Od redakcji: Prezentujemy opowiadanie Marianny Dembińskiej pisane w odcinakach. Autorka, jak sama mówi, pisze 2-3 odcinki na tydzień i sama nie wie, jak i kiedy się tekst zakończy. Obecnie zamieszczamy pierwsze 13 odcinków. Kolejne powstaną wkrótce.
Marianna Dembińska jest pisarką i dramaturgiem. Mieszka stale we Włoszech.
Miłe złego początki, ... a koniec jeszcze milszy (mam nadzieję!)

Odc1

Od czego by tu zacząć, żeby było logicznie...? Wiem!

Od - „mam taką koleżankę...".

Więc mam koleżankę, Anię. Świetna dziewczyna, zabawna, miła i do tego blondynka.

Co jakiś czas dzwoni do mnie po "kardiologiczne" (czytaj: sercowe) porady, choć ja w tych sprawach autorytetem nie jestem. Pewnie właśnie dlatego dzwoni. Ostatni raz wczoraj. Z poważnym pytaniem, na które trudno mi było odpowiedzieć, bo szczera odpowiedź boli, a ona nic złego mi nie zrobiła, wiec niech rozwija skrzydła, a jak będzie trzeba, to ja kiedyś będę „zbierać" po raz kolejny.

Pytanie brzmiało: „Czy Twoim (czyli moim) zdaniem, jak przyjaźń przekształca się w coś więcej, to zawsze muszą z tego być problemy?"

No i taka prosta sprawa zapędziła mnie w kozi róg. Szybko zaczęłam się zastanawiać, o kim może mówić. Bo świadomość o kogo chodzi mogłaby mi pomoc. Odrzuciłam kilku wspólnych znajomych, bo na kandydatów na "coś więcej" jakoś mi nie pasowali. Cóż odpowiedzieć? Jasne, że tak. Jeżeli związek się rozpadnie, albo gorzej jeszcze, w ogóle "nie wypali", to trudno wróci do stanu poprzedniego, ale jak koleżanka pyta o to, wzdychając do telefonu, a dwie godziny później w kawiarni odpala sobie papierosa z drugiej strony, no to nic tylko zaprzeczać! W imię rozwijającego się "czegoś".

Kandydatem okazał się mężczyzna, którego jako pierwszego wrzuciłam na listę - "To nie może być on". Ach, ta regularnie zawodząca mnie kobieca intuicja!

"ON" jest życiowym szczęściarzem z przypadku i kobieciarzem z wyboru. Taki typ. Wiesz dokładnie, iż spotkanie z nim to początek problemów, ale łudzisz się, że to ty będziesz "TĄ" kobietą. Wiec ona jest na etapie łudzenia się.

Łączy ich wiele. On uważa, że kobiety są stworzone do siedzenia w domu, ona dokładnie to samo myśli o mężczyznach (mieli sporo wieków, by pokazać co potrafią ...no i pokazali....), on słucha Myslovitz i Stinga, ona Ramazzotti´ego i piosenek z Grease. On "nie zwraca uwagi na wygląd", ale każdej koleżance wytyka przybrany kilogram, i doradza odchudzenie ud, ona  na wygląd zwraca dużą uwagę, ale to, że on jak nie znajdzie pary skarpetek zakłada dwie różne (w różnych kolorach!) wcale jej nie przeszkadza. On myśli o swojej karierze, ona też - o własnej. Konflikt interesów gwarantowany. Jak się "zejdą i rozejdą", to będzie niezły cyrk - szczególnie dla nas, wspólnych znajomych, jednak jest nadzieja. On na pytanie - "Czy będziesz o mnie myślał?" podobno się uśmiechnął. Podobnie zareagował na pytanie - "Czy będziesz za mną tęsknił?" - a to już przecież coś znaczy, prawda? A poważnie mówiąc, on przedstawił ją swej rodzinę i nawet objął ją przy swym ojcu. A to, w przypadku czterdziestoparolatka "po przejściach", to już naprawdę o czymś świadczy. Myślę, że świadczy. Mam nadzieję, że świadczy. Mając już te "niezbite dowody" uspokajałam ją, że na pewno będzie dobrze i że nawet gdyby coś im nie wyszło - a wyjdzie na pewno(!), to katastrofy z tym związanej na horyzoncie nie widzę. Czy malutkie kłamstewko w dobrej wierze jest czymś złym? Dzisiaj widziałam ich razem. Niby niewiele ich łączy, ale "cielęcy wzrok" a nie słowa, zdradzą nawet najtwardszego mężczyznę. Oj wpadłeś chłopie! Po uszy wpadłeś!


Oberwało mi się trochę za poprzedni tekst. Ania miała, co prawda pewne wątpliwości, czy to o niej, natomiast  Krzysiek połapał się od razu. Najbardziej oburzony był o "cielęce oczy". Walił w pierś i zaprzeczał. No dobrze, niech mu tam. Rozmarzony wzrok. Lepiej?

Wyjaśnić należy, że pomiędzy nimi teoretycznie rzecz biorąc nie ma żadnej historii. Zmiana ich stosunków polega na tym, że zamiast słyszeć się raz na tydzień czy dwa (Ania wyjechała służbowo na miesiąc, więc nie mogą się spotykać), piszą do siebie bądź dzwonią codziennie. No i jeszcze jedno - wszystko zaczęło się od tego, że ON, spacerując z nią po ulicy, jak gdyby nigdy nic chwycił ją za rękę(!). Ania później opowiadała mi, że była totalnie zaskoczona. Spacerowali razem ulicą nie raz, ale bez żadnych czułości. Później ON pewnie, aby zmącić pokój duszy, powiedział jej kilka niezwykle miłych i jeszcze bardziej zaskakujących rzeczy i te właśnie jego słowa sprawiły, że obudziło się w niej "coś".

Wcześniej ona myślała o Krzychu jako o kumplu, tylko i wyłącznie (słowo harcerza).
Już po iluś kolacjach, przedstawieniu jej swojej rodzinie (nie całej rzecz jasna) "On" zaczął sobie dokazywać, pisząc do niej per "Ty głupolu piłkarski", no i jak byli razem na zakupach, mówił do niej "Matka", a przecież trzeba być w pewnym stopniu jakby to określić....spoufalonym, by tak powiedzieć! Wygląda to tak, że on zachowuje się jak kumpel, mówi jak kumpel, dzwoni jak kumpel, a nagle wyskakuje z jakimś zdaniem, że ojej.

Najczęściej jednak On mówi do niej tak, by jak najmniej powiedzieć. Więc ona, biedna, nie ma innego wyjścia, jak tylko interpretować jego słowa i szukać wszelkich znaków na niebie i na ziemi, by cokolwiek z tej enigmy zrozumieć. A w tym, jak każda blondynka, jest mistrzynią. A ja? Jeżeli do tej pory nie zwariowałam, to już pewnie nie zwariuje. Historia, której nie ma, będąc w fazie szczegółowej analizy, spędza mi sen z powiek. Smsy i telefony Ani również.

Dzisiaj, godzina 10.

- Słuchaj - powiedziała. Ja sobie to wszystko przemyślałam i wiesz, to jest jakiś znak.

- Jaki znak?

- No zobacz. On - jest z tego samego rocznika, co mój kuzyn, Jarek i w dodatku jego brat, brat Krzyśka nie Jarka, mieszka w Poznaniu, jak Jarek.

