Z prawdziwym zażenowaniem słucham licznych występów ekspertów z samomianowania, którzy prześcigają się w fantastycznych hipotezach i absurdalnych oskarżeniach. Wtórują im rozhisteryzowani dziennikarze już nie tylko mediów publicznych (prowadzą one nachalną kampanię wyborczą Pis-u), ale i innych. W tej całej wrzawie nikt nie bierze pod uwagę rozwiązań najprostszych, bo te nie pasują do atmosfery histerii.
Zacznijmy od wrzawy i kłamstw Witolda Waszczykowskiego na temat tego, kto zaprosił tyle ważnych osób do jednego samolotu i z jakim to szatańskim zamiarem. Wiadomo już z ujawnionych dokumentów, że zrobiła to Kancelaria Prezydenta za plecami rządu i odpowiednich ministrów. Twierdzę, że nie było w tym niczyjej złej woli. Po prostu nikt nie pomyślał z zupełnie prozaicznych powodów. Po prostu ludzie czasem robią błędy bez złej woli, czasem się mylą, czasem się spieszą, czasem są zmęczeni i w wyniku tego coś przeoczą, czegoś nie przewidzą. Jestem przekonany, że to był zwyczajny ludzki błąd, za którym nie stoi żaden spisek, ani szatański plan.

Druga histeryczna wrzawa dotyczy przedmiotów znajdywanych na miejscu wypadku. Tylko jedna komentatorka TVN-24 zauważyła rozsądnie, że jest to duży teren (13 hektarów), podmokły i zwyczajnie po deszczach wyłażą z błota różne przedmioty, których nie znaleziono, bo były pod powierzchnią ziemi, gdy szukano. Nie ma w tym żadnego skandalu, spisku, horrendum. Są rzeczy zwykłe. Szczątki samolotu i znajdujące się w nim przedmioty wbiły się w błotnisty grunt na różną głębokość. Uderzenie w ziemię nastąpiło wszak przy prędkości rzędu 300 km/godz. Taką prędkość ma niejeden pocisk z pistoletu opuszczający lufę. Nie znaleziono ich, bo w momencie szukania były schowane głęboko w błocie i nie było ich widać. Te przedmioty nie upadły na ziemię, tylko wbiły się w nią jak pociski. Ot zwyczajnie i po prostu.

Inna kwestia, na którą słusznie zwraca uwagę Piotr Rachtan, to pochodzenie tych przedmiotów. Skąd wiadomo, że fragment paska, zabłocony but i naświetlony oraz wywołany film pochodzą z tego samolotu, a nie, na przykład, zgubił je tam ktoś pięć lat temu? Przecież ten teren nie był pedantycznie posprzątany przed wypadkiem. Inna sprawa, że może przeszukano teren niezbyt dokładnie i za wcześnie go udostępniono publice, ale wątpię wysoce, by ktoś miał w tym jakiś zły, podstępny, zamiar.

Zupełnie głupawe są wypowiedzi, o rzekomym skandalu, polegającym na tym, iż po miesiącu nie ma wyników śledztwa. Szanowni państwo, takie śledztwa po zupełnie normalnych wypadkach lotniczych najczęściej trwają 2-3 lata. To nie jest proste postępowanie w sprawie Kazia, co gwizdnął piwo ze sklepu. Gdyby śledczy ogłosili jakieś ustalenia już po miesiącu, to właśnie wtedy byłoby to wysoce podejrzane.

Tak więc, więcej umiaru, miej histerii i zaczym się coś powie, napić się wody, lub policzyć do dziesięciu.

Krzysztof Łoziński