Nie tego wyborcy się spodziewali po wygranych przez PiS wyborach. Szczególnie dziś widać wyraźnie do czego dąży partia, która ma w nazwie zarówno prawo jak i sprawiedliwość. Okazuje się że te dwa określenia odnoszą się jedynie do nazwy partii, lecz nie mają nic wspólnego z tym, co tak naprawdę oznaczają.

Już inauguracja prezydentury Lecha Kaczyńskiego wskazywała na monarchistyczne zapędy braci Kaczyńskich, teraz okazuje się, że bracia mają ochotę na monarchię absolutną. Nie przeszkadza im błyskawiczne tempo prac legislacyjnych nad ustawą dotyczącą kontrolowania mediów publicznych, ani też jeszcze szybsze nad ustawą o wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Przeszkadza natomiast prowadzenie prac, zgodnie zresztą z ustalonym wcześniej harmonogramem, nad ustawą budżetową. Politycy PiS zgodnie krzyczą nad złamaniem konstytucji przez wicemarszałka Kotlinowskiego, nie przejmują się jednak wcale, gdy tę konstytucję sami łamią. Tak się przecież stało przez uchwalenie nowej ustawy o KRRiT, która jest organem zapisanym w konstytucji, a której faktycznie dziś nie ma. To przecież PiS doprowadził do odwołania starej rady, a nowej do tej pory nie powołano. Jest to jawne złamanie konstytucji a prezydent Lech Kaczyński, który 23 grudnia ubiegłego roku przysięgał, że będzie stał na jej straży, najwyraźniej o tej przysiędze zapomniał. Ważniejszy od interesu państwa staje się interes partii. Dochodzi do faktycznego zerwania obrad sejmu. Zamiast więc budowy IV Rzeczypospolitej, obserwujemy cofnięcie się do pierwszej i to do jej najgorszych tradycji. Mamy więc zrywanie sejmu, kupczenie miejscami na listach wyborczych, psucie prawa. To do niczego dobrego nie prowadzi.

Zastanawia mnie także jeden, bardzo ważny fakt. Jak to jest, że najważniejsza osoba w państwie, prezydent kraju wybrany w demokratycznych wyborach, składa meldunek o wykonaniu zadania prezesowi partii. Jak to jest, że premier wybrany przez parlament, tak naprawdę nie decyduje o niczym, bo ster władzy w państwie znajduje się w rękach prezesa partii. Tak na dobrą sprawę, okazuje się, że właściwie nie trzeba nawet stawać do wyborów, by sprawować władzę. Wystarczy być prezesem partii. Wszyscy narzekają na upartyjnienie państwa. To co dzieje się aktualnie, jest tego upartyjnienia szczytem. Okazuje się bowiem, że w naszym kraju nie rządzą organy pochodzące z wyboru, ale prezesi partii. To co pamiętamy z czasów AWS i rządów z tylnego siedzenia jest niczym w porównaniu z tym z czym mamy do czynienia dziś. Marian Krzaklewski miał wpływ na premiera, nie miał natomiast żadnego wpływu na prezydenta, Jarosław Kaczyński ma przemożny wpływ na premiera jak i na prezydenta. Obserwując ostatni parlament, trudno było sobie wyobrazić gorszy. Jak widać życie przerasta nawet najbardziej wybujałą wyobraźnię.

Janusz Krakowian