Moja odpowiedz: możesz mi to powtórzyć?

Telefon po godzinie: - wiesz, nie, pomyliłam się, on jest rok starszy od mojego kuzyna, ale rok to żadna różnica, prawda?

Ratunku!
Najprostszym rozwiązaniem byłoby doprowadzić do rozmowy (z Krzychem - nie ze mną), ale tego Ania boi się jak ognia. Mówi, że może okazać się, że sobie to wszystko wymyśliła, źle zrozumiała, że on tylko odrobiny czułości potrzebował, albo coś jeszcze gorszego, a tak, to chociaż sobie marzy i "interpretuje znaki".

Moim zdaniem Ania tak naprawdę boi się odkryć, że wszystko doskonale zrozumiała. Bo chociaż jej serce bije dla niego i chociaż ona zawsze podziwiała go i patrzyła jak w obrazek (wydaje się niemożliwe, ale parę zalet to on naprawdę ma!) życie z nim to jedno wielkie OJEJEJEJEJ!
A to, nawet Ania-blondynka doskonale wie. Czyli - konkludując - tym razem, jeżeli wdepnie to zupełnie świadomie.

Wiadomość z ostatniej chwili (ostatni telefon Ani):

On - śniłaś mi się.

Ania - Och! Naprawdę?! A co?

On - no....że cię pocałowałem.

Ania (rozmarzona) - Aaahhh

On - i zamieniłaś się w żabę!

Jakoś udało mi sie ją przekonać, że to dobry znak!


- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - wrzasnęła Ania.

- Ja? Tak! Oczywiście że tak! Potwierdziłam. Chociaż przyznać muszę, że nie do końca to była prawda.

- I ? - pytała.

- I - odpowiedziałam ....hm...szczerze?...pojęcia nie mam!

- No bo zobacz. Tego nie da się w żaden sposób zrozumieć! Ale twoim zdaniem mówił o nas czy jeszcze o kimś?

Uśmiechnęłam się zadowolona, bo Ania zupełnie niechcący rzuciła mi koło ratunkowe.

- Powiedz mi dokładnie słowo w słowo co ci powiedział - poprosiłam. I chwilkę później wiedziałam w czym był (kolejny, jakby było mało) problem Ani. Więc, wczoraj - mówiła z przejęciem - jak z nim rozmawiałam, powiedział coś takiego:

„Co ty na to, jak przyjedziesz, wyjedziemy na weekend do Gdańska"?

Problem był w tym „my". WyjedzieMY. Bo to „MY" to niby kto? Ania i Krzysiek sami czy - jak to zwykle bywało całe grono znajomych? No i pozostaje jeszcze problem Gdańska. Do Gdańska - tylko dlatego, że Krzysiek ma tam do odebrania jakiś materiał, dlatego że Ania ma tam rodzinę (w tym kuzynkę, którą Krzysiek zna i lubi), czy dlatego, że jest morze i ogólnie ładnie i przyjemnie?

A może chce jechać z nią, tylko dlatego, że nie chce mu się tyle kilometrów jechać samemu?

No i... zdarzyło się już, że wyjechali razem na weekend - na narty, bo raźniej we dwoje niż samemu, ale to było przed tym, jak on chwycił ją za rękę, no i wtedy nie dzwonili do siebie codziennie. Czy to znaczy, że jadą tak jak kiedyś, czy inaczej?

Jedno jest pewne. Kobieta jak nie ma problemu, to doskonale potrafi sobie go sama stworzyć.

- Aniu, jedno pytanie: czy to jest tak ważne z kim i gdzie? Czy nie powinnaś po prostu zrelaksować się i cieszyć, że spędzicie trochę czasu razem?

Nie! Nie powinna, bo to zmienia postać rzeczy. Jaka postać i jakiej rzeczy nie zrozumiałam, ale Ania mówiła całkiem przekonana, że ma racje. Przytakiwałam więc, bo cóż innego mi pozostało.

Zaczęłam się zastanawiać, co sprawia, że kobieta na co dzień podejmująca ważne zawodowe decyzje, będąca niezależna i pewna siebie, staje się sentymentalnie zagubiona i wygrywa Mistrzostwa Świata w zadawaniu głupich pytań. Właściwie to, że Krzysiek tak działa na kobiety, wiedziałam wcześniej. Ale na Anię? Krzysiek to jest tak zwany „typ". Ten „typ". Jego wady odbierane są jako zalety, a rozbrajające i chwilami absurdalne poczucie humoru zawraca w głowie, no a gdy złośliwie zwróci na coś uwagę (np. „powinnaś odchudzić uda") kobiety zamiast trzepnąć go w ucho, wzdychają zadowolone, że zauważył, iż przytyły i dziękują za zainteresowanie wyglądem. Tego samego dnia zaczynają dietę, biegać rano przed pracą i chodzić na basen. Co on w sobie ma? Tego pewnie nie dowiem się nigdy, ale właśnie przypomniałam sobie jego życzenia świąteczne sprzed kilku lat temu: „Moja mama życzyła mi, aby rok 2003 był jak 2002. Boże, mam nadzieję, że chociaż Ty będziesz miała udany rok". Mama jego pewnie nie pomyślała, że choć był to rok, w którym odniósł wiele zawodowych sukcesów, rozstał się również z żoną i pewnie nie miał ochoty „przerabiać" tego raz jeszcze.


- Moja podświadomość zwariowała - powiedziała Ania, dzwoniąc do mnie wczoraj o północy.

- Nie podświadomość, tylko ty - odpowiedziałam. A ja, wiesz, też mi już niewiele brakuje.

- Do?

- Do zwariowania!

Anię dręczą dziwne sny. Położyła się na kanapie, zasnęła oglądając ulubiony serial (Sex and the city), co już coś powinno oznaczać, bo choć zna na pamięć wszystkie odcinki w trzech wersjach językowych, nigdy nie zasnęła przy żadnym z nich (!). A śniła trzeci dziwny sen w tym tygodniu. Śniło jej się, że urodziła syna i karmiła go piersią. (Też mi dziwna sprawa!) W pewnym momencie brakło mi argumentów, by ją uspokoić,włączyłam więc komputer, zaproponowałam (o ja blondynka!), że wejdę na wyszukiwarkę, znajdę sennik i razem spróbujemy ten sen zinterpretować. Bo czasami jedno się śni, a znaczenie jest całkiem inne, jak na przykład łokieć to nie złamana ręka czy reumatyzm tylko, że cię oszukują, a żeby wiadomo, nic dobrego. To był jeden z moich „genialnych pomysłów". Sennik okazał się „niezwykle pomocny". Ania, przewidując, że mogę coś kręcić, poprosiła o stronę i zapowiedziała, że sama też sprawdzi. I zrozum tu kobietę. Zostawia mi klucze do domu, daje prowadzić samochód, a z sennikiem zaufania nie ma!
Rodzenie oznaczać ma nowe plany, syn w jednym senniku oznaczał „lekką niedyspozycję" - co Ania odebrała jako pewne na 100 % mdłości, ale za to w drugim „koniec problemów" - czyli według Ani koniec staropanieństwa, a koniec problemów nie dla niej, bo jej akurat z tym dobrze, tylko jej rodziców, którzy z wnuka ucieszyliby się ogromnie. Karmienie piersią to szczęście bądź rychłe wesele (!) no i byłyśmy w domu.

