(o walce osób niepełnosprawnych o kartę parkingową)

 


 

 

Nie mam już ochoty , a przede wszystkim siły, na analizowanie czy tu więcej braku wyobraźni ustawodawcy, czy głupoty i nadgorliwości urzędniczej. Wszystko mi zresztą jedno. Najistotniejszy, w tym jak rzecz wygląda w praktyce, jest fakt, że to, co dzieje się wokół procedury przyznawania kart parkingowych najciężej poszkodowanym osobom niepełnosprawnym, wygląda ,i „smakuje”, jak bezduszność i nieprzyzwoitość, ale trąci wręcz sadyzmem w najczystszej postaci. W dodatku sadyzmem skierowanym przeciw najsłabszym.
Bo żeby było jasne, nie chodzi w tej sprawie o to, iżby ktokolwiek, a już zwłaszcza same osoby z niepełnosprawnością, szczególnie, że to właśnie one bywają - skutkiem nadużywania pewnych drogowych przepisów – poszkodowane w praktyce najbardziej, mają cokolwiek przeciw weryfikacji uprawnień. Prawo do sprawdzenia zasadności przysługujących niepełnosprawnym „przywilejów” parkingowych i spowodowania, aby korzystali z nich wyłącznie ci, którzy naprawdę powinni, ma oczywiście istnieć. Zwłaszcza, że co chwilę i zewsząd dochodzą sygnały o nagminnym łamaniu obowiązującego w naszym kraju prawa, także i w tym zakresie.

 


 

Nikt z nas, bo sama jestem osobą trwale niepełnosprawną od urodzenia i mam mnóstwo znajomych i przyjaciół w podobnej do mojej sytuacji zdrowotnej, nie podważa konieczności ukrócenia amoralnych zachowań. A paleta takich jest niestety dość szeroka, że wymienię tylko, dla przykładu, wykorzystywanie przez rodziny wystawionych dawniej kart parkingowych, które kiedyś, o owszem, służyły osobom niepełnosprawnym, tyle tylko, że ci ludzie... zmarli już jakiś czas temu, czy też sytuację, a zdarzają się i takie choć rzadko, w której możliwe było wyleczenie kogoś na tyle, że tak naprawdę z uprawnienia już korzystać nie musi, a czyni to mimo wszystko. Opisów jeszcze większej, a znanej mi, operatywności naszych rodaków, także i w tym zakresie, miłosiernie czytelnikom oszczędzę...

 


 

Kwestia więc nie w tym, żeby konsekwentnie nie eliminować sytuacji patologicznych, moralnie wątpliwych, czy zdrowotnie niejednoznacznych. Problem jedynie w urzędniczej praktyce skierowanej przeciwko osobom bez wątpienia żyjącym, co łatwo zweryfikować bez potrzeby niepokojenia tych osób, choćby w Urzędzie Stanu Cywilnego, a cierpiącym od wielu lat, nierzadko nawet od urodzenia, na choroby nieuleczalne i skutkujące trwałymi ciężkimi dysfunkcjami zdrowotnymi. Takimi, które bez jakichkolwiek wątpliwości, tudzież obaw o okazanie się człowiekiem nieuczciwym, potwierdzi każdy, nawet ten zawodowo mniej zdolny lekarz. Nie mówiąc już o tym, że w przypadkach, o których tu mowa, jednoznacznie może je potwierdzić wystawiane w takich wypadkach dożywotnio, przez powoływaną przez ZUS, komisję lekarską, tak zwany KIZ, czyli Komisję do . Spraw Inwalidztwa i Zatrudnienia, orzeczenie o stopniu niepełnosprawności . Komisja ta przyznawała zawsze, i przyznaje dotąd, podobne orzeczenia ludziom, których stan zdrowia nie rokuje, bo z istoty schorzenia nie może rokować, nawet przy najlepszej możliwej rehabilitacji, na tyle istotnego polepszenia, żeby w ogóle – na nieszczęście przecież dla samych chorych -można było, nie tylko mówić, ale nawet pomyśleć, że zaistnieje taka sytuacja, że ludzie ci raptem zaczną korzystać ze swoich uprawnień w ruchu drogowym. W dokumencie tym, opisana jest dokładnie, przez lekarzy wszak, i jednostka chorobowa i zakres ograniczeń zdrowotnych konkretnego pacjenta. Tymczasem...

