Opowieść o Mrtusi
Cześć druga: Martusia, Zaplucie i ja

(Część pierwszą znajdzie czytelnik w naszym archiwum, w tym samym dziale. Red.)
Dziadek zdziecinniał i coraz bardziej upodabniał się do potomstwa swojego potomstwa. Baraszkował z nim po całych dniach. Podobno przestał pić, podobno lekarz mu zabronił, z czego najbardziej ucieszyła się babcia, no, a babcia  podupadła też.

Nikt już do nich nie przyjeżdżał, nie załaził do nich ze swoim krytykanckim wtrącaniem trzech groszy. Cała rodzinka wydawała się być zajęta pielęgnacją własnych wrzodów, a my, to znaczy Martusia i ja, zamieszkaliśmy w bliźniaku wynajętym przeze mnie.

Jeździliśmy do nich od wielkiego dzwonu, ale odwiedziny uzależnione były od grafików naszych wolontariuszy, od ich planów i kaprysów. Pożytek  z tych wizyt był żaden, gdyż rozmowy nie kleiły się, były jak obrady niewidomych prowadzone na migi. Osowiała babcia siedziała przy wyludnionym stole, dziadek wydzielał ze swojego katafalku jakieś abstynenckie pomruki, Martusia wlepiała wzrok w obojętnie co, a ja nudziłem się jak mops.

I gdy już zanosiło się na wspólne pochrapywanie, spoglądałem na zegar przyczajony w rogu pokoju i zaczynałem łapać się za głowę, że niby komu w de, temu w c.

Następowały teraz babcine i dziadkowe żachnięcia połączone z pytaniami, kiedy znowu, następowały teraz markotne serenady z akompaniamentem ulgi. Wyjeżdżałem do sieni pociągając za sobą Martusię, wystrzegając się przydługich pożegnań i wracaliśmy do domu, do wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
Od kiedy dostałem spadek, nie musiałem kłopotać się o forsę, stać mnie było na podróże. Ale nie podróżowałem. Zadowalała mnie świadomość wyboru, a nie wybór. Stać mnie było na spełnianie wszelkich zachcianek, lecz lata strawione na opędzaniu się od ubóstwa, pozostawiły trwałe obrażenia. Tak trwałe, że gdy jechałem do księgarń czy teatru, jakiś głos, jakiś wewnętrzny szept, nakazywał mi, bym się powstrzymał i zawrócił, bo księgarnie, wystawy, teatry, dostępne są tylko dla zamożnych, a ja muszę oszczędzać, bo zbliża się czarna godzina.

I czarna godzina przyszła, niespodziewanie spadła na bliźniak niczym przysłowiowy grom z jasnego nieba.  Najprzód wzięła w obroty Martusię.

Martusia miała odleżyny wielkie jak pięść, podarunek zakładu. Piguła, zatrudniona i mieszkająca u nas na stałe, była wobec nich bezradna; gdy myła Martusię i wykonywała poranną toaletę, gdy zmieniała opatrunki i wklepywała w nią spirytus, gdy odsłaniały się nie zagojone, wilgotne miejsca, starałem się ich nie dostrzegać.

Pod wpływem bólu stała się przesadnie płaczliwa, jakby nieludzkie wycie było jej odpowiedzią na cierpienie. Płakała z rożnym natężeniem, z nasileniem pozwalającym zorientować się w stopniu boleści. Z początku raz na dłuższy czas, lecz już po kilku tygodniach nie było dnia, a potem godziny, by nie było słychać, że nadal jest wśród żywych.

Z Martusią nie trwało długo, parę tygodni przesyconych milczeniem, mozolnych tygodni wzajemnego patrzenia w nic. Mogłem sobie tylko wyobrażać, o czym myśli, bo przecież rozmyślała, bo przecież wzrok jej nie był tępy, bo w jej mózgu musiały zachodzić jakieś procesy, jakieś fermentacje.

Lecz zauważałem, że przygasał. Choroba  przestroiła jej myślowe toki, obsypała niechcianymi prezentami, wyrzeźbiła odrębne punkty widzenia, z premedytacją uprzątała ją z istnienia, rozszarpywała jej świat ze skrupulatnym chłodem okrucieństwa.
Zostawiałem ją pod opieką, sam zaś wjeżdżałem w trasę, do ludzi, do miasta, tłukłem się wertepami, duktami, bez określonego celu albo z konkretnym zamiarem, ot tak, by nie myśleć, by nie pamiętać, jaka była, gdy pisaliśmy listy, gdy między wierszami, dyskretnie, by jej nie spłoszyć, wyznawałem, kim dla mnie jest, przekonywałem ją, że takie rzeczy przydarzają się w najlepszych rodzinach, że nie jesteśmy wyjątkami, nie mamy się czego lękać.

Ale Martusia potrafiła odwirować prawdę od lipy, wiedziała, co mi chodzi po głowie, była nieugięta, nie, nie, powtarzała w kółko, nie kocham cię, kuzyn to kuzyn, no a potem wszystko straciło sens, jej listy przestały nadchodzić i następny rok minął bez wieści. Drugi tak samo i dopiero w trzecim dostałem kartkę z Paryża, z dzielnicy, w której chciałem z nią być.

Zawiodła się. Poznała faceta niewartego wzmianki, miała nawet coś w rodzaju depresji, ale już jej przeszła i kombinuje nad powrotem, zastanawia się, czy nie rzucić się w wiry i odmęty jakiejś  roboty, tym bardziej, że zmarła jej mama, i, jak zwykle, tak i teraz, ma problemy z dokonywaniem właściwych wyborów,  z wyodrębnieniem prawidłowych opcji.

O miłości ani słowa. Temat o kryptonimie uczucie, był dla niej śliski, zakończony, krępujący. Mówiła: jeżeli mam kochać, to bez zastrzeżeń. Wystrzegała się jakichkolwiek nawrotów do moich wyznań. Za to o jakimś ohydnym Zapluciu, o ludziach stamtąd, donosiła mi bez przerwy, w każdym swoim liście dzieliła się ze mną poglądami, rozpisywała się o pracy ze staruszkami, o ich losowych piruetach.
Jeździłem alejkami wśród bloków i objeżdżałem je dokoła zaglądając w głuche okna, aż znalazłem się nieopodal rozlewiska. Na horyzoncie, nad rzeką, leniwie majaczącą w oddali, która nie była oddalą w dosłownym znaczeniu, ale niedostępną bliskością, widziałem sylwetkę wędkarza moczącego spławik.