- Aniu - powiedziałam - co my wyrabiamy! Przecież to obłęd jakiś! Jak głupia i głupsza!

- Łatwo ci mówić! To nie tobie ciąża grozi!

- Chyba nie będziesz wierzyć w takie tam głupoty... próbowałam, jak mogłam, ale Ania miała na mnie haka, że jeżeli moje sny się spełniają, to niby dlaczego jej nie mogą?

Nie rozumiem w ogóle tej paniki, ani dlaczego ona tak bardzo się tym wszystkim przejmuje. Wspólny wyjazd na weekend to nie zaręczyny! Może nawet lepiej, że to Krzysiek, bo zna większość i wad, i zalet. Wie czego się spodziewać - na przykład tego, że prawie na pewno samochód będzie pchać, bo Krzyśkowi skończy się benzyna (a on omija inne stacje niż BP, nawet jadąc na rezerwie, bo nigdzie indziej benzyna mu nie odpowiada...) , albo tego, że planując wyjazd do Gdańska dojadą do Szczecina, bo on planuje doskonale, ale zmienia plany jeszcze lepiej.
A właśnie... Krzysiek. Jak to się stało, że on zaczął się nią interesować?

Pomijając fakt, że zaraz po rozwodzie mówił jakieś tam brednie, które mówią wszyscy ludzie „po przejściach", co go napadło? I kiedy? Gdy tak rozmyślałam o Krzyśku i o tym, co i dlaczego w nim się „obudziło", telefon zadzwonił znowu.

- Co jeszcze? - spytałam.

- To ja - odpowiedziała Ania.

- Wiem, że ty. Wyświetliłaś mi się!

- I to Krzysiek był ojcem dziecka! - wyrzuciła z siebie prawie płacząc.

- Ania, to normalne! Myślisz o nim, jesteś zakręcona, kto niby miałby być ojcem twojego dziecka, jak nie Krzysiek?!

Nie zauważyłam mojej siostry, która akurat weszła do mojej sypialni, spojrzała na mnie z ogromnym zainteresowaniem i spytała :

- To z kim Krzysiek będzie miał dziecko?

- To tylko we śnie! - odpowiedziałam.

- Tak. Akurat! Wyrosłam z takich bajek. Nie chcesz, to nie mów! I tak sie dowiem. Kwestia miesięcy. Maksimum dziewięć. Wiesz, fajnie by było....


Gdzieś przeczytałam, że świat się zmieni, gdy Ania - gaduła zmodyfikowana genetycznie (bo rodzice gadułami zdecydowanie nie są) - nie będzie wiedziała, co mówić. No i zbliża się. Coś się wydarzy, niekoniecznie 11 września, ale zwrot w historii ludzkości być musi!
Dzisiaj, gdy lunatykowałam do kuchni, idąc po drodze, jaką wyznaczał zapach kawy, zadzwonił telefon. Nienawidzę telefonów przed poranną kawą, nie potrafię myśleć, dopóki kofeina, pogwizdując ze szczęścia, nie płynie w moich żyłach.

Telefonu nie zdążyłam odebrać (dzwoniła Ania - w życiu bym się nie spodziewała!), ale za to, żeby sobie ulżyć, przepisałam i w komórce Ania nie jest już zapisana jako "Ania P", tylko jako "Znowu Ona" - jakoś poczułam się lepiej, jak to zrobiłam, aha, dodałam też muzyczkę "Zabiłem dzika".
Wypiłam kawę i oddzwoniłam.

- Słuchaj...

- No, słucham.

- Jutro z Krzyśkiem jedziemy do Gdańska, tak?

- Na to wygląda.W czym problem?

- Załóżmy, że spotkamy się z kimś znajomym, albo z moją kuzynką, albo z kimś przypadkiem.

Wiesz, w takich sytuacjach świat jest mały! Wiem coś na ten temat - pomyślałam.

- I?

- No i ten ktoś spyta mnie, czy my z Krzyśkiem jesteśmy razem. Co mam odpowiedzieć?

- Hm...Wiesz, musi to być coś wiarygodnego. Jak na przykład, że przed wyjazdem Krzysiek pożyczył ci książkę, jakąś...

- I?

- I prosił, żebyś mu ją koniecznie oddała - mówiłam - i ty jechałaś na rondzie w Warszawie i nagle go zobaczyłaś na tym rondzie i przypomniałaś sobie o książce, a miałaś ją ze sobą...

- I?

- I  zaczęłaś trąbić, bo chciałaś mu tę książkę oddać i tak jechałaś za nim i jechałaś... no i dojechałaś aż do Gdańska za nim. Ale zupełnie osobno.

- Co ty bredzisz? Dobrze się czujesz?

Ja bredze?! Oczywiście najlepiej jest dla odwrócenia uwagi od własnej patologii (w jej przypadku maniacalis gravis albo coś takiego)  wskazywać na szaleństwo innych.

Właściwie to winny jest Krzysiek. Do niego powinien być dołączony tłumacz myśli, albo chociaż instrukcja obsługi.

Normalny facet wysyła ci jasne do zrozumienia sygnały. Powie coś takiego, że wiesz, na czym stoisz. Nie mówię o gimnazjalnych "chcesz ze mną chodzić?", ale o czymś  jasnym, jak zasady gry w Monopoly, więc ty wiesz, że "coś się święci". Te sygnały - jak wiadomość wysyłana morsem - powtarzają się co jakiś czas, więc wiesz, że ktoś jest tobą ciągle i ciągle zainteresowany.
A Krzysiek? Jak już się Ania zebrała na odwagę i wysłała mu smsa o treści: „Spędzimy ze sobą kilka dni, cieszysz się?", dostała odpowiedź: „Cieszę się, że tylko kilka dni!". Na co ona: "Mogę być wolna aż do wtorku". Odpowiedź: "Jakoś to zniosę".

Tylko czy ja zniosę dopóki w tę czy w tę strone się nie zdecydują?

Wstąpił do piekieł, po drodze mu było ( i całkiem przyjemnie)
odc 6.

