Szkolnictwo wyższe jest ostatnio w mediach modne. Jest to pewnie w dużej mierze sprawa wrzawy dokoła planowanej reformy, ale na marginesie pojawiają się również wypowiedzi z głównymi nurtami reformy związane raczej luźno. Jednym z nich jest kolejna już odsłona tematu „plagiaty studenckie”.

Sprawa stara jak bujny rozkwit naszego szkolnictwa, ale autorytety przeróżne z powagą na nowo odkrywają, że jak człowieka postawić w trudnej sytuacji i dać mu możliwość nieuczciwego z niej wyjścia, to on z tego na pewno skorzysta. Może ja żyłem w innej niż te autorytety Polsce (choć chyba jednak w tym samym czasie), albo pecha miałem że zawsze na patologie trafiałem, ale odkąd pamiętam, to kombinatorów rozmaitych co krok spotykałem. Począwszy od szkoły podstawowej, gdzie zrzynaliśmy prace domowe równo, a nauczyciele udawali często, że tego nie widzą. A od tego czasu szkoła znacznie się zmieniła. I raczej nie na lepsze.

Podobnie było i na studiach. I to też się zmieniło. W podobnym, co i podstawówka kierunku. Z pracami dyplomowymi było za „moich” czasów jednak inaczej. Na seminarium dyplomowym było nas chyba ok. dziesięciu, a promotor miał zajęcia w jednej tylko uczelni i nawet z nadgodzinami dwóch etatów raczej nie przekraczał. A my nie mogliśmy studiowania lekce sobie ważyć, bo o „sprawności nauczania”, to może kto wtedy i słyszał, ale żeby toto na poważnie brać to już chyba nie.

Dziś sprawność nauczania (tzn. stosunek liczby studentów zaczynających do kończących studia w terminie) mamy znakomitą, stopień scholaryzacji (tj. procent młodzieży studiującej) też i nikt nie pyta, jak to się stało. Może szkoła średnia w tym czasie Himalaje poziomu nauczania osiągnęła i wszyscy absolwenci są równi Einsteinowi i Langemu (od lat najchętniej wybierane są kierunki zbliżone do ekonomii), może to nowe pokolenie otrzymuje znacznie lepsze wychowanie niż moje, może mniej czasu na rozrywki głupie – jak my traciliśmy– traci, a może żywność mniej skażoną żre, że mądre jest tak okrutnie, iż tak znakomicie wysoką sprawność nauczania z olbrzymim umasowieniem kształcenia godzi? Tak czy siak wyniki mamy znakomite i nikt pewnie nie wie, skąd tych patologii w szkolnictwie wyższym tyle. A przecież tak naprawdę, to chodzi nie tylko o plagiaty, ale też oszustwa przeróżne na bardzo dziś krętej – to, oczywiście, ze względu na dynamiczny rozwój społeczny, a nie pokrętne myślenie byłych i obecnych władz uczelni polskich – drogi do upragnionego dyplomu. Który, o ironio, niczego już prawie nie gwarantuje, bo masowo kształconych ekonomistów nie nauczono, że dynamika podaży generuje reakcję w postaci podobnej dynamiki cen. Tylko zwrot się zmienia. To taka ekonomiczna wersja newtonowskiej zasady „akcji i reakcji”. Zasiadający w senatach naszych uczelni naukowcy poważni – w wysokości naukowej hierarchii i ilości utytułowanych naukowo ludzi jesteśmy światowa potęgą (w – jakkolwiek mierzonej – efektywności nauki już, niestety, nie) – czynnie przecież zarówno w podnoszeniu sprawności kształcenia jak i stopnia scholaryzacji uczestniczyli. W tym pierwszym poprzez wystawianie pozytywnych ocen, w tym drugim poprzez umasowienie pozytywnych decyzji o przyjmowaniu na studia. Złośliwi powiadają wprawdzie, że wielu (co bardziej złośliwi mówią, że większość) uczonych gdzieś tak w pierwszej połowie lat 90. powagę i rzetelność na pazerność zamieniło, ale kto by takim złośliwcom, co to autorytety by tylko podkopywali, wierzył.