W myślach, które we mnie grały, tętniły pod naporem wydarzeń zachodzących w Martusi, wydawało mi się, że biegnę wzdłuż jej nurtu. Skierowałem wzrok w stronę wędkarza. Przybywał na brzeg nie wiedzieć skąd i nie wiedzieć dokąd, znikał. Wrośnięty w krajobraz, był jego opoką, stałym punktem orientacyjnym.
Zastanawiałem się, kim jestem ponad wszelką wątpliwość. Pozycją w statystyce, obiektem w mało znaczących kartotekach, przedmiotem spisanym na straty, chorym, wymagającym dalszej opieki, dalszego zadawania paszy i łóżka dla swoich gnatów? A kim dla Martusi?

Czas, który egzystował we mnie, rozciągał się, plastyczniał, ostrzegał, że świat ma takie kontury, jakie ma naczynie, w którym się znajduje. W momentach zwątpienia i przygnębień, w okresie medytacji o niczym, wiedziałem, że ten jakościowo inny i budzący złe myśli czas, jest czasem gromadzenia i przepoczwarzania się doświadczeń, które, gdy otrząsnę się z bezwładu, będą owocować.
W odpowiedzi wędkarz złapał rybę. Wyjął jej z pyszczka hak i wrzucił ją do wody krzycząc: czym jest wolność, jeśli nie odmianą zależności?

II
Martusia zmarła i nagle rzeczy dotąd nieważne, teraz były dla mnie istotne. Stwierdziłem, że  mój ostry wzrok mętnieje, a przedmioty są oleiste, migoczą i ruszają się, choć dla innych są w tym samym miejscu, że gdy chcę się podnieść, schylić czy obrócić, muszę wykonać całą serię przygotowawczych ruchów, uklęknąć, ale tak, by być w pobliżu czegoś do podniesienia się z podłogi.
A gdy już byłem przekonany, że osiągnąłem dno i gorzej ze mną nie będzie, zaczynały się następne fazy, do boju wyruszały nowe, wypoczęte sensacje związane ze sztywnieniem karku; kończyła się  introdukcja, a zaczynała opera. Zaczynało się nieustanne zwracanie uwagi na drobiazgi.

Spoglądałem na przytłaczający nieporządek, na bałagan panujący i zwiększający się wokół mnie. Teraz każda czynność wymagała ponownych przemyśleń i gruntownej przebudowy,  wymagała ode mnie  zgrania faktycznego ruchu ciała z ruchem opartym na jego wyobrażeniu.

W miarę dni żyło mi się z tym widokiem coraz gorzej. Z większym mozołem znosiłem swoje błędy. Ogarniało mnie coraz silniejsze poczucie rozpadu swojej niezmienności.   
III
Od niedawna pozwalałem sobą sterować, jakbym miał bezwład woli, jakby mi było całkowicie obojętne, co się ze mną stanie i gdzie mnie umieszczą. Wiedziałem, że taka inercja nie może  wiecznie trwać, że muszę jej zapobiec, bo gdy zalęgnie się i opanuje mnie na dłużej, niechybnie przejdzie w nałóg, z którego się już nie wyplączę.
Moje żywe dotąd reakcje stały się wykalkulowane i niepewne. Lecz ich niepewność była wynikiem niemożności podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Decyzja, w jaką formę ekspresji ubrać swoją twarz, napawała mnie obawą,  bo łączyła się z dokonywaniem wyboru, a wybór był związany z wysiłkiem, a więc z czymś niemożliwym do realizacji; opowiedzieć się za czymś, oznaczało zrezygnować z czegoś innego, uznać, że to, co się wybrało, jest lepsze, słuszniejsze i drogocenniejsze od tego, co się porzuciło.

Najkorzystniej było dokonać wyboru wszystkiego jednocześnie: do połowy mieć w sobie smutek, a od połowy prezentować się dziarskim i wesołym. Z jednej strony być zawiedzionym i zamkniętym na odgłosy zewnętrznego świata, a z drugiej -  przystępnym, cudownym, dającym się jeść łyżkami; od połowy być uczciwym, a drugą połowę mieć z oszuścika.

Po latach braku wyobraźni, podenerwowany własnym niedołęstwem, nad którym już nie byłem w stanie zapanować, nie potrafiłem ukryć swojego rozczarowania do tych sił, wobec których buntowałem się, nie potrafiłem odżegnać się od rozczarowania  tym, że znajdują się w nieprzerwanym ataku.

Opuszczała mnie pewność siebie, a w miejscu niewzruszonych przeświadczeń, pojawiły się zastrzeżenia i bojaźń. Bałem się mózgowej redukcji, bałem i opierałem się jej ostatkiem sił, bo nie zawsze zamiary odpowiadały efektom; jedna pomyłka, jeden pech, jakaś kompromitacja, wyolbrzymiały moje malkontenctwo, ożywiały następne potknięcia, blamaże, niepowodzenia, więc odczuwałem wstyd, a wstyd przekształcał się we wstręt.

Wstydziłem się niemocy własnego ciała i ubolewałem nad tym, czego dawniej nie dostrzegałem: martwiłem się zamieraniem swojej poprzedniej energii.
IV
Po pogrzebie Martusi, wylewały się ze mnie jakieś rozdarcia i zrzędzenia. Przedtem tłumiłem je w sobie, zagłuszałem, udawałem, że nawet jeśli są, to przecież nie mają na mnie istotnego wpływu. Ze smutkiem stwierdziłem jednak, że mają i że nie umiem się im przeciwstawić.

Byle szczegóły, lada jakie przywołania, zapomniane fragmenty scen z przeszłości, drobiazgi, niuanse, okruszki wydarzeń sprawiały, że przebywałem wewnątrz labiryntu.
Epizod gonił za epizodem, domagał się odrębnego potraktowania i już nie był prostym, strawnym, dającym się opowiedzieć, nazwać i ocenić dejavu, ale czymś nieokreślonym, skonstruowanym ze spiętrzonych, niewykonalnych zdań.
Epizody  i wiekopomne zdarzenia, tak wiele znaczące przed  postępującym i nieodwracalnym uaktywnieniem się mojej choroby, nie były 
u m a r z a n e  przez nią, lecz poddawały się jej degradacjom.

Wypiska

Ostatnio dokuczał mi ucisk w głowie, ciągłe, powolne rozsadzanie czaszki, które promieniowało na całą lewą stronę skroni, które sprawiało, że nie mogłem się na niczym skupić przez dłuższą chwilę.

Wspomnienia, w których zdawałem się tkwić, niby w rzeczywistym świecie, przenikały mnie. Zamroczony swoją świadomą nieświadomością, przebywałem w nich chętniej i częściej, aniżeli dotąd. 