Jak już udało mi się "wyprawić" Anię do Gdańska, czułam się jak mamusia, która po raz pierwszy wysyła pociechę na kolonie. Może z różnicą, że nie spodziewałam się, że będzie w nocy za mną tęsknić i płakać, chociaż z Anią - kto wie. Jak już wyjechali, dostałam ostatni (jak twierdziła Ania) telefon, ostatni z prostej przyczyny: przy Krzyśku głupio jej będzie dzwonić i pytać, co ja myślę o tym czy o tamtym. To teoria. W praktyce telefony zostały zastapione smsami. Nie wiem co gorsze, bo w 170 znakach zmieścić miałam powieść. Krótkie odpowiedzi powodowały całą serię pytań.
I tak, jak już grzecznie sobie jechali, słuchajac Stinga, zadzwonił kolega Krzyśka, mieszkający w Łodzi i dostali nakaz zajechania do "miasta seksu" (o tym za chwilę).
Ania miała problem: czy to, że jadą do znajomych to dobrze, bo to znaczy, że ona zaczyna "wchodzić" w jego życie, czy też on się rozmyślił i nie chce z nią być sam na sam?!
Zanim w ogóle zaczełam się zastanawiać, co jej na to odpowiedzieć, pomyślałam, że posłucham kogoś mądrzejszego i kto się na tych wszystkich babskich histeriach sercowych zna. Zebrałam kobiece czasopisma i szukałam w rubrykach "porady sercowe" podobnej historii, bądź chociaż pasującej odpowiedzi. Przeżyłam szok. Rany, o co ludzie pytają! Jakie problemy mają! A jakie stwarzają... Mąż mnie zdradza od dwudziestu lat, ale ja go kocham, czy jest szansa, że się zmieni? Jasne. Jak będzie impotentem, to tak. Jestem w ciąży, mój chłopak nie wie o tym, czy mam mu powiedzieć? On nie chciał dziecka i nie chce, żeby źle o mnie myślał. Źle myślał?! Czy ja dobrze czytam??? Źle myślał? Kobieto! Sama w tą ciążę zaszłaś? Jak tak, to proszę o przepis dla koleżanki, która chce być matka, ale nie chce być żoną. Albo: we wrześniu wychodzę za mąż. Przyszła teściowa zmieniła menu, kwiaty, godzinę ślubu, bo nie pasowało jej siostrze oraz kupiła inny garnitur dla mojego przyszłego męża, bo ten, który kupiliśmy razem, jej się nie podobał. Co mam robić? A ten mąż? On nie reaguje? Kochana, nic tylko zmień narzeczonego albo wyślij teściową w Kosmos. Pierwsze rozwiązanie jest łatwiejsze. Jak tego nie zrobisz, może zmienić na przykład imiona twoich dzieci albo kto wie, zamieni cię na inną synową.

Jak tak sobie poczytałam, doszłam do wniosku, że pytania i wątpliwości Ani nie są ani bezpodstawne, ani tym bardziej głupie. No i w końcu chodzi o Krzyśka. Chodzącą enigmę.
Już w Łodzi okazało się, że znajomi to para, którą poznałam mniej więcej rok temu. U nich Ania nie mogła czuć się źle. Iza z mocnych alkoholi pije tylko wódkę, a ze słabych wódkę z lodem. Każdy temat sprowadza do seksu. Polityka - Clinton - skandal - seks. Shopping - przebieralnia - seks. Jazda na rowerze - miękkie lądowanie - seks. Matura - stres - a na stres najlepszy jest...no właśnie. Seks. Robi to w tak zabawny sposób, że towarzystwo pęka ze śmiechu. No i najważniejsze: Łodź to miasto seksu. Toruń to miasto Kopernika i pierników, Żywiec - piwa, a Łódź ... Ja o tym nie wiedziałam, ale ona (czyli Iza) mówiła to z taką pewnością, że przekonała mnie iż naprawdę tak jest.

Sms Ani: "Czy ty wiesz Łódź czego jest miastem" ?

Moja odpowiedź: " Jasne, że wiem! To miasto seksu"!

Sms Ani: "Czy to znaczy, że on nie myśli o mnie poważnie, tylko chodzi mu o to"?

Powiał na mnie wiatr wspomnień spotkania Izy i Jarka, tamtej atmosfery i żartów i jakoś tak mi się napisało:
"A co Ty myślałaś, że bierze Cię na weekend, żeby paciorki odmawiać" ?

Nie słyszałam jej od wczoraj i sama umieram z ciekawości...

Dla nich ta noc pod gwiazdami...oj będą problemy, będą! (odc. 7)

- Spałaś kiedyś na trawie w ogrodzie?

- Przepraszam a kto pyta? - spytałam, bo nie wyświetlił mi się numer. W ogrodzie ?-myślałam ...w jakim sensie?

- Jak to, kto? Ania .To jak spałaś ?

- Jakoś zawsze miałam gdzie spać...A jak gubiłam klucze ( nie raz i nie dwa) to po prostu szłam nocować do sąsiadów, albo znajomych, a co?

Ania i Krzysiek wracając z Łodzi zatrzymali się u jego cioci w Częstochowie. Nie było to planowane, zadzwonił akurat brat Krzyśka, spytał go gdzie jest i jak dowiedział się, że 50 km od Częstochowy on skierował go do cioci właśnie. Mieli coś odebrać dla ich mamy. Planowali szybką kawę a skończyło się na kolacji i spaniu w ogrodzie. Podobno niebo było piękne. Gwiazdy rozsypały się jak na życzenie, księżyc usunął się by nie odbierać im blasku, świerszcze grały a Krzysiek pod wpływem tego wszystkiego zaczął kombinować.

Jak już ciocia nalega, że mamy zostać na noc- mówił - to dobrze, ale pod warunkiem, że będziemy spać w ogrodzie by ... podziwiać niebo.

Ciocia bardzo opierała się z wydaniem koca i pościeli. Że nie uchodzi, że nie wypada, że przecież są wolne sypialnie, że zwariował ...ale  Krzysiek uparł się i dopiął swego.

Jak zawsze. On byłby w stanie namówić diabła do zmawiania różańca. Poszli wiec spać do ogrodu.
Na pytanie cioci, dlaczego chce żeby ta biedna dziewczyna spała na trawie, Krzysiek odpowiedział, że kiedyś podrywał dziewczyny na słowa, (czyli zawracał w głowie nie czułymi słówkami tylko romantyzmem pomieszanym z duża dawką ironii i cynizmu, taka mieszanka wybuchowa sprawdzona i  działająca zawsze na wszystkie wybrane przez niego „ofiary").Teraz się zestarzał, mówi od rzeczy, ma siwe włosy, okropną i ciężko zdobywaną latami opinię, wiec jak natura przychodzi z pomocą, dając tak piękną,

romantyczna noc pełną gwiazd, to jak niby mógłby nie skorzystać.

Częstochowa miastem zakochanych? Kto wie. Przed wylotem do Berlina Ania zadzwoniła do mnie już z lotniska. Tym razem nie marudziła i nie kazała mi interpretować zachowań Krzyska tylko po prostu opowiadała śmiejąc się „naj" weekend w jej życiu. Najzabawniejszy, najweselszy, pełen niespodzianek i nieprzewidzianych sytuacji. Oczywiście po drodze stanęli z powodu braku benzyny.
 Aniu - spytałam- czy wy jesteście razem?

-Pojęcia nie mam - odpowiedziała.

-I nie przeszkadza Ci to?

- No właściwie tak, chociaż nie...

- Właściwie tak, chociaż nie?!?

- Wiesz. Z Krzyskiem to nie takie proste. Wiesz, jaki on jest.Wszystkiego można się po nim spodziewać.
- No tak, ale macie zamiar spotykać się? Wyjechać kiedyś jeszcze gdzieś razem? Coś ustaliliście?
Właśnie wołają mnie na pokład samolotu - usłyszałam. Daj mi to przetrawić a wtedy oddzwonię.
Genialnie. Przetrawić. A ja tu z ciekawości umieram.

Ciekawość to pierwszy stopień do ...Wiedzy (odc. 8)

Ja chcę wiedzieć. Są razem czy nie?! Co myślą? Będą się spotykać?

Chyba mam prawo pytać po tylu nieprzespanych nocach!

Zadzwoniłam więc do Ani.

 - Słuchaj! - powiedziałam - nie chodzi mi o to czy będziecie razem "żyli długo i szczęśliwie", bo wiem, że za wcześnie na takie pytania, ale...

