Przysłużyła się ta latarnia na Wybrzeżu Gdańskim w Warszawie absolutnie wszystkim. Samochód kierowany przez pijanego biskupa zatrzymał się na niej, a nie na bardziej lub mniej przygodnym przechodniu, na przystanku, na którym oczekiwali pasażerowie, albo na wiozącym rodzinę samochodzie z przeciwka.
Ta latarnia tak przewyższyła skutecznością funkcjonariuszy, że była swoiście niewzruszona na argumentację dotyczącą racji stanu, daleko idących konsekwencji, wody na młyn wrogom Kościoła i inne takie farmazony. Wreszcie ta latarnia rzuciła skutecznie snop światła na naszych biskupów. Nie żebym podejrzewał o podobne skłonności znaczące grono pośród hierarchów, ale skoro jest ich stosunkowo niewielu, to tym bardziej powinni wspierać się wzajemnie, nie tylko w obliczu zmasowanych ataków ze strony wrażych sił, ale także ze strony różnych słabości, grzechów, ba może nawet przestępstw, jakie im zagrażają w ich własnych szeregach.

Kto bowiem ma pouczać hierarchów, którzy sami czują się powołani do pouczania wszystkich wokoło? Nie udaje się tego zrobić księżom współpracownikom, ponieważ natychmiast mogą zostać oskarżeni o dyskredytowanie biskupów i ich posługi, i działania na szkodę Kościoła. Nie mogą tego zrobić wierni świeccy, bo ci na biskupie pokoje trafiają tylko od wielkiego dzwonu i widzą tylko to, co im zostanie ukazane. Nie zrobią tego również funkcjonariusze odpowiednich służb, bo nasłuchali się już o konsekwencjach, jakie dotknęły kolegów, którzy ważyli się zwrócić uwagę temu lub innemu hierarsze.

Gdyby próbowali zatrzymać ten samochód funkcjonariusze, a nie bezduszna latarnia, natychmiast pojawiłyby się w katolickich mediach informacje na temat ich pobożności albo i bezbożnictwa, ich poglądów i sympatii politycznych, a może nawet na temat ich najbliższych. Obrońcy wiary i tropiciele spisków rozsnuliby takie sieci, że pobożni prostaczkowie daliby się w nie złowić. Na szczęście tym razem świadkiem i skuteczną barierą na drodze słabości biskupa była latarnia i te blisko 3 promile, które zazwyczaj skutecznie utrudniają oddalenie się z miejsca zdarzenia.

Są w gronie polskiego Episkopatu lekarze, czyż nie zauważyli objawów choroby, z którą zmagał się ksiądz biskup i z której chce się teraz leczyć? Jak reagowali, gdy słyszeli o podobnych sytuacjach dotyczących innych biskupów? A co zrobili nasi biskupi po listach dotyczących jednego z nich, a płynących do papieża z seminarium w Poznaniu? A jak zareagowali na sygnały ich dotyczące, a upublicznione przez ks. Isakowicza-Zaleskiego? Co zrobili, gdy słyszeli o przypadkach łamania przez innych członków Episkopatu prawa lustracyjnego, podatkowego, budowlanego, że o drogowym nie wspomnę? Może ta latarnia będzie przysłowiowym kamieniem opamiętania, po zderzeniu z którym przypomnimy sobie ewangeliczną zasadę: zanim wskażesz drzazgę w oku brata, wyjmij belkę z własnego oka.

Warszawskiemu biskupowi, który zamiast wzorem innych zapaść się pod ziemię i zamilknąć, wydał jasne i klarowne oświadczenie, dziękuję za odwagę publicznego stanięcia w prawdzie. Zrobił wyłom w twierdzy Episkopatu, przez który to wyłom padnie snop światła z latarni na Wybrzeżu Gdańskim. Zapewne jeszcze długo przyjdzie nam poczekać na szczere i w pełni prawdziwe opowieści o polskich hierarchach zapisane na łamach katolickich tygodników, opowiadane na falach radia z Torunia lub w katolickim portalu. Czasy się zmieniają, coraz więcej latarni rzuca snop światła na Kościół i ludzi Kościoła.

Księżą biskupi - nie lękajcie się. Wszak sami nauczacie, że prawda jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

ks. Wojciech Lemański

Komentarze

r | 2012-10-30 11:11

A więc jednak mamy drugą Irlandię, gdzie biskupom wszystko wolno. Bo skoro aż latarni trzeba było...