Uważałem, że moje wizje i lęki są autentyczne i naturalne, można do nich przywyknąć, nie są sprzeczne ze sobą, a przeciwnie, uzupełniają mi szarą rzeczywistość. Miałem nadzieję, że to im właśnie zawdzięczam swoje lepsze życie: teraz i w przyszłości, której nie zamierzałem zmieniać. 

Potrafiłem orientować się w gąszczach swoich napadowych olśnień. Rozróżniałem je, klasyfikowałem, traktowałem z jednakową pieczołowitością. Nawet wykluczające się, rażąco odmienne, istniały we mnie na równych prawach. 

Przerzucałem się od jednego skojarzenia do drugiego, swobodnie przechodziłem pomiędzy swoimi urojeniami, omamami, iluzjami, jakby między nimi rozpościerał się jednokierunkowy pomost, kładka, której nikt oprócz mnie już nie mógł zobaczyć.
Twierdziłem, że wszystkie wspomnienia są bezwarunkowo konieczne, bo każde, rozbierane z osobna, stanowiło budulec następnego, początek lub zakończenie marzeń, nowego łańcucha myśli zawartej pomiędzy tym, co widoczne, a tym, co nierealne. 
Urojenia, omamy i iluzje, była to rzeczywistość, którą ceniłem i akceptowałem. Były wytworem znanego świata, w którym mogłem poruszać się bez ruchu, nie opuszczając łóżka, pokoju, wózka. 

Starczyło zamknąć oczy, wyciągnąć się w wannie lub na materacu, włączyć radio z organową muzyką wywołującą we mnie dreszcze, aby przenieść się w inne rejony, aby żyć  bez przeszkód i wykrętów, bez szukania zapomnień i usprawiedliwień, którymi w przeszłości zlepiałem, sztukowałem i łatałem swój żałosny los. 
Dowodziłem, że nie tylko materia nie znosi próżni. Utrzymywałem, że pustki nie tolerują również przeżycia. Jedne zastępują drugie: wymieniają się niezbędnością.
Zdarzenia, których nikt poza mną nie pojmował, zachodziły na siebie, nakładały się, występowały razem i równolegle.

Przeszłość i przyszłość była teraźniejszością, monolitem. Białe nie różniło się od czarnego, miłość od nienawiści, piękno od brzydoty, choroba od zdrowia.
Nie było różnicy, jakim się jest, ani przez jaki okres. Ludzie, zwierzęta, przedmioty, ulegały transformacjom, więc nie ma się czym przejmować, nie ma o co zabiegać: niezależnie od usiłowań, życie i tak wytnie swój żarcik.

Zdarzenia nie miały historii, bo wszystko się  łączyło ze sobą i nakładało na siebie, wszystko przebiegało w zawrotnym tempie, było czasem przeszłym chwilowym, działo się w przyspieszeniu, co wyglądało, jakby wahania, uskoki z wytyczonego kierunku, uczucia i wrażenia, stanęły nieruchomo, w jednym, rozedrganym i martwym punkcie.

Wszystko było dwuznaczne, ambiwalentne, zdarzało się w jednym czasie, lecz w różnych miejscach: dotyczyło tylko mnie, tylko moich spraw. Wydawało mi się, że każde zdanie ma swój nieodnaleziony sens i zmierza do wyjaśnienia, znajduje się na właściwym miejscu, potwierdza istnienie ukrytego przede mną, unikatowego celu życia.

Poprzednie przeszkody, hamujące i zawracające z drogi, przestały mnie prześladować, zarzucać stereotypowymi myślami.  Świat był mi podporządkowany, kręcił się zgodnie z moim nastrojem; szybko, gdy byłem wesoły, ociężale i po równi pochyłej, gdy byłem nie w sosie, uważny i nieufny.

Czułem, że nie ma dla mnie barier, wątpliwości, zastojów i sideł. Zdarzenia, których przedtem nie mogłem wyjaśnić, układały się teraz w jednolity system sprzężeń, przybierały prostą i oczywistą formę; zbudowane były z jasnych i zrozumiałych zdań, lecz zdania te w innych budziły paniczny lęk, napięcie, podczas gdy ja, na zewnątrz, prezentowałem wygładzoną z bólu twarz.

Przestraszony, zgłosiłem się na okresowe badania. Wyrok był druzgocący, zresztą nie spodziewałem się innego.  Poradzono mi, bym rzucił w diabły dotychczasowy tryb życia, oderwał się od bezpłciowych rozmyślań i zawitał do Zaplucia, do miejsca, które niegdyś cieszyło się  wątpliwą  sławą, a teraz stawiane jest z wzór. Tam odzyskam nadszarpnięte zdrowie. Więc pojechałem na miejsce. Właściwie nie tyle pojechałem, co mnie przywieziono. A jeszcze precyzyjniej: dostarczono.

Widok Domu w Zapluciu stawał się dla mnie czymś więcej, niż był w swojej prozaicznej wymowie, stawał się wypadkową wszystkich domów i szpitali, jakie znałem z opowiadań ludzi, z którymi się stykałem, stawał się stopem, konglomeratem pamięci, a zwłaszcza widokiem z odwiedzin u Martusi.

Zakwaterowano mnie w pokoju dwuosobowym, po B., którego spotkało wyróżnienie: przeniesiono go do pojedynki. Był wysokim, kostycznym staruszkiem w damskich pantoflach, inżynierem z zawodu, kierownikiem niejednej budowy zakończonej na czas.

Przebywał tu od dawna, od dawna też porzucił myśl, by wyjść stąd na dobre.

Zdawał się wiedzieć, że bez nieprzerwanej pomocy nie będzie mógł przeżyć resztki pozostałych dni.

Miał duszności, serce z migotaniem, popielatą twarz w pobrużdżonych plamach.

Spotykałem go w przelocie, na korytarzu, po kilka razy na dzień, a zwłaszcza wieczorem, po kolacji, przed świetlicą.

Odwiedzałem go często. Widywałem go codziennie. Widywałem go zazwyczaj w pozycji horyzontalnej, leżącego na własnoręcznie skonstruowanym tapczanie.

Wegetował w pieczarze usytuowanej naprzeciwko mojej, w jaskini wielkości trumny wyposażonej w przepych, w luksus niezbędny do utrzymania przy życiu nieboszczyka.

Od razu, następnego dnia, po śniadaniu, gdy rozchodziliśmy się z jadalni do sal, oznajmił, że jest samotnikiem. I dodał, że samotnikiem jest się z różnych powodów. Jedni zostają nimi, bo są opuszczeni przez przyjaciół i znajomych. Niekiedy, z przyczyn irytujących tak zwany ogół, zdarzają się samotnicy podnoszący swoją samotność do rangi cnoty, wywyższenia, do rozmydlonego i rzewnego przekonania o własnej mądrości.