- Ale?

- powtórzyła Ania.

- Ale....ale coś myślisz, prawda ?

- No...tak...tylko, że nie jestem pewna tego, co myślę.

- W czym problem? Jest jakiś problem?

Problem to Krzysiek. Ania przyznała się, że przyciąga ją jak magnes. Nie ma na niego antidotum. Nawet daleko posunięty rozsądek i świadomość tego, jaki jest nie wystarczają. Krzysiek - w zależności od pory dnia uważa, że miejsce kobiety jest w kuchni bądź sypialni. A Ania - zawstydzona przyznała mi się, że nadskakiwała mu  i jeszcze jej to sprawiało przyjemność. A to już jest chore. Jak byli u Jarka, Krzysiek patrząc na nią z góry ( w tym sensie, że ona siedziała a on nad nią stał) powiedział dość ostentacyjnie, że „by się wykąpał". ( dosłowne tlumaczenie: napuść mi wody!). Ania - posłusznie pomaszerowała do łazienki. Dotarło do niej, że się głupio zachowuje, coś burknęła wiec pod nosem, w myślach zwyzywała go od najgorszych, i nawet myślała żeby mu coś do tej wody dosypać. Później z Iza wyszły na papieroska i narzekały na mężczyzn. Tylko i wyłącznie na tych obecnych. Jak mnie jeszcze zawoła,  że mam mu podąć ręcznik to przysięgam, że biorę jego samochód i wyjeżdżam!- odgrażała Ania. Zawołał. W wannie była dla niej napuszczona woda, z odrobina olejku różanego i... płatkami róż. Pocałował ja w czoło i zaproponował, że jak będzie chciała wystarczy zawołać on umyje jej plecy.

Opowiadając, Ania rozryczała się, bo jakoś nikt jej nigdy wody z własnej woli nie napuścił (ja się nie liczę!?!) i te płatki...i ta noc pod gwiazdami.

Jak on będzie chciał ze mną być - slimtała - to ja nie jestem pewna czy mu się oprę? Tak mówiąc całkiem poważnie. A wtedy to amen.

Jak już tak opowiadała "jak na spowiedzi" udało mi się w końcu wyciągnąć z niej, co tak naprawdę jej nie pasuje i czego się boi? Skąd te wszystkie paranoje i chore interpretacje. Ania boi się, że to jest "ten" mężczyzna. Ktoś, kto potrafi "stawić  jej czoła". Ten, z którym chciałaby być. Kochać całe życie i założyć rodzinę.(!!??). Boi się, bo widzi, że każdy telefon, każdy sms, każdy mail...ciągle jej mało. Co będzie jak ja się zakocham w nim a on we mnie nie? -Pytała. A co jeżeli on nie myśli o mnie poważnie? Może jakoś zbliżył się do mnie, bo mu smutno po rozwodzie?

Ludzie trzymajcie mnie..."smutno po rozwodzie"? Jak komuś smutno po rozwodzie to bierze butelkę Walkera i jedzie do kumpla! No i przecież rozwód był 4 lata temu! Usłyszałam "bip" w telefonie. Dzwonił Krzysiek. Szybko pożegnałam się z Ania i odebrałam.

- Cześć Krzysiu, co u Ciebie?

- Ha! Ha! Ha! - odpowiedzial. Dobre sobie...co u mnie?!

- No dobrze. Jak weekend?

- Jak by to w kilku słowach...: "trafiła kosa na kamień"

Na dwoje babka wróżyła (odc. 9)

-  Wiesz, jest taka możliwość, że jestem w ciąży - wyrzuciła z siebie jednym tchem Ania.

-  Mam Cię pocieszać, czy gratulować?- spytałam zdezorientowana.

-  A tobie jeszcze żarty w głowie?! - krzyknęła.

 Ja wcale nie żartowałam! Przysiegam! Przejdźmy do faktów. Ania jako zabezpieczenie przed ewentualna ciążą stosuje „no przecież będę rozsądna". Rozsadek polega na tym, że zachowuje całkowitą wstrzemięźliwość w dni płodne, a tych według niej w miesiącu jest około 25(!). Próbowałam jej kiedyś wytłumaczyć, że jest ciut inaczej, ale ona ryzykować nie miała zamiaru. Do czasu - jak widać, bo Krzysiek to Krzysiek. Z nim „wszystko się może zdarzyć". Przejdźmy do objawów: jest jej niedobrze, - co może być spowodowane ciąża bądź nadmierna ilością zjedzonych prosto z drzewa niedojrzalych, niemytych śliwek ( jak sama powiedziała, nie mniej jak kilogram, ale nie więcej jak dwa!). Jest rozdrażniona - ciąża bądź napięcie przedmiesiaczkowe. Ma podwyższona temperaturę - normalny objaw cyklu, ciąża, bądź uroki klimatyzacji w samochodzie.
- I wiesz, pomijając fakt, że to w ogóle nie jest moja wina...
-?!
- Bo ja go uprzedzałam, że mam dni płodne, ale mniejsza z tym, wiesz czytałam w PLAYBOYU, że u kobiet działa podświadomość. To znaczy, ze zgadadzaja się świadomie lub nieświadomie na zapłodnienie jak czują, że to jest najlepszy „samiec" (tak powiedziała, bo tak pisało w Playboyu, SAMIEC). Z tego samego powodu kobiety zostawiają partnerów dla innych. Nie zdążyłam spytać gdzie czytała Playboya, choć znałam odpowiedz, padło, bowiem kolejne pytanie: czy poczekam przy telefonie kilka minut a ona zrobi test.

Od początku tej historii byłam już psychologiem, wróżka, a teraz mam być ginekologiem? Litości!
Rozmawiałaś z Krzyskiem ?- spytałam.

Próbowała. W drodze z Lodzi (miasta seksu). Padła odpowiedz, że skoro myśli, że „niewystarczająco uważali", to teraz powinni w ogóle nie uważać, bo (uwaga!) w ich wieku głupio będzie rodzinie czy znajomym przyznać, że tak, o, „wpadli"(?!), sami nie wiedzą dokładnie, kiedy. Jak smarkacze jacyś bez żadnego doświadczenia. Honoru bronić trzeba! Wiec honorowo nie uwazajac w razie czego powiedzieć będą mogli  - „Och, nasze „zatraciliśmy się w sobie" właśnie kończy roczek! Przekochany bobas!

Śmiać się czy płakać? Oni powariowali czy to ja jestem stuknięta? Być może jedno nie wyklucza drugiego, ale ludzie! Coś mi w tym wszystkim nie pasuje. Gdyby Krzysiek uważał z innymi kobietami tak jak z Anią, to miąłby dzisiaj pewnie około 300 dzieci i setkę wnuków. A nie ma, bo w prasie taki numer na pewno byłby opisany. Wiec?

Wiec zapaliłam kolejnego papierosa i popijając australijskie Rosè  analizowałam wszystko po raz „enty".
Z sercowo-ciążowego zamyślenia wyrwał mnie sms Sylwuni. Sylwia to moja kochana przyjaciółka i dumna mama 11 miesięcznego cuda o imieniu Inga, oczekująca od trzech miesięcy „cuda numer dwa".
Sms brzmiał : „siedzę sobie na komisariacie i czekam na „nagrodę".