 


 

Mimo że zainteresowany, przychodzi do stosownej komórki, we właściwym dla swego miejsca zamieszkania, Centrum Pomocy Rodzinie, uzbrojony i w wypełniony przez siebie wniosek – oświadczenie dotyczące równocześnie i ubiegania się o ww. kartę parkingową i jego stanu zdrowia i w, potwierdzony odrębny i aktualny, bo nigdy nie starszy niż 30 dni, wniosek -oświadczenie w przedmiotowej sprawie, wypełniony przez jego lekarza pierwszego kontaktu, to zaświadczenia KIZ nie są honorowane. A nad kłębiącym się w urzędzie, w Warszawie, w końcu sierpnia, kiedy byłam tam we własnej sprawie, kilkusetosobowemu tłumem zrozpaczonych, zmęczonych, zdziwionych obowiązkiem udowadniania, po raz nie wiadomo który w życiu, bolesnej dla siebie oczywistości, chorych ludzi króluje, ta lub inna, Pani urzędniczka, która - mieszaniną niefrasobliwości i arogancji w głosie – komunikuje (tu cytuję wypowiedź pod moim adresem, ale obok słyszałam wiele innych podobnych): TO PANI POTRZEBUJE OD NAS KARTY PARKINGOWEJ, I TO PANI MUSI SIĘ DO NAS DOSTOSOWAĆ...

 


 

Wreszcie zgodnie z obecnie wymyśloną pragmatyką postępowania w zakresie orzekania o inwalidztwie, potrzebnego do uzyskania karty parkingowej, Centrum Pomocy Rodzinie powołuje własną komisję lekarską i taki tryb działania miał być jego dalszym etapem. Samo powoływanie nowego składu lekarzy do potwierdzenia faktów można by jeszcze ewentualnie zrozumieć, mimo że - w wypadku moim i w tysiącach podobnych sytuacji – jest to kompletnie bez sensu, we wspomnianym wcześniej obliczu posiadania przez nas dożywotnich orzeczeń potwierdzonych przez lekarzy orzeczników ZUS, ale...

 


 

Na tym bynajmniej nie koniec, „panienka z okienka” dodaje, że w drodze wyjątku, przyjmuje ode mnie dostarczoną dokumentację, tj. nieistotny dla niej papier z ZUS, mój wniosek – oświadczenie i dokument wypełniony kilka dni wcześniej przez mojego lekarza rodzinnego, ale w ciągu 30 dni otrzymam do domu list, w którym będzie wykaz dokumentów, które muszę jeszcze dostarczyć. I otrzymuję owszem list polecony. Zdołałam go odebrać 2 września br., a w nim żądanie dostarczenia AKTUALNEJ dokumentacji z poradni neurologicznej, w nieprzekraczalnym terminie 12. września br., bo jeśli nie uczynię tego w wymienionym terminie i nie wyjaśnię przed jego upływem dlaczego tego, ewentualnie nie uczyniłam, to moje sprawa nie będzie rozpatrywana. Znaczy, że oprócz sadyzmu jeszcze szantaż?...

 


 

Ale trudno. Przez kilka dni próbuję dostać się do poradni neurologicznej. Nie będę przecież nikomu tłumaczyć, że normalny człowiek, jeśli coś mu dolega przez całe życie, a skutecznie wyleczyć nie bardzo się da, nie biega bez przerwy do lekarza w tej akurat sprawie i w związku z tym aktualnej dokumentacji medycznej nie posiada. Zresztą, ten komu bym tłumaczyła, nie pojąłby, raczej...