Są najgorszymi ze wszystkich nieszczęśników,  lecz  jest ich niewielu. Sądzą, że są osamotnieni z własnego wyboru i do takich ośmielał się zaliczać, zanim doszedł do wniosku, że bzdurą jest szukanie usprawiedliwień dla własnej ignorancji. Gdyż krańcową ignorancją i jawnym nieporozumieniem było dla niego to, że nie udawało mu się racjonalnie wyjaśnić, dlaczego postąpił wbrew swoim zapatrywaniom, dlaczego zerwał kontakty ze swoim prawdziwym domem, dlaczego wkroczył w nieznane, obce, nieprzyjazne strefy, dlaczego rzuciło go akurat tu, do tego miejsca, jakby nie istniały inne, lepsze. Wszelako do powyższej konkluzji doszedł stanowczo za późno, nad czym do teraz ubolewa.

Szczególnie w momentach ogarniającej go prostracji, na przykład wtedy, gdy znajdzie się w pobliżu dawnego domu, albo gdy patrzy w cień zasłoniętych okien i zastanawia się, w którym momencie nastąpił ten jego zdumiewający i nieodwracalny krok, to jego porywcze i gruntowne spalenie za sobą mostów, to jego radykalne zerwanie więzi z tymi, za którymi coraz mocniej tęsknił.

W jego sanktuarium, przeważnie otwartym dla gości, zaraz za wiecznie uchylonymi drzwiami, znajdował się fotel, wyeksponowany, majestatyczny i niemal wygodny bujak, a obok stał wózek, beżowy postrach nieprzejezdnych szos.

Od kiedy zostaliśmy przyjaciółmi, jego ulubiony rozrywką było podróżowanie. Chodził jeszcze, lecz jedynie na krótkich odcinkach, jedynie przy łóżku.

Za młodu poruszał się automatycznie, ignorując przeszkody, których nie zauważał, które z łatwością omijał, których istnienie dostrzegł dopiero wtedy, gdy nasiliła się jego niemoc, gdy coraz częściej zdarzało mu się iść krokiem niezdecydowanym, przypominającym swingujący chód kraba w mazi.

W tym czasie drażnił go każdy nowy szczegół, wyprowadzała go z równowagi każda zmiana, na lepsze, na gorsze, bez różnicy. Nawet metalowe poręcze na tarasie, nawet rześka wykładzina zakrywająca zmurszałe klepisko, budziły jego sprzeciw. W tym czasie odmawiał wszelkich wizyt. 

Pielęgniarki, obdarzające go grzeczną pobłażliwością, nie mogły wejść do jego pokoju. Odporny na kobiecą zalotność, nie pozwalał im na psychiczną konfidencję. Odrzucał najmniejszy jej przejaw; nie chciał uczestniczyć w zbiorowym życiu. Pragnął odpocząć. 

Widział w kobietach to, kim były dla niego, a nie to, kim były dla zdrowych. Dostrzegał w nich własną znikomość. Myślał, że je zna, rozumie, jak gdyby był podobny do nich.

Kiedy miał 16 lat, zachorował. Z tamtych przebłysków, mgliście pamiętał strzępy dzieciństwa, swawolne lata uganiania się po lesie. Na zawsze był skazany  na powtarzalność tych samych urodzin, na spoglądanie w cień smukłych dziewczyn, zgrabnie umykających przed ulewą, chroniących się pod kasztanem o zapachu podróży. 

Powiedział mi z rozdrażnieniem, że już nie  pamięta, co to znaczy być zdrowym. Obawia się, że gdyby nagle powrócił do wcześniejszej formy, już nie potrafiłby wieść życia bez klosza, bez pępowiny. Jest podobny do więźnia, który większą część życia spędził w celi, a po wyjściu na wolność, nie umie się odnaleźć poza nią  i wraca za kraty, gdyż tylko za nimi czuje się bezpieczny.

Żył za pomocą wspomnień i snów, żył otoczony sentymentami, które w nim ciągle tkwiły, pozwalał sobie trwać w nich nie pragnąc niczego, niczego się już nie spodziewając oprócz nadejścia pustki. Jego niewygórowanymi przyjemnościami zajmowali się inni, bardziej zdrowi. 

Większą część życia spędził jeżdżąc, jak ja, po szpitalach i sanatoriach, a jego młodość ograniczyła się do przelotnych nibyprzyjaźni.

Całymi dniami siedział na swoim wózku i zatopiwszy nieruchomy wzrok w pryszczach sufitu, sprawiał wrażenie zamyślonego. Resztę załatwiał dom.

Załatwiał spanie i kaczora, choć kaczora - niechętnie; salowe wychodziły z założenia, że powinno się tu chorować na porządne cierpienie, a nie na trywialne kłopoty z pęcherzem, więc kto ośmielił się kwękać nie na temat, ponosił winę sam.

Nawet oddziałowa myślała podobnie. Z musu otwierała magazyn z zapasową pościelą. Jeżeli kto zmoczył się w poniedziałek, leżał w szczynach do kąpieli w piątek, toteż gdy zdarzało mu się nie zdążyć, na próżno wrzeszczał o pomoc, a zapocone salowe uważały, że jest złośliwy.

Usiłował wierzyć w bliską odmianę swojego losu, w to, że się wywinie nadchodzącej śmierci, śmierci, którą już wokół siebie wyczuwał, która do niego szła, skradała się bezustannie, zbliżała się do niego w uczuciach rozbabranych lat, jesieni i zim spędzonych na pogoniach za przeszłością, za zabłąkanym sobą, oszalałym na myśl, że to, czym żył, nagle utraciło znaczenie, przeszło, rozprysło się niczym bąbel piany.

Wszystko, co nowe, stawało się dla niego ponadczasowe, głosiło upadek i rozkład wyznawanych hierarchii, stawało się cezurą, rozgraniczeniem przeszłości od przyszłości, wszechprzepustką  w nadchodzące wszechżycie.

I chociaż nowe życie, jak nowe gadżety, było w nim nadal katalogiem  popełnionych  błędów, rejestrem powtarzania starych wad, zachowywał się wśród nich tak, jakby nie istniały; utrzymywał się w miłym przekonaniu, że z chwilą wkroczenia w lepsze, będzie samorzutnie lepszy, roztaczający swoje czary, swoją wiarę w Jutro, w Miłość, która, jak moja, skończyła się, nim nastała, której nigdy nie doznał.

Zdawał sobie sprawę ze swoich dni, lat, jakie czekały na niego w długotrwałym zaciszu majaków.