„ A cóżeś ty blondynko znowu narozrabiała"?! - odpisałam

„ Powiedzmy, że był konkurs dla fotomodelek"

Mam nadzieje, że do zdjęcia, chociaż się uśmiechała. Zawsze to jakoś lepiej wygląda!

Z Ania rozłączyłam się, bo stwierdziła, że skoro po raz pierwszy w życiu robić będzie test ciążowy to musi to jakoś „uroczyście". Pozapalała świece zapachowe, nalała wody do wanny, zrobiła test, położyła go na brzegu, wzięła relaksująca lekturę (moja książkę mam nadzieje!) i...zadzwoniła po 15 minutach używając samych niecenzuralnych słow. Test był wadliwy. 1 kreska - ciąża; 2 kreski brak ciąży. Ona miała puściutkie okienko.

By artystycznie zakończyć wieczór test wpadł jej do wody i wtedy ukazała się jedna kreska jak byk.

- Co to może oznaczać? - spytała.

- No ...że nie będzie małych wanienek!

- Słuchaj...te śliwki...na zachcianki to za wcześnie, prawda?

- W drugim tygodniu ciąży?! O Boże! Nie wiem ! - Powiedziałam, ale gdybyś miała skurcze, co 5 minut to pędź do szpitala!

Ciążowych paranoi ciąg dalszy (Odc. 10)

- Dalej nic!

- Z czym?

- No wiesz! Z moimi... kobiecymi sprawami.

- Aniu, spokojnie, poczekaj do jutra czy do niedzieli... nie panikuj!

- Ale mi jest niedobrze.

- Ania ! Jest północ! Zgadnij, dlaczego ciążowe nudności nazywają się porannymi?!

- Ale mi jest naprawdę bardzo niedobrze...

- A czego żeś się znowu nażarła?! - spytałam, bo już nie wytrzymałam.

Ania przerażona jest tym, że mogłaby być w ciąży. Ciąża. Ja rozumiem. Nie trzeba mi tego 100 razy powtarzać! Też  byłabym przerażona, ale przecież nie może zrobić nic innego jak tylko czekać, ewentualnie powtórzyć test - ale ona zgodnie z zupełnie chorą babską logiką twierdzi, że skoro raz jej nie wyszedł, to nie będzie „kusić losu" (?!).Więc test odpada.

Przez  kwadrans wysłuchiwałam bezsensownego (brrrr) gadania o piersiach, które (chyba!) są jakieś dziwne, o tym że czuje się „inaczej" (co do cholery ma znaczyć „inaczej"?!), o tym, że ma spuchnięte nogi w kostkach (!?) .Brakowało tylko uszu, które w południe robią się trójkątne i świeca na zielono i oczu zmieniających kolor na zupełnie biały (mleko). Na zakończenie tej niezwykłej konwersacji usłyszałam coś  jeszcze ciekawszego. A mianowicie: „O Boże! Ale jak jestem naprawdę w ciąży to znaczy, że będę miała dziecko! Z Krzyskiem!"
Wow! Cóż za logika! To się nazywa potrafić wyciągać wnioski! Efektem ciąży jest dziecko. Genialne! Dlaczego się o tym głośno nie mówi?! Konspiracja jakaś pewnie...
Uśmiechnęłam się pod nosem, bo przypomniałam sobie pewną zabawną historię...
Wisła rok 1971, Pani X z Północnej Polski i Pan Y z Cieszyna spotykają się na jak to się ładnie nazywało „prywatce". Pan namawia Panią na drinka. Pani odmawia. Ona nie pije. Z prywatki przenoszą się do niego na kwaterę. Wchodzą oknem, bo gospodyni o 22.00 zamykała pokój na klucz. Ona idzie przekonana w swej niewieściej naiwności, ze będą tam i inni goście. Są sami. Ona, by nie siedzieć na łóżku otwiera sobie szafę i siada pod wiszącymi marynarkami. On namawia, ona odmawia, on nalega ona się opiera, on ucieka się do swego uroku osobistego, ona kapituluje. Rezultat: zachodzi w ciąże. Komiczny punkt historia ma trochę później. Jak już Wanda zrozumiała, że jest w ciąży, opowiedziała o tym swemu przyjacielowi a ten, będąc poczciwym człowiekiem, by ratować jej honor prosi ja o rękę. Ona się zgadza. Wanda uprzedza rodziców, iż wychodzi za maż i że przyjedzie z narzeczonym, który ma na imię Andrzej. Problem w tym, że w miedzy czasie nasz „Casanova" dowiaduje się o ciąży, odnajduje Wandę i prosi ja o rękę.(ze słowami, że  „jego dzieci nie będą się pałętać po świecie". Wykrakał sobie, ani córka ani syn w Polsce nie mieszkają)  Wanda zrywa poprzednie „zaręczyny" i mówi „tak". Jadą razem do jej rodziców. Ojciec marszczy brwi na wieść, że zięć nie ma na imię Andrzej, lecz Janusz. Szczegółów nie zna do dziś. Janusz i Wanda są małżeństwem od końca 1971 roku. Szmat czasu...

W niedziele rano obudził mnie telefon Ani.

Jak staje wyprostowana i wciąga brzuch, coś ją kluje. Jak siedzi w ciąga brzuch-nie. Dalej jest jej niedobrze i jak zapaliła papierosa zrobiło jej się słabo. Doszła do wniosku, że na wszelki wypadek nie będzie palić. Dopóki alarm nie minie.

- Czy twoim zdaniem powinnam coś powiedzieć  Krzyskowi? - Spytała. Wiesz, jakoś tak mi głupio.
-Dlaczego głupio?

- No wiesz...

-Nie za bardzo. Narazie nie mów. Poczekaj jeszcze dzień czy dwa.

- Rany!

- Co się dzieje?

- Leże teraz na podłodze i patrzę na brzuch. I rusza się jakby bilo w nim serce!

- Anka! I dorzuciłam dwa słowa, z czego pierwsze zaczynało się na „K" a drugie na „M". Było mi mało, wiec dodałam jeszcze „Ja cię „ i słowo na „P". Ty chyba nie w ciąży jesteś tylko w delirium jakimś. Udar słoneczny!? Wychodziłaś na słonko bez kapelusika?

Ania i Krzysiek.

Otwieram zakłady: zakładając, że rzeczywiście narozrabiali i Ania jest w ciąży. Waszym zdaniem będzie chłopczyk czy dziewczynka?

Wybaczcie proszę, ale nie mogłam się powstrzymać.

Jak tylko alarm zostanie odwołany, natychmiast o tym napiszę, obiecuję. A jeżeli obawy się potwierdzą, cóż będę miała o czym pisać przez najbliższych kilka lat.

Otworzyłam wiec (to nie żart!) skrzynkę chlopczykczydziewczynka@wp.pl , piszcie proszę co Waszym zdaniem się (jeżeli) urodzi.

 Ps. Krzysiu, przypominam PS z pierwszego odcinka: Zbieżność imion PRZYPADKOWA!

Czy leci z nami lekarz? (Odc. 11)

W około 1500 filmach nakręconych w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat i przedstawiających katastrofę na pokładzie samolotu ( burza, zbliżające się UFO, porwanie samolotu przez wariata, terroryści itp.) akcja z „dreszczykiem" zaczyna się jak stewardesa zadaje właśnie to pytanie (z źle ukrywanym strachem w oczach): „Czy leci z nami lekarz?"

