowskim, przypomniało mi się ogłoszenie o pracy redaktora. Czytam więc w nim, jakie przymioty winien mieć redaktor dwumiesięcznika dla starszaków po pięćdziesiątce, jakie doświadczenia i wiedzę. I kim właściwie ma on być? Odpowiada ogłoszeniodawca:

„Właśnie ukończyłeś lub wkrótce kończysz studia? (preferowane kierunki: dziennikarstwo komunikacja społeczna, socjologia, filozofia, ekonomia, marketing). Jesteś osobą systematyczną i staranną, sprawnie poruszasz się po internecie, ale lubisz bezpośredni kontakt z ludźmi. Dołącz do naszego zespołu.”.

 

Są też wymagania, jako ostatnie „ mile widziana wiedza na temat branży senioralnej”. Zatem redaktor pisma dla czytelników 50+ to bohater artykułu Jacka Żakowskiego.

 

Na koniec więc koledze z „branży senioralnej” dedykuję nazwę wydawnictwa: „Czerwony portfelik”. Komponuje się świetnie z Czerwoną książeczką, którą ja porzuciłem wiele dziesięcioleci temu, ale która Jackowi Żakowskiemu wciąż chyba się podoba. Może w niej znajdzie wszystko, czego potrzebuje, aby uczynić swoje życie po 50-ce lepszym, gdy już młodzi z artykułu Bocheńskiego wezmą całą władzę?

 

Piotr Rachtan