Skulony, prawie przygięty do ziemi, łowił szmery zdań i słów, które go osaczały. Zaklinał je, dostrzegał ich cienie, cienie, które zmieniały się w łagodną ciemność, w noc pełną upiorów.

Upiory kołysały jego łóżkiem, wyłaziły ze szczelin podłogi i, pąsowe ze zgrozy, podpełzały mu do gardła.

Zawiedziony i nieobecny, nie mógł zdobyć się na samokrytyczne spojrzenia; już nie mógł sobie z nimi poradzić.

Teraz, gdy minął w nim darowany okres względnej niezależności, a nadeszła tęsknota do prawdziwej przyjaźni, przyjaźń stała się jego obsesją. Przyjaźń, romantyczna i złożona z westchnień do ideału, zaczęła go prześladować; im większy był jej płomień, tym więcej w nim pustoszył.

Chodziliśmy na manualną terapię. Kiedy zjawiałem się w zajęciowej pracowni, B. już w niej był, już siedział na wózku, siedział z dłutem w ręku, żłobiąc swoje misterne cudeńka, inkrustowane, wysmukłe i aksamitne, zastygły, z kredowa twarzą i rozhuśtanym sercem, z krótkim oddechem, oparty czołem o parapet okna, z którego mogliśmy dostrzec przemykające tramwaje, a między drzewami, wysiadających na przystanku.

Zamyślony, ponury, wyrzynał je machinalnie, intuicyjnie, z ułomków drewienek, gałęzi, czasem pni.

Z żarłocznym entuzjazmem, poniekąd bagatelizując moją obecność, walcząc z opornym tworzywem, komponował te swoje DROBIAŻDŹKI, poprawiał je, ulepszał, wlewał w nie wszystkie udręczone zniecierpliwienia, wszystkie ekscytacje nie pozwalające mu nakierować myśli na inny tor, a zawiedziony osiągniętym rezultatem, traktował powstające, pokracznie chude świątki, maski, niby afrykańskie, niby polinezyjskie, jako odległe i nijakie zapowiedzi oczekiwanego rezultatu.

Lecz kiedy zbliżał się do ich ukończenia, mówił o nich z lekceważeniem, z przekąsem, w niedbałej manierze, jak gdyby nie chciał przywiązywać się do czegoś, czym i tak nie będzie cieszył się dłużej.

Rozkładał zawartość skrzynki z dłutami, wyjmował z szafki klocek  drewna, pochylał się nad stołem, przekrzywiał głowę wypatrując idealnego wyglądu przyszłej rzeźby, długo i nieruchomo siedział obserwując park za oknem, a w przerwach między napadami kaszlu, gdy już go przezwyciężył, wbijał we mnie spojrzenie, sprawdzając, czy i ja widzę to samo, co on i było to spojrzenie tak wypatrujące aprobaty, że zlekceważyć je, byłoby nietaktem.

Na wszelki wypadek robiłem  niewyraźne, niezobowiązujące gesty, bo gotów byłem przyznać mu rację, gotów byłem zgodzić się, że jego dzieło jest dobre, ponieważ pragnąłem zachęcić go do dalszej pracy, ponieważ wiedziałem, ile w nią wkłada nadziei i jak bardzo brakuje mu odwagi.

A gdy już myślałem o rozpoczęciu serdecznej, odprężającej  rozmowy z nim, poważniał znienacka i chrząkając, zabierał się za ociosywanie następnej kłody, jak gdyby nie zależało mu na mojej ocenie. Wtedy, obrażony, odgradzałem się od niego, zamykałem się na zewnętrzne odgłosy niechcianego świata i pozwalałem sobie szybować po przypomnieniach.

Do teczek i skoroszytów chowałem swoje papiery i samouczki, by skończyć z udawaniem człowieka bez przerwy i bez opamiętania zajętego pracą, by nareszcie zanurzyć się w czymś ciekawszym, pożyteczniejszym, w czymś, co by mi pozwoliło odzyskać spokój.

Latem umawialiśmy się w pobliskim, niewielkim, przylegającym do domu parku. W rzeczywistości nie był to park. Był to skwerek przebrany za ogród. Kiedy mało kto poruszał się po nim bez pośpiechu, bo większość personelu traktowała go jako skrót do pracy, kiedy na jego ławeczkach  siedzieliśmy  zapatrzeni w niebo, byliśmy zasłuchani w swoje opowiadania.

Lecz ich znaczenia nie były tymi znaczeniami, co po latach, gdy po skwerku lub ogrodzie, zaginął dla mnie wszelki ślad.

Wtedy mówiliśmy byle jak i byle co.

Siedzieliśmy w ogrodzie i nie interesowały nas  ziemskie światy odwiecznych pomyłek, nie podniecały odejścia od wiary w lepsze dni, oscylowania wśród pojęć prostych i słusznych jednocześnie.

Albo mieliśmy bezsenną randkę na tarasie. Taras, położony wysoko, ludny ciepłem końca wieczoru, nakazywał nam spoglądać w czarny dół. Ciemność, gdzieniegdzie rozjarzona lampami pobliskiego parku, wyda­wała się tajemnicza.

Prowadziliśmy marudne i bezcelowe monologi z niewidzialnymi słucha­czami, których obecność potwierdzała się jego woła­niem w rozgwieżdżoną noc, potwierdzała się jego tachykardycznymi skokami ciśnienia, naszym nieuchwytnym tętnem odsłuchiwanym w ciszy, a ciemność nie zezwalała nam na racjonalne myślenie.

Milcząc, ograniczaliśmy się do sygnalizowania rozpierającego nas nastroju tylko w ten sposób, że niekiedy albo mój, albo jego ogienek papierosa nieśmiało wędrował w tę stronę, w której przebywała nasza fascynacja, wędrował wskazując odległą, mroźną  galaktykę mknącą w  przestrzeni.

Bo choć wiedzieliśmy, że jako krewni przez doświadczenie, powinniśmy trzymać się razem, robić dobrą minę do złej gry, dobrodusznie i bez szemrania godzić się ze swoim obecnym położeniem, że musimy dzielnie udawać, że życie jest ciągle przed nami, to „podskórnie" byliśmy przekonani, że nasze  problemy, wspomnienia i odczucia, różnią się między sobą nie tak bardzo.

Co prawda  bywaliśmy w różnorodnych stronach, co prawda znajdowaliśmy się w trakcie gorączkowego nie myślenia o swoim najbliższym kiedyś i braliśmy udział w odmiennych sytuacjach, a nasze rozmowy zakreślały nam tory i prostowały ścieżki nie tak, jak chcieliśmy, to obecnie, gdy, byliśmy zgorzkniali, rozumieliśmy, że skazani jesteśmy na siebie, ponieważ nikt z personelu nie jest w stanie pojąć nas całkowicie.