Ja, jak słyszę dzwoniący telefon mam ochotę krzyczeć jak na horrorze V kategorii : „Help! Au secours! Aiuto! Pomocy!". Gdyby miało pomoc, mogłabym teatralnie chwytać się ściany i zakrywać oczy rękoma.

Dzisiaj przerabiamy lekcje, „Z kim on teraz jest?" oraz „Dlaczego mnie o nic nie pyta?".
Krzysiek pojechał na kilka dni w jakąś Puszczę. Taka  „męska wyprawa". Napisał do Ani. Uprzedził. Nie wyjechał bez pożegnania. Ania pożyczyła mu udanego wypoczynku, chociaż wie, że w tym wyjeździe nie o wypoczynek chodzi, tylko o możliwość picia i trzeźwienia z daleka od świata i....oczywiście zaczęła do mnie wydzwaniać jeszcze częściej niż wcześniej.(a głowę bym sobie dała uciąć, że to niemożliwe). Prościej byłoby gdyby w ogóle ze mną zamieszkała, ale nie będę jej tego proponować, bo po kilkunastu godzinach miałabym Anię z całym  dobytkiem na głowie.
- Słuchaj...ja nie wiem z kim on pojechał. A jak z jakąś inną dziewczyną? A może on sobie tak jeździ... z kobietami rożnymi...w rożne miejsca. W zależności,   która co lubi...z ratowniczką nad morze, z harcerką w puszczę, a ze mną... do Łodzi i Czestochowy!

- A nie mogłaś się spytać, sieroto jedna?

- Głupio mi było. Jakby chciał sam by mi powiedział. Niedobrze mi.

- O! Panie!

- Wiesz. Jeszcze myślałam , że mógłby się (seria nieocenzurowanych słow.) spytać czy wszystko jest ok!

-Pewnie czeka aż ty mu coś powiesz.

- Dlaczego niby ja miałabym coś powiedzieć? Perfumy mi śmierdzą.

- Anka, jak ty w ciąży nie jesteś, to ci normalnie wleję!

- I mi się wtedy śniło....

- Śniło ci się też, że twoja mama ma romans z Clooneyem !

- A jakie masz dowody na to, że nie ma?!

Próbowałam zmienić temat na sierpniowe słonce, wysokie temperatury i beznadziejny program zarówno w polskiej, włoskiej jak i niemieckiej  telewizji. Nie działało. Moja przyjaciółka z każdą mijającą minutą była bardziej oburzona o to, że Krzysiek nie pomyślałby spytać czy ma się martwic/cieszyć czy nie.

Nie wiem jak ona wyobrażała sobie to pytanie „ Cześć. Co słychać? Czy dostałaś miesiączkę?" (?!)

- On teraz, w tej puszczy może zapładnia sobie inną.

- Jasne. Krzysiek budzi się rano i myśli, „co mógłbym zrobić dzisiaj? Ach. Zapłodniłbym kogoś". Ania idź wziąć zimny prysznic!

- Odczep się! Brałam już 3 gorące kąpiele. Na wywołanie okresu. Ale nie działa. A co będzie jak ja NAPRAWDĘ jestem w ciąży? Co z moją pracą? Jak jestem, to wiesz, ja się gdzieś zaszyję daleko od świata. Wyjadę w jakieś góry albo gdzieś indziej. Nieważne gdzie. Wynajmę domek bez telefonu. Boże, jaki wstyd!

Później poleciała hurtowa ilość bredni rożnych. Na końcu oberwało  mi się, bo jej nie uprzedziłam. Nie wiem, przed czym. Ciążą? Myślałam, że jest za duża na bajeczki o miodniku i pszczółkach.
Nie jestem przygotowana do tego typu sytuacji. Znam Anię całe życie, i alarmów „jestem w ciąży" nigdy nie było. Jest wystraszona. Może czuje, że rzeczywiście jest w ciąży? Może boi się tego, co będzie? A co będzie? Gdyby była czy zamieszkaliby razem? Jak zareagowałby Krzysiek? Czy byliby w stanie przeżyć życie razem? O tym, że coś tam się pomiędzy nimi dzieje nikt nie wie. Ja wiem, że to wcale nie jest śmieszne, ale chce być przy tym jak Mała Kinga (biegająca za Krzyskiem od 10 lat, nawet, gdy był jeszcze żonaty) dowie się, że nie tylko Krzysiek się z kimś spotyka. Ten ktoś to Ania. W ciąży. Ha ha ha!

Nie dajmy się zwariować! (Odc. 12)

- Piersi mi się w biustonoszu nie mieszczą!

Mnie się pewne sprawy w głowie nie mieszczą  - pomyślałam, na głos powiedziałam jednak:

- Może wygotowałaś w 90 ° i się skurczył?

- To wcale nie jest zabawne.

Ma rację. Nie jest. Ale wysłuchiwanie 12 godzin dziennie „jestem w ciąży" „swędzi mnie lewe oko, to na chłopczyka?" „ Niedobrze mi" „ a co będzie jak NAPRAWDĘ jestem w ciąży"  też zabawne nie jest. Zaczynam wpadać w panikę jak pomyślę, że,  jeżeli jest w ciąży, będę tego słuchać przez następnych 9, pardon 8 miesięcy. Później zaczną się ząbki, raczkowanie, pierwsze kroczki...W co ja się wpakowałam? Cholera jasna! Nie mogłam jej jakoś uprzedzić!? A Krzysiek? No stary durny!(za przeproszeniem)
- Jak nie jestem, pojadę do Częstochowy!

- Częstochowę to ty, kochanie ty moje, lepiej z daleka omijaj. Podobnie jak Łódź!

- Mogę zrobić zdjęcie i przesłać ci mailem.

- Czego?

- Piersi!

- Och! Nie trzeba! Wierze ci na słowo!

Ostatnio moje koleżanki zaszalały. Wszystkie. Jedna po drugiej. Wygląda na to, że się dogadały za moimi plecami. Agnieszka, mama czteroletniej Darii poprosiła o „bis". Jej maż, Robert, zachwyca się okrągłym brzuszkiem i nosząc Darie „na barana odlicza dni do października, kiedy to będzie tata po raz drugi. Sylwia, jednego malucha nie nauczyła jeszcze chodzić jak zaszła z drugim w ciąże. Ma uśmiech od ucha do ucha nawet jak śpi (widziałam na własne oczy). Beata urodziła w lutym i... zupełnie zwariowała. Kaśka, która kiedyś odległości odliczała na spalone papierosy ( dwa papierosy dalej skręcisz w prawo, przy trzecim zobaczysz tabliczkę...) Stała się królowa garnków i zdrowego żywienia dla dwóch potworów (jej słowa!) z których starszy, Marcin ma 2 latka a młodszy, Rafał właśnie uczy się wchodzić do szuflad. Jest jeszcze kilka innych koleżanek,  ale zagroziły, że nie będą mnie zapraszać na niedzielne obiady, jeżeli o nich cokolwiek napiszę. Nie będę ryzykować. Gotują bardzo dobrze, wiec mi się to po prostu nie opłaca. Nawet kot zaszedł mi w ciąże i okazał się kotką! Bezdzietni i bezciążowi pozostają Aneta i Grzesiek, ale oni są w Chicago i (odpukać) moja siostra. Ale Mała Gosia - jest za mała. No i (daj Boże) Ania. Powariowali.
8 godzin i 3 telefony później:

- Dalej i nic i dalej mi niedobrze. I głowa mnie boli.