 


 

Oczywiście, w realiach naszej opieki zdrowotnej,moje próby uzyskania szybkiej konsultacji neurologicznej spełzają na niczym. W desperacji, 6 września 2014, piszę, wysyłam 8.09.2014, do stosownej komórki odpowiedniego urzędu, w Warszawie przy Andersa 5, list polecony następującej treści:

 


 

Ewelina Pacak

 

ul. XXXXXXXXX

 

Warszawa

 

nr sprawy XXXXX

 


 

Do WCPR – Stołecznego Centrum Osób Niepełnosprawnych
(Miejskiego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności)
ul.: Gen. Andersa 5
00-147 WARSZAWA

 


 


 


 

Informacja,

 


 

W odpowiedzi na Państwa pismo z dnia 26.08.2014 r., które dotarło do moich rąk dopiero 2.09.2014 r, z przykrością informuję, że do dnia 12.09.2014 nie jestem w stanie dostarczyć do Państwa, oczekiwanej ode mnie przez Wasz Zespół, dokumentacji neurologicznej. Powodem tego stanu rzeczy jest fakt, iż w tak krótkim, jak na standardy polskiej opieki zdrowotnej, terminie, nie jestem w stanie uzyskać stosownej wizyty lekarskiej, a w domu takiej dokumentacji nie posiadam.

 


 

Jednocześnie zapewniam, że dostarczę dokument(y), o który (e) Państwo prosicie, niezwłocznie. Tj. w możliwie najkrótszym terminie, gdy tylko uda mi się umówić na odnośną konsultację lekarską.

 


 

Na koniec pozostaję pełna – graniczącej z pewnością - nadziei, że w powołanej przez Państwa w przyszłości komisji lekarskiej zasiadać będzie kompetentny lekarz neurolog, mogący potwierdzić, że osoba, która od urodzenia, tj. od 54 lat, jest w znacznym stopniu niepełnosprawna ruchowo, z powodu dziecięcego porażenia mózgowego, nazywanego też dawniej chorobą Little´a, nie jest zwykłym oszustem, ani symulantem. Wyrażam też głębokie przekonanie, że wyznaczenie przez Państwa bardzo krótkiego terminu na dostarczenie przez osobę niepełnosprawną dokumentacji, nie jest, co przecież naturalne, podyktowane niczym innym, jak tylko chęcią możliwie najszybszego załatwienia sprawy.

 


 

Z poważaniem Ewelina Pacak” i czekam co będzie dalej...

 


 

Jednak wielkiej nadziei na odrobinę rozsądku w tej sprawie nie mam. Zwłaszcza, że ci z moich koleżanek i kolegów, ze schorzeniami równie nieuleczalnymi i równie jednoznacznymi jak moje, którzy już dostąpili szczęścia stanięcia przed obliczem nowej komisji lekarskiej, i tak zostali poproszeni o uaktualnienie dokumentacji medycznej. A mnie durnej nasuwa się, w związku z tym jeszcze jedno pytanie. Jeśli pacjent ma dostarczyć kompletną, i w dodatku świeżutką, dokumentację, to kto siedzi w tej światłej komisji i w ogóle po jaką cholerę jest ona powoływana?...

 


 

Analogiczne sygnały mamy zresztą z całej Polski. Obawiamy się więc, że będzie tak, jak u nas zwykle. To znaczy, że ostatecznie karty parkingowe otrzymają ci, którzy poradzą sobie każdych warunkach, tzn. sprytni i silni. A ci naprawdę potrzebujący i istotnie uprawnieni, bo słabi i schorowani, zostaną z niczym, ponieważ nie wystarczy im siły na walkę z urzędniczą machiną, lub z ustawodawczą bezmyślnością, a tak, czy owak, z sadyzmem uprawianym w imieniu polskiego państwa, czyli nas wszystkich Więc zdrowia życzę, Kochani, każdemu z osobna i narodowi całemu.

 


 

Całkiem już na finał dodam j, że niniejszy tekst napisałam pod pseudonimem. Zmieniłam też swoje imię i nazwisko jeszcze dwukrotnie, tam gdzie występowały one w treści. A to na wypadek, gdyby jakimś, decydującym o kartach parkingowych, czynnikom przyszło do głowy, w stosownym momencie, i oczywiście pod pretekstem czegoś zupełnie innego, wziąć na mnie odwet za napisanie prawdy. Nie ukrywam się jednak specjalnie starannie i każdej medialnej instytucji, kto zechce upublicznić i rozpowszechnić to co na dany temat napisałam, a później podjąć jakąkolwiek interwencję w sprawie, służę swoimi prawdziwymi danymi osobowymi.

 


 

Ewelina Pacak