Rozumieliśmy, że zatrudnieni tu, wrażliwi opiekunowie, przypadkowi fachowcy od miłosierdzia, znają nas pobieżnie, że, wynajmowani do odfajkowania pomocy, znają nie tyle nas, co nasze  futerały, że posiadają o nas teoretyczną, zasłyszaną wiedzę świętych lepiących przypadkowe garnki. 

Mimo to wydawało się, tak mnie, jak i B., że niekiedy mamy z nimi realny kontakt, że choć do teraz oślepia nas urojony blask niedzisiejszych wrażeń i zanurzamy się w inwazji odzyskanych barw, to  nadal jesteśmy dla nich ludźmi. A gdy uzmysławialiśmy sobie, jak niewielkie i w gruncie rzeczy jak niezauważalne są nasze problemy oglądane z tej galaktycznej perspektywy, uśmiechaliśmy się.

Wspominam B., a powinienem zapomnieć o nim. Drażnił mnie, bo między nami były dosyć istotne różnice. Przebiegały jak podskórne linie demarkacyjne. 

Drażnił mnie, bo choć znał swój wyrok i godził się z myślą, że czeka go powtarzalność tych samych opatrun­ków, systematyczne zakładanie przylepców i robienie tych samych toalet, niezmienna i bezowocna staranność o postępujący brak zdrowia, bo choć czekały go rozczarowania związane z nadciągającymi ograniczeniami, czekały go utrapienia, na których przebieg nie potrafi wpłynąć, może tylko się im bezradnie przyglądać, patrzeć, jak się rozwijają, jak, niszcząc go,  zmuszają do rezygnowania z marzeń, bo choć razem z przybliżaniem się negatywnych, nasilających się objawów niemocy, pytał mnie, czym jest szczęście, jakby łudził się jeszcze, iż to, co mu zagraża, jest odwracalne, przejściowe i wkrótce minie, pytanie to było niemożliwe do udzielenia jednoznacznej odpowiedzi.

A gdy czuliśmy w sobie nadciągającą chandrę, jedynym przed nią ocaleniem było zwiedzanie odległych epok, wkraczanie w egzotyczne okresy minionych przeżyć.

Wspominam go, gdy skrzywiony, pomału,  lecz wytrwale sunie korytarzem, jak wyjeżdża ze mną na późne wyprawy, najczęściej do Miasta, bo mieliśmy ochotę uciec stąd, prze­nieść się tam, skąd wiało ciszą, skąd nie było powrotu, więc zapuszcza­liśmy się w uliczki gazowych latarni, a nasz poradlony wzrok wydobywał z mroku zrujnowane frag­menty mu­rów i wnętrza zaułków, budynki, wśród których goniliśmy umykające lata.

W tym czasie ulice te były dla nas szerokimi, przelotowymi arteriami stra­chu. Jechaliśmy obok nieznanych domów, kręciliśmy korbami swoich wózków bez pośpiechu, ciesząc się kolorowymi odsłonami przemykających obrazów.

W trakcie podróży, w nagłych podmuchach entuzjazmu, oślepiały nas te same, a mimo to odmienne, jasne strony mrocznych spraw, spraw jeszcze nie przetrawionych, lecz już za nas rozstrzygniętych, wynurzających się z niespokojnych skojarzeń i reminiscencji, objawiających się w geście poruszenia głowy, w spojrzeniu wstecznego lusterka, w panicznej ucieczce od zmartwień.

W zachmurzonym słońcu dostrzegałem niegdysiejszy urok jednorodzinnych domków i działkowych ogródków. Po zaroślach, pełnych odpadów po rdzewiejącej przeszłości, brykało zepsute powietrze.

Za nami zostawały ruiny kamieniczek, a przed nami otwierały się widoki na bezkresne, płaskie przestrzenie urozmaicone chatynkami, odgłosem kur i szlifowania kos, urozmaicone podwórkami ukrytymi za płotem.

W dali czerniał las, do którego pro­wadziła  pustka i wtedy poznawaliśmy, że świat, który zginął w nas, zanim zdążyliśmy spostrzec jego piękno, przemienił się, rozwarstwił, wypogodził barwami jak tęcza.

Był odmienny od dotychczasowego, wyblakłego i zamazanego, był miejscem oddalonym od wygodnego życia, miejscem, w którym nie musieliśmy bronić się przed własną ułomnością, w którym nikomu nie musieliśmy kłaniać się w pas i na wszelki wypadek, w którym nie byliśmy sami, choć nikogo przy nas nie było.

I podczas gdy on jechał dalej, gdy donośnie wołał, kiedy go za bardzo wyprzedziłem, kiedy nie mógł mnie dojrzeć, zorientować się, gdzie się podziałem, skoro mnie nareszcie zobaczył i z trudem dogonił, wydawał tryumfalny okrzyk. Toteż zatrzymywaliśmy się na skraju szosy, on, zadyszany i z potarganymi włosami, ja, rozluźniony i skłonny do przemawiania.

Z radosnym znużeniem, rozglądając się po nieznanej okolicy, rozmawiając, odważaliśmy się na żarliwe zachwyty pod adresem natury, przekrzykiwaliśmy się informacjami o swoich spostrzeżeniach, odkryciach, nieporadnych, uciętych w połowie.

Mówiliśmy wtedy jeden przez drugiego, usiłując zdążyć przed sobą, mówiliśmy raz w te pędy, chaotycznie i obszernie, wdając się w błahostki i dygresje, innym razem flegmatycznie, z żółwimi przerwami na zejście z obłoków, jak gdyby wydłużały się lub kurczyły rzeczy do natychmiastowego obgadania, przemyślenia, czy wyparcia ze świadomości, bo wiedzieliśmy, że wyczerpani wędrówką po marzeniach, spłoszeni, burkliwi, zagubieni w nadmiarach sprzecznych emocji, z uczuciem niedosytu, pokornie, z podkuloną ambicją, wrócimy na kolację.

Wówczas milkliśmy, bo zaczęło rodzić się w nas przekonanie, że dopada nas, zbliża się pora nieuchronnego dostawania lekarstw, nadciąga czas rozdrażnionych spa­cerów od drzwi do drzwi, słuchania odgłosów docierających zza ścian.

W takich momentach liczyło się dla nas tylko to, że możemy jeszcze tutaj być, być w orzeźwiającym półzmierzchu, ostrożnie, kurczowo, niemal uniżenie, chłonąc wilgotną dal.