- Weź tabletkę.

- Żartujesz chyba!? Dziecko mam truć?! Tym bardziej ze głowa mnie boli po drinku. Ale ze mnie matka!
No i jesteśmy na etapie Bridget, Jones która obchodziła żałobę po utracie nigdy nie spłodzonego dziecka!
Ania nie wie, czy obudziła się z mdłościami czy tez one ją dopadły jak zaczęła się zastanawiać czy jest jej niedobrze czy nie. W pierwszym przypadku byłby to objaw ciąży, w drugim lekkiego świrnięcia. Wczoraj o 3 nad ranem nie mogła spać (a leżała na plecach, żeby dziecka nie ugniatać, choć zawsze śpi na brzuchu bądź na boku!), wstała i zrobiła sobie drinka giganta. Zasnęła.
Dzisiaj rano nie wytrzymała, zadzwoniła do Krzyska i powiedziała mu, że nie ma się, czym przejmować, ale ona się przejmuje. Powiedział „Hm...." później „ Hmmmmm" Po czym „Ale numer! ha ha ha „ a na koniec „ No nie przejmuj się! „Ania miała wątpliwości czy on zrozumiał, o czym ona mówiła. Wątpliwości rozwiane zostały sms´em którego treści przytoczyć nie mogę, ale powiem tylko, że zawierał dwa imiona: dla dziewczynki i dla chłopczyka. Ania zachwycała się tym, że właśnie w tej kolejności.

10 godzin i nieskończona ilość telefonów później:

- On do tego buszu pojechał się zaszyć przede mną. (płacz)

- Że, co?

Krzysiek nie pisze tak często jak kiedyś. Co oczywiście nie jest spowodowane brakiem zasięgu czy po prostu chęcią odcięcia się od wszystkiego przez kilka dni. On ją zostawił, bądź planuje ją zostawić. On nie pisze, bo pewnie jemu spędzony weekend nie spodobał się równie bardzo jak jej. On specjalnie zrobił jej dziecko, bo teraz z miną zadowolonego sadysty będzie patrzył jak ona tyje, płacze i topi smutki w  coca- coli. On bawi się teraz z inną kobietą, skrzyżowaniem  Pameli Anderson i Einsteina (uroda pierwszej, mózg drugiego).

A ja pewnie za niedługo utopię Anię....

Tyle hałasu o nic! (Odc. 13)

Ania ma kobiece dni, co wyklucza ciąże. Teraz siedzi i płacze. Sama nie wie, dlaczego, na początku myślała ze  szczęścia, ale do końca szczęśliwa nie jest.

Oczywiście - jak sama stwierdziła - dziecko powinno być świadomą decyzją, podjętą przez dwoje dorosłych, poważnych ludzi, którzy chcą spędzić razem całe życie - i tu rozpłakała się na dobre, bo ona w Krzysku naprawdę się zakochała. I gdyby miała zostać mamą, coś, czego jeszcze pół roku temu w ogóle nie brała pod uwagę, to tylko jego dziecko.

Ja z pocieszania, że nie jest w ciąży musiałam zmienić orientację na „pewnie jednak będzie mięć dziecko". Co oczywiście pogorszyło sytuacje, bo genialna Ania chyba tylko po to, żeby mnie maltretować, znęcać się nade mną bez krzty litości (jakbym jej coś złego zrobiła?), Stwierdziła, że to że nie jest  w ciąży, to może być jakiś znak. Znak, że tak byłoby idealnie, rodzinnie, wesoło i zabawnie.
Dziecko, Krzysiek, ona. Rodzina.Wyjazdy. Pierogi z jagodami (wspólnie zbierane). Wychowywanie nicponia po tacie albo aniołka po mamusi, no i okrutne życie pokazało jej to wszystko, by teraz jej to odebrać (?!).Właśnie teraz jak ona zrozumiała, że to jest to, czego od życia chce! Ktos mi musi wytłumaczyć, za co okrutne życie znęca się nade mną! Ja tego wszystkiego, proszę Państwa godzinami wysłuchuję! Dzień. po dniu!

I interpretuje, cóż też Krzysiek miął na myśli, jak powiedział „aha", „hm" albo „interesujące"! Mówiąc szczerze myślałam, że z głupoty się wyrasta. Takie zachowanie: „ och, popatrzył na mnie", „ On się nie uśmiecha pewnie, bo się wstydzi, ma taki srebrny aparat na zębach, ale jakby  go nie miał to na pewno by się uśmiechnął", „myślisz, że on mnie kocha?" „ a dlaczego tak myślisz?" „ a ile mnie kocha? " „ a myśli o mnie ?" „ a ile?" „ a ile to jest dużo?" „ a jak o mnie myśli, to, co myśli?"  „ a myślisz, że zadzwoni?" „ a ja mogę zadzwonić?" „ a ile mam czekać?" „ a ile to jest kilka dni?"    - to jest dobre w gimnazjum, ok, niech bedzie liceum, ktore kończy się jak nazwa wskazuje egzaminem DOJRZALOSCI. My mamy skończoną trzydziestkę. W tym wieku to chore! Krzysiek lat czterdzieści parę, ale on się nie liczy. On nie interpretuje.
Tego samego dnia wieczorem, po wypiciu butelki czegoś średnioprocentowego zadzwoniła do mnie Ania. Musiałam nieźle się namęczyć by zrozumieć, co mówiła. Tylko przekleństwa ładnie jej wychodziły. Osoby nadwrażliwe bądź cierpiące na choroby sercowe nie powinny dalej czytać.
Oto fragmenty monologu:

Krzysiek mnie olewa(...) Pojjjechał do k*** mac jakiegoś buszu...Po co tam pojechał? Pojęcia nie mam! Z kim? Pojęcia nie mam! Gdzieee? Pojęcia nie mam! Nie odpisuje na moje sms´y za wyjątkiem tego wczoraj, ale dopiero jak zadzwoniłam żeby powiedzieć, że mi się spóźnia. Dzisiaj mu napisałam, ze jest  ok bla bla bla i nic. Wcale się nie przejął brakiem potomkaaa. Ani nie ucieszył. Zero reakcji! A najgorzej to jak ktoś cię ignoruje! Jednego p**** sms nie dostałam!!!
 Tak mi się wydawało, że on chciał nabrać dystansu i k**** nabiera. I mi nie mów ze będzie dobrze!. Nawet nie wiadomo, kiedy się spotkamy. Jak mu powiedziałam ze mogę przyjechać w drugiej połowie sierpnia to się spytał, czemu tak szybko. I mi nie mów, że on taki jest. Bo kiedyś to mi, chociaż pisał, jak już wytrzymać ze mną nie mógł  „SIO!" ale ja to „SIO!" polubilam. A teraz nic. Albo wykrzyknik mi pisał. No, że mam się niby odczepić. Ale słodki był ten wykrzyknik. Teraz nic. Nie ma „Sio" i nie ma wykrzyknika!

Marianna Dembińska