I w ten prosty sposób mamy w nauce i szkolnictwie wyższym syf niewąski, a winnych nie mamy. Krasnoludki może te decyzje podejmowały? Gdzie byli czcigodni członkowie uczelnianych senatów, gdy przyjmowano na studia wielokrotnie więcej młodzieży niż uczelnie były w stanie kształcić? Którą ręką podpisywali rektorzy tak obłędnie wiele dyplomów? Dlaczego im ta ręka nie zadrżała? Czy w uczelnianych władzach nie było nikogo, kto potrafiłby policzyć ilu dyplomantów przypada na jednego studenta?

W Wydziale Zarządzania i Administracji Akademii Świętokrzyskiej, gdzie pracowałem, na każdego – z portierami i sprzątaczkami włącznie - etatowego pracownika przypadało ok. 30 dyplomantów. Podobno byli i lepsi. Czy nikt we władzach takich uczelni nie policzył ile stron dziennie powinien czytać promotor w takim wydziale? Ja – przywalony wymuszonymi promotorstwami – policzyłem i publicznie o to zapytałem. Na dobre mi to nie wyszło.

Takich, i bardziej przykrych pytań stawiać można znacznie więcej. Ja nie pamiętam, by w latach 90. stawiano je często i publicznie. A to był ostatni moment, kiedy jeszcze można to było sensownie robić. Dziś jest to tylko hipokryzja lub (w przypadku ludzi spoza szkolnictwa wyższego) dowód społecznej bierności i naiwności.

Dokładnie to samo można powiedzieć o propozycjach stosowania programów antyplagiatowych. Aby zrobić to uczciwie, należałoby przejrzeć prace znajdujące się dziś w archiwach uczelni, szczególnie prace promotorów bardziej niż inni pracowitych. A bywali i tacy, co w jednym roku i jednej tylko uczelni potrafili mieć i 150 dyplomantów. A pracowali w kilku uczelniach. Czy pomysłodawcy walki z plagiatami sprawdzali może, jak tę masę prac „przerobić”? Nie wszystkie oddawano w wersji elektronicznej, więc pewnie trzeba by trochę poskanować, OCR-em jakimś przetworzyć, poprawić niedoróbki i dopiero wtedy porównać. No to kiedy możemy oczekiwać wyników? Za 10 lat? Kogo można będzie wtedy „pociągnąć za konsekwencje”? Jedyne co można dziś zrobić, to powiedzieć „OK., zrobiliśmy się w wała i nie da się tego naprawić. Od dziś fikcję prac dyplomowych likwidujemy i nie bajdurzymy, że potrafimy toto kontrolować.”

Takie propozycje padały. Czy to coś da? Nie wiem, ale wiem, że jakby nie kombinował, to i tak wyjdzie, że tych naprawdę winnych nikt nawet wskazać się nie ośmieli. Może moralizatorzy naszego wiodącego szkolnictwa wyższego napiętnują jakieś płotki, lecz czcigodnych nikt nie ruszy. I dalej nie będzie wiadomo, jak to się stało, że wszystkie właściwie polskie uczelnie w pogoni za szmalem totalnie olały zdrowy rozsądek, o elementarnych zasadach uczciwości wobec płacącego za edukację podatnika nie wspominając. Od pewnego poziomu społecznego szacunku ludzi można już tylko nagradzać. Chyba, że podpadną jeszcze bardziej czcigodnym. Czy szkolnictwo wyższe jest wyjątkiem, wrzodem na tyłku zdrowego społeczeństwa? Wątpię. Gdyby tylko co dziesiąty z czytelników „Kontratekstów” wpadł na pomysł, by opisać hipokryzję w dziedzinie, którą zna, to Redakcja zebrałaby materiał na sporą książkę. A może to jest pomysł? Idą wakacje, czas wypoczynku, ale również przemyśleń. Przy wieczornym piwie, oglądaniu zachodu słońca czy deszczowym wędkowaniu. Świat pełen jest hipokryzji, a my nauczyliśmy się z nią żyć lepiej niż wiele innych nacji. Takie teksty pomogą nam utrzymać wysoką pozycję w szerokiej rodzinie miłośników hipokryzji. Nie wszędzie można być mistrzem, więc szanujmy, to co już mamy. Hipokryzję właśnie.

Waldemar Korczyński