Towarzyszył nam jednakowy nastrój porażek, falstartów, nieodwołalnych rozstrzygnięć, wracaliśmy więc potwierdzając utratę jakiejkolwiek nadziei.

W takich momentach pojmowaliśmy, że ponownie spadną na nas odstręczające nastroje, krótkie żale zakończone wielogodzinnym smutkiem, chwile zastanawiania się nad swoim zbędnym życiem, pojmowaliśmy, że rozpoczną się w nas łańcuchowe reakcje, powrócą samobójcze nastroje, które będą w nas lawinowo rosły, rosły tak, że już wkrótce nasze choroby zaczną się rozwijać i  nabiorą niepowstrzymanego rozpędu.

I zorientowaliśmy się, że już nie będzie jak dawniej, że już nie umiemy reagować bez impulsywnych gestów, że nie potrafimy wyrzec się głośnych sprzeczek o faramuszki, wyrzec się sprzeczek zastępujących nam dręczące przekonania o nadciągającej ułomności.

Pocieszaliśmy się jednak, że mimowolnym dobrodziejstwem uwiądu, jest fakt, że zniewolony nim człowiek, nie wie, co stracił. Ma za normalny stan, w którym się znajduje. Natomiast to, co było za czasów jego sprawnego życia, traktuje jak wymysły, androny, uproszczenia.

Toteż coraz posępniej znosiliśmy myśl, że niczego już nie dokonamy, w niczym nie będziemy uczestniczyć, a o cudzych przygodach słyszeć będziemy jak przez watę. 

Więc ujrzeliśmy przed sobą wszystkie swoje lęki, wszystkie swoje zagrożenia, które nigdy dotąd nie były aż tak jednorodne, które przedtem były wieloznaczne, nie odzwierciedlały jednego rzutu, jednego urazu, ale były ich sumą, kwintesencją, zestawieniem tych, co już się wydarzyły i tych, co dopiero nastąpią.

Ważne było to, że na szczęście nikt jeszcze nie musi nas podtrzymywać, ważne było tylko to, bo ogarniała nas rozpacz i obejmował smutek, bo na widnokręgu majaczyła złowieszcza, ropiejąca syl­weta Domu.

ZRYW

Inaczej, aniżeli pierwszego dnia, reagowałem na ludzi stąd. Już nie peszyli mnie, już byłem z nimi po imieniu, rozróżniałem ich, rozmawiałem z nimi, jakby należeli do moich bliskich, jakby moją powinnością było wnikanie w ich problemy.
W tej roli, w której nikt dotąd nie widział mnie, w tym koncyliacyjnym usposobieniu, mogłem wykazać się niepospolicie dyplomatycznymi talentami. Widziałem teraz ich przeszłość, a pod znoszonymi twarzami znajdowałem twarze moich ciotek i wujów.

Teren Domu, jego pokoje, tarasy i park, nabierały innego wydźwięku. Pośród zrezygnowanych, powleczonych rzęsą starców, coraz częściej znajdowałem słońce i otuchę, a w ich eremach dostrzec mogłem Martusię.

Dni, miesiące i tygodnie sprawiły, że ludzie, których spotykałem w swoich wojażach po Domu, po tym kurniku na człowieczej nóżce, zaczęli mnie zauważać, dopytywać, jak spałem, czego sobie winszuję. Interesowali się, co porabiam, co mi się przydarza, gdy nie mogę zasnąć. W ich pytaniach zawarta była ochota usłyszenia mojej odpowiedzi.

Przedtem nikomu nie zależało na nich. Mogłem rzec byle co, że jest mi super lub że jest mi do chrzanu. Reakcje były podobne: jednakowo chłodne, wyrażające boleściwe, obojętne zainteresowanie. Toteż zamiast odpowiedzi, zacząłem ich odwiedzać.
Z  ryzykowną odwagą byłem co chwilę gdzie indziej, to w parku, to w dyżurce, to w pracowni, by chłonąć i doświadczać, by niczego, co się działo lub co miało nastąpić, nie opuścić, nie uronić, nie przegapić, nie zostawić bez konkluzji, bez swoistego wniosku na pochmurne jutro, by nie zapomnieć najmniejszego wrażenia, by, póki mogę, póki nie zatrą się w mojej pamięci, być wszędzie od razu, by poruszać się, jeździć, przemieszczać się na swoim rydwanie jak żywe srebro, by łapać i gromadzić, zbierać na zapas te doznania, którymi zapełnię pozostałe, odleżynowe godziny.

Trafiałem do dyżurki, by się czegoś dowiedzieć, usłyszeć o czymś nowym, zobaczyć kogoś dopiero przyjętego.

Z dnia w dzień i noc po nocy, odkrywałem nieznane wrażenia, a wrażenia te, pozostające dotąd w ukryciu i niedopowiedzeniu, wrażenia, których, zanim tu się znalazłem, nie podejrzewałem w sobie, teraz, po miesiącach przechodzących w lata, rozrastały się.

Każde z nich miało indywidualną tonację, kryło inny, odrębny sens, odznaczało się innym składem, wjeżdżałem więc i wyjeżdżałem, zjawiałem się i wybywałem z miejsc, gdzie moje wizyty należały do zaskoczeń.  

Zbierałem pochwały od bossowego personelu. Dopatrywano się we mnie nawyków do okazywania rozsądku. Byłem świadkiem nowych zdarzeń, uczyłem się nowych spojrzeń, normalnych interpretacji rzeczy i zjawisk omijanych kiedyś, a teraz - oglądanych z chęcią.

Przestałem być zgorzknialcem przybierającym namaszczone miny. Zacząłem widzieć LUDZI, zacząłem widzieć w ich twarzach i sylwetkach osoby wydobywające się z nieokreśloności. Przestałem upajać się tym, że ich znam, że o nich wszystko wiem. Nie rościłem już pretensji do oglądania ich przez lupę, pod mikroskopem, do oceniania ich za pośrednictwem rozbitego szkiełka i apodyktycznego oka, do patrzenia na nich, jak na jak na wyimki, jak na przypadki.

AWANS

Pogorszyło mi się i w dowód uznania przeniesiono mnie, razem z całym majdanem, z ubraniami, bielizną, książkami, zeszytami, notatkami bez wartości, z radiem i telewizorem wykłóconym od Bossa.

Przeniesiono mnie do męskiej części oddziału dla neurologicznych, tam, gdzie stała prycza, gdzie  znajdowały się  wieloosobowe, okratowane pokoje, tam, gdzie nareszcie odnalazłem B., który, parę wiosen temu, gdy byliśmy na tarasie, stwierdził, że już mu się nie chce, nic go już nie ciekawi, poddaje się, wypisuje z nadziei,  bo wszystko za długo trwa, bo może mi powiedzieć, że choroba w nim narasta, że w miarę postępu ograniczeń - anektuje coraz to nowsze rejony, a świat stoi w miejscu.


