Mielony raz albo przegląd dwóch tygodni

Przed wakacjami klasa polityczna przekonała nas, że możemy na nią liczyć. Wprawdzie rozrywka ni jest z górnej półki, ale niech tam, politycy tak się starają, że trzeba ich popierać. Bez nich przecież zdechlibyśmy z nudów, oglądając „M jak miłość” i powtórkę „07 zgłoś się”.

Sopot

Turyści i wczasowicze w Sopocie w czasie złej pogody mają czym zając myśli, mianowicie odpowiedzią na pytanie, czy pan Julke nagrywając pana Karnowskiego, prezydenta miasta, rzeczywiście go korumpował. I drugie pytanie, czy pan prezydent Sopotu żądał tych dwóch mieszkań, czy też tylko sobie żartował. A może po prostu od razu zgłaszał ofertę normalnego kupna? Wątpię, czy nawet najzdolniejszy prokurator zdoła rozwikłać tę tajemnicę, która żadną tajemnicą nie jest, bo nagranie uzyskało status publiczny. Gdybym był śledczym, próbowałbym poznać intencje obu panów. A te mogą znać tylko oni sami i nie wydaje się, by zechcieli nimi podzielić się z nami.

Inna sprawa, że można też pytać o okoliczności i uwarunkowania polityczne. I tu jesteśmy w domu: ilu komentatorów, tyle pomysłów i scenariuszy.

Pewien prominentny polityk Platformy Obywatelskiej przedstawił mi wiarygodny, choć mało prawdopodobny scenariusz: twierdzi on, że na Karnowskiego władze partii (czytaj: sekretarz generalny) polowali już od zeszłego roku, od zjazdu gliwickiego konserwatywnego skrzydła PO. Działacz zwrócił uwagę na to, że prezydent Sopotu był już ostatnim, który do ubiegłego tygodnia był jeszcze w Platformie. Nie licząc oczywiście Jana Rokity, ten polityk tak jakby w z partii już dawno sam zniknął.

Wracając zaś do samej „afery sopockiej”: stała się ona okazją do przypomnienia przez niektórych polityków opozycji, że afery to Platforma, a szczera uczciwość to my, PiS czyli Jacek Kurski (prawomocne wyroki, z których za cholerę nie chce się wywiązać), Zbigniew Ziobro (postępowania i dochodzenia, cofnięty dopiero co immunitet poselski, o którym piszemy nieco niżej), a także poseł Adam Mularczyk z jego postępowaniem przed Komisją dyscyplinarną Okręgowej Rady Adwokackiej o naruszenie zasad kodeksu etyki adwokackiej.

Komisja Regulaminowa

Paraliż Komisji Regulaminowej przez posłów PiS nie odzwierciedla konfliktu czysto politycznego między opozycją a rządzącą koalicją, a tylko niebywałą zupełnie wolę obrony jednego człowieka przez szefa partii. Nie bez powodu na sali obrad komisji siedziało całe dowództwo PiS-owskiej drużyny. To wódz pragnął obronić posła Ziobrę, a nie same panie posłanki Kempa, Szczypińska i Paluch.

Minister Kopacz i palec Cymańskiego

Debata o odwołaniu Ewy Kopacz z funkcji ministra zdrowia stała się okazją do prezentacji poglądów na temat rażącej siły palca, wycelowanego w posła Cymańskiego. Wstrząsającą relację przedstawił Sejmowi i telewidzom wicemarszałek Putra. To wydarzenie podkreśliło wagę gestu w debacie politycznej, którą tak dobrze zrozumiał już właśnie Tadeusz Cymański,

Debata o drożyźnie

Miała być wielkim wydarzeniem politycznym, jak zapowiadali wnioskodawcy z klubu PiS. Toczyła się przy kompletnie pustej sali, w której w porywach drzemało 50 posłów. Niewypał i medialny, i polityczny.

