Niemal każda noc skrywa pod swoim płaszczem ciemności jakąś mroczną tajemnicę. Przeważnie jest to nic szczególnego, a już na pewno nic do czego byśmy nie przywykli. Zazwyczaj są to jakieś pospolite morderstwa, bójki honorowe o swój ukochany klub z czwartej ligi, banalne gwałty lub szemrane, ale niezwykle dochodowe interesy.
Tym razem jednak było zupełnie inaczej... To była na pozór przeciętna noc, w równie przeciętnym lesie, gdzie nie działo się nic szczególnego poza agonią najsłabszego, tej nocy, ogniwa łańcucha pokarmowego oraz odgłosami wrzucanych, do uprzednio wykopanych dołów, ciał wrednych i wścibskich teściowych lub niewypłacalnych dłużników. Owy spokój i harmonia zostały nieświadomie naruszona przez pewną chudą, patykowatą postać, która ze zwinnością słonia i króliczą odwagą lawirowała pomiędzy atramentową ciemnością, a wiekowymi konarami drzew. Nagle jej oczom ukazała się mała, naruszona przez ząb czasu, leśna chatka, z której niczym dym, wydobywała się ostra, okraszona wieloma wykrzyknikami rozmowa. Postać nieufnie, jak przystało na prawdziwego szpiega, rozejrzała się wokoło, po czym zbliżyła się bezszelestnie do chatki i oddała trzy szybkie puknięcia w drzwi. W chatce zapanowała konsternacja, która szybko została zgnieciona przez grobową, pełną strachu, ciszę.

- Podaj login! - wyleciało nagle zza zaryglowanych drzwi.

- Spieprzaj Dziadu! - rzuciła pewnie postać.

- A hasło?

- Dziadek Truska był w Wehrmachcie!

Rygiel upadł na posadzkę, drzwi zaskrzypiały ukazując jednego z bliźniaków Tasiorów - Zyzia. Tajemnicza postać wsunęła się pospiesznie do chatki, gdzie pośród niezliczonego brudu i kurzu, siedział rozpostarty na złotym, obitym aksamitem fotelu, drugi bliźniak, Dyzio. Obok niego stał wielki dymiący jaskrawymi kolorami kocioł, w którym mieszał najznakomitszy zaklinacz ludzkich mózgów, połykacz niezliczonych ilości srebrników, potężny szaman, czarnoksiężnik moheru - ojciec Piardzyk.

- Na pewno nikt z układu za Tobą nie szedł Pariasie Kazimkiewiczu? - upewniał się, podejrzliwy jak zawsze Zyzio.

Parias Kazimkiewicz upadł na kolana, oddał należyty hołd królowi Dyziemu, z wielkim szacunkiem skinął głową, zajętemu układaniem jakiegoś zaklęcia, ojcu Piardzykowi, po czym podszedł do małego okienka i z nutką niefrasobliwej niepewności w głosie powiedział: - Na pewno Prezesie Zyziu, uważałem jak zawsze.

 - Skoro jesteśmy już wszyscy - zaczął przemowę Tasior Zyzio - to zaczynajmy, bo jak wiecie nie jest dobrze. Zorganizowałem to tajne spotkanie, bo Jan Marian Boruta odkrył nasz misterny plan. Ogłasza wszystkim, że nie wiemy jak rządzić, tylko udajemy, wodząc za nos ten cały plebs, który nas wybrał. Przez niego nawet nie grzeszący zbytnio intelektem Chepper zaczął coś podejrzewać, nie mówiąc już o Wiatrychu. Dlatego też musimy coś zrobić, musimy przecież trzymać się władzy jak rzep psiego ogona. Poradziłem się już naszego wiernego jamnika, Pimpka, który stwierdził, że jedynym wyjściem z tej sytuacji, jest ogłoszenie motłochowi, że kocia grypa dotarła do naszego małego państewka. Podczas gdy wszyscy będą przeżywać palenie na stosach, bogu dycha winnych toreb na pchły, my będziemy mogli zająć się likwidacją układu.

- Przepraszam Prezesie - wtrącił się Kazimkiewicz - ale ja nie do końca rozumiem kto jest w tym układzie i co to w ogóle jest za układ?

To pytanie podziałało na Zyzia jak płachta na byka. Podskoczył do Pariasa, chwycił go za ramiona i wykrzyczał mu prosto w twarz: - Tyle razy ci mówiłem, że w układzie są wszyscy, którzy się z nami nie zgadzają lub nas nie popierają. Rozumiesz!? - wziął głęboki uspokajający oddech i kontynuował - Gdy już rozbijemy układ, będziemy bezpieczni. Boruta z Truskiem i Kujawniczakiem będą bezsilni jak dzieci. A my obiecamy naszym poddanym kolejne złote góry, których nigdy nie zobaczą. Oni są jak osioł biegnący za wiszącą nad jego głową marchewką.

Gdy Prezes Zyzio powoli ujarzmiał swoją ekscytację, ojciec Piardzyk oświadczył, swoim patriarchalnym tonem, że skończył właśnie pracę nad zaklęciem, które pozwoli skutecznie zatopić Planszę. - Do mojego wywaru, niezbędnego do zaklęcia - tłumaczył zgromadzonym - Będę potrzebował włos łonowy Cheppera, dwa krucyfiksy Wiertycha, ,,lub czaspomisma" Jarkowskiej oraz dwie zdechłe muchy, bez których wywar w ogóle nie osiągnie swojej czarnej mocy. A teraz znikam, bo mam spotkanie z moimi wiernymi moherkami. Niech moc niezliczonych srebrników będzie z wami - rzucił zamykając za sobą drzwi. Usadowił się na swojej miotle i odleciał.

Piotr Krupa