Po tym wyznaniu już go nie widziałem. Nie widziałem go ani podczas śniadania, ani w pracowni. Jego pokój był niedostępny i nikt nie umiał wyjaśnić, dlaczego.

Dopiero od B. dowiedziałem się, że lekarz, któremu bezsensownie zwierzył się ze swoich objawów, był nieugięty, zasłonił się regulaminem, powiedział, że kto nie potrafi być samodzielny na tyle, by żyć w jedynce, musi znaleźć się pięterko w górę i po przebadaniu B., oznajmił Bossowi, co następuje: odnośny pensjonariusz  powinien zamieszkać na neurologii.

A trafić na neurologię oznaczało, że nadciąga finał. Trafienia na neurologię bano się więcej, niż kostnicy, bo na neurologii dogorywało się z trudem. Lecz nazwanie tego oddziału - neurologią, było nadużyciem, było uproszczeniem kogoś, kto znał szpital wyłącznie ze słyszenia.

Przede wszystkim autentyczna neurologia jest oddziałem przyjaznym. Można się poruszać swobodnie i nie ma drzwi otwartych tylko dla drużyny w bieli. Tu zaś pomieszczenia były zamknięte.

Nie wolno było pojawiać się nikomu z zewnątrz. Także  ludziom z niższych pięter. O tym, co się tu działo i kto tu się znajdował, nie wolno było rozpuszczać języka. Personel otrzymał pozwolenie na brak udzielania informacji.

Człowiek z pierwszego, na drugim piętrze przestawał istnieć, przestawał nim być, rozpływał się w tajemniczych pogłoskach. Nie miał praw poza prawem do rozkładu.
B. otrzymał skierowanie do życia  na drugiej kondygnacji, dostał glejt umożliwiający mu dołączenie do ludzi obłożnie chorych, dokument umożliwiający mu karne przebywanie na oddziale dla upierdliwych.

Komando, zakład w zakładzie, pomieszczenie do prowadzenia reedukacyjnych  warsztatów, obojętnie, jakim epitetem zostanie obdarzony ten wewnętrzny oddział, faktem jest, że nie stosowano w nim żadnych znanych i sprawdzonych metod naprawy urządzeń nazwanych ludźmi.

Były to zazwyczaj metody piorunujące, radykalne, techniki oparte na pedagogicznych fantazjach, metody destrukcyjne, przynoszące ten skutek, że ludzie nim poddawani, zapadali w jeszcze większe odrętwienie, w stupor gwarantujący personelowi upojny brak alarmów, dzwonków sygnalizacyjnych  zanieczyszczających spokój panujący w pielęgniarskiej stróżówce, w budzie warującej na skrzyżowaniu korytarzy, w czujnej szczęce z graczami w tysiąca.

Jeśli na dole, gdzie przydarzały się nieoczekiwane wizyty, starano się zachować pozory opieki, to tu, na piętrze wzbronionych odwiedzin, nie krępowano się.
Nie leczono, nie podtrzymywano, wychodzono z założenia, że po co umarłym bulion.
Pozostawiano ich samopas. Pokoje były  zachwaszczone starcami bezskutecznie domagającymi się troskliwości, starcami o nieostrej płci, starcami, którzy tkwili w egzotycznym świecie przeszłych lat.

Traktowani z demonstracyjnym dystansem, kończyli tutaj swój bieg i doczekiwali biologicznego przeznaczenia, doczekiwali się żałobnych wieńców i pogrzebowych sloganów.
Śmierć, o której nie mówiło się tu na  głos, która jednak była ich wiernym cieniem, należała do krainy przemilczeń, do krainy tabu.

Łudzili się, że jest związana z innymi, spotka innych, że oni są nieśmiertelni, że mają koncesję na wieczność, trwałość i niezmienność, że to, co nazywa się tu umieraniem i przechodzeniem do niebytu, ich nie dotyczy.

Obrazy Martusi rozwiewały się, bladły, zanikały przetwarzając się w inne, powstające na ich miejscach. Coraz częściej przestawałem o nich pamiętać, co nie było dla mnie zaskoczeniem, co było prawidłowością, czymś do pojęcia, jak koniec jednego etapu i następujący po nim - początek drugiego.

Nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że moja choroba jest jak nagroda za życie przychodząca na łożu śmierci, że jest jak książka, która w śmiałości pierwotnego założenia miała być zbiorem nieskomplikowanych zapisów, a pod wpływem natręctwa przemyśleń i zbędnych ulepszeń przeradza się w zbiór frazesów i katalog złożony z poniechanych ambicji, że jest jak drobny zator krwi, który pod wpływem niepotrzebnych, a częstych eksperymentów i płodozmianu lekarstw, zamiast cofnąć się, rozpuścić i zniknąć bez śladu, ma swoje podskórne reperkusje, wstrząsy i utajoną aktywność, swoje nawroty, cykle i przesilenia, wiry i narastania wykrzywiające twarz, swoje zwiastuny i epilogi.

Czasami wygląda niewinnie, jak przejściowy katar, którym nie warto się martwić, jak chrypka tłumaczona przeciągiem. Ale niby rozdział książki, który miał być jej zwieńczeniem, a nieoczekiwanie przeradza się w jej ciąg dalszy i okazuje się, że pointa będzie w odcinkach, że to, co miała do powiedzenia, było zaledwie wstępem, próbą pióra, szkicem, że dopiero od tego momentu zaczyna się właściwa, że zostanie poszerzona o nowe wątki, wzbogacona o nowe odczytania i oświetlenia, tak chrypka lub katar, są forpocztą grypy z powikłaniami: wieszczą zapalenie płuc lub wadę serca.

Jeżeli trwa krótko, nie należy zastanawiać się nad nią. Ale gdy jest przewlekła, a jej  prognozy nie są zachęcające, stwierdzam ze zdumieniem, że trwa dłużej niż okres, gdy byłem zdrowy, a ze stwierdzenia tego wynika, że stan, w jakim znajduję się teraz, jest dla mnie naturalniejszy od tego, w jakim znajdowałem się przedtem, stwierdzam więc, że można się do niego przyzwyczaić, jest bowiem częścią mnie i po dłuższym negowaniu choroby, nadchodzi moment szczerości wobec siebie i roli granej wobec świata, nadchodzi - zgoda na przemijanie.

KONIEC

Marek Jastrząb