Weto

Zabiegi klubu „Lewica”, czyli SLD, trwały do ostatniej chwili. Były to starania o zachowanie twarzy, bowiem mało kto wróżył Napieralskiemu choćby minimalną korzyść ze wsparcia prezydenckiego weta. Tuż przed głosowaniem na mównicę wybiegł wicemarszałek Szmajdziński i swoim zbolałym głosem prosił klub PO, by się pokajał i przyznał do błędu merytorycznego (że ustawa jest zła), personalnego (że Iwona Śledzińska-Katarasińska to był zły wybór i źródło konfliktów) i politycznego (że trzeba było od początku zająć się projektami ustaw złożonymi przez Lewicę). Szmajdziński wzywał też PO, by zobowiązała się do pracy nad nowelizacją – w przypadku odrzucenia weta, czyli uzyskania poparcia Lewicy – w oparciu o lewicowe projekty.

Aroganckie wystąpienie wicemarszałka nie mogło spowodować pozytywnej reakcji. PO, ustami Śledzińskiej–Katarasińskiej, - odpowiedziała odmownie; odbyło się znane wszystkim głosowanie i tak oto powstał Pisolew, a właściwie Prawolew.

Jak taki wynik głosowania był dla Kaczyńskich ważny, niech świadczy czas, który prezydent poświęcił wcześniej na rozmowę z nowym przewodniczącym SLD. 5 godzin na pogawędkę to rekord. Mniej widać ważne było wcześniejsze spotkanie z premierem (4,5 godziny) oraz późniejsze rozmowy o zdrowiu z pielęgniarkami i lekarzami (po 1 godzinie).

Rolę osoby prezydenta scharakteryzował najlepiej poseł T. Cymański, który stwierdził, że „Pan prezydent nie jest bębenkiem, który wydaje dźwięk, gdy się w niego stuknie" [wypowiedź dla portalu dziennik.pl 4 lipca – cyt. za serwisem www.spieprzajdziadu.com]

Powódź i dobry gospodarz

Po spóźnionej „świętojance”, która spustoszyła Podhale i region Podkarpacia pierwszy połapał się premier Tusk, że należy pojechać do powodzian. Pojechał, obejrzał zniszczony przez powódź most i obiecał pomoc. Zachowywał się przy tym jak doby gospodarz, który dogląda gazdówki. Ludzie lubią gospodarskie wizyty, szczególnie, gdy w ślad za nimi do zainteresowanych popłyną pieniądze. Prezes i prezydent zgrzytają zębami, że dali się ubiec i nie zdążyli wesprzeć – choćby moralnie – poszkodowanych rolników. Z pewnością próbowaliby potem zdyskontować to politycznie.

Rozporządzenia i znów wilcze oczy oraz świadkowie

Przy okazji dyskusji o tym, czy wolno rządzi za pomocą rozporządzeń, prezes Kaczyński powiedział w swoim stałym porannym kąciku w Programie I Polskiego Radia, że ma świadków na wilcze oczy premiera. „Nie jest prawdą, że tylko ja dostrzegam wilcze oczy Donalda Tuska, bo bardzo wielu ludzi to dostrzega. Mnóstwo takich ludzi znam, gdyby był proces mogę mnóstwo świadków dostarczyć” - zapewniał Jarosław Kaczyński. Na pytanie dziennikarza „Czego symbolem są ´wilcze oczy´?” Jarosław Kaczyński odpowiedział, że chodzi o „pewien typ emocjonalności”. Prezes PiS przyznał, że oczy Donalda Tuska, w chwilach, gdy się denerwuje, robią - nie tylko na nim - straszne wrażenie.

Premier stał się w ten sposób projekcją nocnych lęków małego Jarka. Ciekawe, czyje to oczy śniły mu się kiedyś po nocach, pod dziecięcą kołderką? No i co z zębami, też wilczymi?

Wreszcie, skoro wilkiem okazuje się Tusk, to kto jest Czerwonym Kapturkiem? Bo chyba nie Kapturek’62?

***

Rozwój wydarzeń pokazał też, że nasi drodzy (kosztowni też) reprezentanci nie zostawią nas na pastwę profesjonalnych organizatorów wypoczynku. Będą nam towarzyszyć, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, włączając weekendy, aż do końca zasłużonego urlopu.

Piotr Rachtan