Powiedzonko takie, jak w tytule, krąży ostatnio w środowisku prawniczym. I coś w tym jest. Pamiętamy kompletną kompromitację jako prawników Arkadiusza Mularczyka i Lecha Kaczyńskiego przy okazji ustawy lustracyjnej. Ci dwaj, jak twierdzi PiS, „wybitni prawnicy" stworzyli dzieło na pograniczu prawniczego analfabetyzmu. Dowody prawniczego analfabetyzmu dawał też wielokrotnie Zbigniew Ziobro.
Pisałem już o jego projekcie zmian w kodeksie karnym (patrz: „Ziobro a dobro, czyli obrona niekonieczna" w archiwum „Kontrakstów"). Miłościwie panujący nam minister magister wymyślił tam na przykład to, by zabicie człowieka na własnej posesji było niekaralne. Tak nie było nawet na Dzikim Zachodzie, ani tym prawdziwym, ani tym filmowym. Ale to jeszcze nie wszystko. Minister magister wymyślił też, by za jazdę po pijanemu odbierać samochody. Prawnie i Sprawiedliwie - jednemu zabiorą malucha wartego 500 złotych, a drugiemu nowe volvo. A co wtedy, gdy pijak prowadzi cudzy samochód? Od tej pory alkoholicy będą rejestrować samochody na swoje babcie emerytki, które nie mają prawa jazdy.

Mało kto zwrócił uwagę na doniosłą wypowiedź ministra magistra, że po ewentualnej ekstradycji Edwarda Mazura, polskie władze spodziewają się uzyskać od niego zeznania, które będą podstawą do postawienia mu zarzutów. Niechby tylko przeczytał to, lub usłyszał amerykański sędzia, przyzwyczajony do tego, że ludzi aresztuje się po tym, gdy ma się na nich dowody, a nie przed tym. Ale minister magister realizuje „politykę karną", rzecz znaną tylko w azjatyckich i afrykańskich dyktaturach, czyli zasadę „aresztu wydobywczego" (aresztant już jest, a dowody z czasem się znajdą).

Ale ostatnio wykształceniem prawniczym błysnął pan premier. Oświadczył bowiem, że polskie sądy, łącznie z Sądem Najwyższym, są niedobre, bo „nie kierują się polską racją stanu i zasadą pierwszeństwa interesu polskich obywateli". Pan premier prawnik nie słyszał, jak widać, o tym, że od czasów prawa rzymskiego, ba, nawet od czasów kodeksu Hammurabiego, obowiązuje zasada, że sądy kierują się wyłącznie prawem. Pan premier prawnik nie słyszał też o takich zdobyczach cywilizacji europejskiej, jak równość ludzi wobec prawa niezależnie od narodowości i obywatelstwa, nie wie, że jest to także zapisane w polskiej Konstytucji.

Bardzo jestem ciekaw, gdzie pan premier wyczytał „zasadę pierwszeństwa interesu polskich obywateli"? W jakim to kodeksie jest ona zapisana?
 
Zupełnym już curiosum była wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, że koszty roszczeń dawnych obywateli polskich, a dziś obywateli Niemiec, dotyczące ich własności na Warmii i Mazurach, powinien ponieść rząd Niemiec. Przypomnijmy, o co chodzi. W latach 70. i 80. obywatele polscy emigrowali do Niemiec z najróżniejszych powodów. Część z nich, to byli Warmiacy i Mazurzy, dyskryminowani prze polskie państwo jako „Niemcy", choć czuli się oni i byli Polakami. Inni emigrowali z powodów ekonomicznych, a jeszcze inni z powodów politycznych. W ogromnej większości byli to Polacy. Zostawały po nich domy i gospodarstwa. W tych domach i na tych gruntach, które nigdy nie przestały być ich własnością, polskie państwo bezprawnie osiedliło innych ludzi. Dziś ci nowi mieszkańcy przegrywają procesy sądowe i muszą oddawać domy ich właścicielom. Politycy koalicji rządzącej i głupsza część mediów, przedstawiają to jako „wysiedlanie Polaków przez Niemców" i „roszczenia niemieckie wobec Polski". Bardzo bym chciał, aby premier „prawnik" wyjaśnił, na jakiej podstawie prawnej niemieckie państwo ma finansować roszczenia swoich obywateli Polaków do ich własności w Polsce, którą bezprawnie zabrało im polskie państwo?

Jest w tym wszystkim jeszcze aspekt moralnie obrzydliwy. Dzisiejsi mieszkańcy tracą domy i gospodarstwa z winy polskiego państwa, bo to nasze państwo wrobiło ich w tę sytuację. I to państwo, zamiast im teraz pomóc i naprawić własne błędy, szczuje ich na innych Polaków, których nazywa Niemcami, bo dziś mają obywatelstwo Niemiec (też z winy tego państwa, które swego czasu nie dało im w Polsce normalnie żyć). To nie rząd Niemiec, tylko rząd Polski powinien się tymi ludźmi zająć i dać im teraz nowe domy i nową ziemię. Ale pan premier, zamiast rodakom swoim pomagać, woli szczuć i pleść prawne dyrdymały.

Coraz częściej się zastanawiam, jakim cudem prawnicy z PiS  skończyli studia, a nawet jakim cudem dostali matury. Prawie rok temu zadałem ich biuru prasowemu pytanie, w jaki sposób można ukończyć wydział prawa, zrobić doktorat i habilitację, nie znając angielskiego (wymagany jest na maturze, egzaminie wstępnym, magisterskim, doktorskim i przy habilitacji)? Do dziś nie dostałem odpowiedzi.

Niestety rządzą nami „prawnicy", którzy nie rozumieją nawet prawnego elementarza, a kodeksy i Konstytucję znają chyba z widzenia. Być może w świecie PiS-u obowiązuje generalnie kolejność odwrócona. Zwykli ludzie uczą się angielskiego przed egzaminem wstępnym, prawnicy PiS - po habilitacji. W kolejności odwróconej wszystko staje się logiczne: najpierw się aresztuje, a później szuka, za co. Najpierw zostaje się ministrem sprawiedliwości, a później czyta się kodeks postępowania karnego.

Krzysztof Łoziński