„Kapelusz płaszcz i buty z deputatu ,
  pod jedermańsko urzędniczy swojski sznyt  
 W kieszeni nakaz by nie wierzyć nawet bratu
 i posłuszeństwo za miesięczny tłusty wikt.
 Ja wiem, że pies więc trzeba pić i trzeba wyć …,,
(Andrzej Garczarek, Pies )

Więc pijmy toast za tych z milicji za tych z milicji nie pije nikt
(Włodzimierz Wysocki )

Ujawnienie dokumentów milicjanta, które powinny pozostać tajne po wsze czasy, jest dobrą okazją, aby zastanowić się czy sama przynależność do MO może człowieka dyskwalifikować do pracy w innym zawodzie. Cytowany tu na wstępie Włodzimierz Wysocki co prawda w milicji nie służył ale, jak wiadomo, zagrał w milicyjnym serialu tak doskonale, że przeciętny widz uważał go za prawdziwego radzieckiego milicjanta. Nie inaczej było z legendą polskiego boksu Jerzym Kulejem, który także w filmie pod pretensjonalnym tytułem „Przepraszam czy tu biją” grał samego siebie czyli oficera milicji. Stanisław Barańczak docenił znaczenie milicji dla literatury polskiej i napisał książkę pt. ´Polska powieść milicyjna”, gdzie doskonale operując przykładami obśmiał ten literacki podgatunek. Przywołajmy tu jeszcze pewnego tłumacza wierszy Rainera Marii Rilkego, który był podobno prawdziwym porucznikiem milicji, aby przejść do byłego milicjanta, który interesuje nas najbardziej.
Oto dlaczego milicjant ten nas tak bardzo interesuje. Przede wszystkim dlatego, że - jak doniósł skwapliwie tygodnik „Uważam Rze” -  milicjant ten nie chodził w mundurze, tylko po cywilnemu i jako cywil wspólnie z kolegą założył był podziemne wydawnictwo „Rytm”. Prowadził więc działalność, za którą  przynajmniej w części płaciło państwo - wydział VI MSW czyli kontrwywiad opłacał mieszkania, samochody i pensję tego milicjanta – by przez  ostatnie 20 lat opłacać w całości jego emeryturę .


„Uważam Rze” ma żal do milicjanta nie o to. że brał pieniądze i że założył z kolegą podziemne wydawnictwo, ale o to, że tej działalności po roku 1990 nie zarzucił. Wydawca ten przez ostatnie 22 lata starał się kontynuować podziemną antykomunistyczną działalność wydając setki słusznych i dobrych książek, po części nadal finansowanych z publicznych pieniędzy. Działalność taka nie jest jednak zbyt dochodowa - książki takie sprzedają się słabo i dotacje są konieczne.

 

Nie wiadomo jednak, co tak autorów tygodnika oburza. Tak bardzo zresztą, że replikują w swojej poczytnej gazecie kopię legitymacji milicjanta i obszernie rozpisują się na temat jego  konspiracyjnego nazwiska, które nasz major milicji bezczelnie zachował i nadal używa . Wydaje się,  że to raczej Kiszczak, Jaruzelski i Urban powinni mieć za złe majorowi ich milicji zdradę ideałów komunistycznego państwa i  wydawanie bez cenzury o 22  lat za długo książek, zbieranie nagród itp. fanaberie. Dodatkowo jeszcze milicjant ów do zbrodniczej swej działalności wciągnął  IPN, który jest jak wiadomo instytucja świętą i nieskalaną żadną  współpracą  z milicją, tropiącą natomiast wszędzie byłych milicjantów i ich współpracowników. A tu proszę - IPN poszedł na współpracę z MO, której w dodatku już dawno nie ma!

O co więc może chodzić i jaka przyczyna może być tego tropienia, ujawniania i utrudniania życia milicjantowi? „Uważam Rze” cieszy się w kolejnej publikacji z tego, że IPN wycofuje się ze współpracy z milicjantem, ogólnie życzy mu źle, to znaczy chce, aby książki, które razem planowali wydać, nigdy się nie ukazały i żeby milicjant były oraz IPN nigdy już razem nie stali obok siebie na żadnym zdjęciu albo i poza nim. Książki tak, ale nie z byłym milicjantem, zdaje się wołać IPN  Przypomina to stare hasło milicyjne: socjalizm tak, wypaczenia nie.

Wypada jednak postawić pytanie: dlaczego dziennik Rzeczpospolita  razem ze swoim tygodnikiem nie może wybaczyć byłemu już milicjantowi jego działalności po roku 90 jeszcze bardziej niż tej poprzedniej. Gdyby milicjant ten nie wydawał książek obecnie i to jeszcze wspólnie z IPN, dziennik i tygodnik należący do, jak wieść niesie, Leszka Czarneckiego, opisanego przez tę samą Rzeczpospolitą jako agent milicji, pewnie nie wspomniałyby o nim wcale, wybaczono by mu emeryturę, stopień majora (rezerwy) i wszelkie apanaże, jakie jeszcze od Kiszczaka otrzymał, wreszcie -  medale i nagrody współczesne. Wydaje się, że przyczyniła się do tego zwykła ludzka zazdrość. Bo gdyby przyjąć, że nasza sprawa zwyciężyła jako słuszna, bo zwyciężyć musiała, milicjant ten i inni po chrześcijańskim akcie skruchy, jeśli nie tylko czytają książki, ale  nawet wydają lub piszą, to nie mieliby autorzy poczucia wyższości nad współpracownikami dawnego reżimu. Nie mogliby podnosić wysoko głowy i uważać się za depozytariuszy jednej słusznej sprawy i linii przeniesionej do nowych czasów przez Solidarność Walczącą czy inne grupy oporu bardziej radykalne niż Komisja Krajowa Solidarności - Wałęsa i Bujak.  

Chodzi też o zepchnięcie obywateli PRL, którzy zajmowali jakieś stanowiska w tym hybrydowym państwie, w jakiś społeczny, gospodarczy i polityczny niebyt i nieistnienie w żadnym z wymiarów naszego życia w III i IV RP .

Coś podobnego usiłowali zrobić komuniści po roku 1945 z ludźmi, którzy znaczyli coś i zajmowali ważne stanowiska w czasach II Rzeczpospolitej. Ale moja, nasza Polska nie jest, mam nadzieję, PRL-em i tego robić zwyczajnie nie wolno. Dlatego jeszcze raz powtórzę, że Wydawnictwo prowadzone przez byłego milicjanta ma prawo wydawać książki, a my mamy prawo je czytać i kupować bez względu na to, czy właścicielem „Uważam Rze” jest inny milicjant lub tylko agent czy działacz KPN z Krakowa albo jeszcze ktoś inny.
   
Wiktor Ostrowski