Prokurator Krzysztof Urbaniak, prowadzący śledztwo w sprawie zabójstwa Stanisława Pyjasa, tak wspomina zeznania Lesława Maleszki złożone w połowie lat 90.: „To niezwykle inteligentny człowiek. [...] Wspominając lata 70., prezentował się jako człowiek zagubiony w swoim środowisku, trochę z boku. Współpraca z SB miał dawać mu poczucie przewagi nad resztą grupy." (GW, 30 czerwca 2008). Ta lakoniczna charakterystyka osobowości Maleszki wydaje mi się niezwykle celna - trafia w sedno.
Gdy przystępowałem do organizowania podziemia na początku stanu wojennego, pewien stary AK-owiec poradził mi:

„Unikaj ludzi słabych, zakompleksionych, z niskim poczuciem własnej wartości. Takich zawsze łatwo złamać, zwerbować do współpracy. Pamiętaj, że w życiu są trzy narkotyki: pieniądze, seks i władza. Władza jest narkotykiem największym. Człowiek zakompleksiony gotów jest zdradzić, jeśli da to mu poczucie władzy nad innymi. Nie jest dla niego ważne, czy będzie bohaterem, czy zdrajcą. On chce być WIELKI. Wielki bohater, lub wielki zdrajca - ważne tylko, że wielki."

Rada dobra, tylko trudna do wykonania. Środowiska opozycyjne w Polsce, zwłaszcza jeszcze przed stanem wojennym, powstawały na zasadzie kontaktów towarzyskich, nie były sformalizowane, zamknięte. W Armii Krajowej było wiadomo, kto do niej należy, a kto nie, bo to była organizacja wojskowa. W ruchu oporu czasów PRL-u struktury były luźne, koleżeńskie, a przywództwo opierało się tylko na autorytecie. Do tego ruchu oporu należał każdy, kto chciał i nikt nie decydował: tego przyjąć, a tego nie. Z jednej strony była to nasza słabość, bo garnęli się do nas różni ludzie „nawiedzeni", różni frustraci i motywacje nie zawsze były patriotyczne. Przywódcy grup często nie wiedzieli, kogo wciągają w działalność ich koledzy. Był taki szpan na konspiratora. Gdy chłopak chciał zaimponować dziewczynom, to dawał do zrozumienia, że konspiruje.

Starzy konspiratorzy łapali się za głowę, bo to było zaprzeczenie wszystkich zasad bezpieczeństwa. Konspirator powinien być „mały, cichy, szary" i trzymać gębę na kłódkę. Ale z drugiej strony, z takiej dzikiej konspiracji wynikała jej siła. Brak struktury, nieformalne przywództwo, brak deklaracji członkowskich i trudność odróżnienia grupy podziemnej od imprezowej, towarzyskiej, powodowały nieskuteczność większości technik inwigilacji. Nie można było wprowadzić agenta, bo konspira rekrutowała się wewnątrz kręgów towarzyskich, hermetycznych dla wywiadowców policji. Nie można było iść po nitce do kłębka, czyli wprowadzić agenta, który od dołu struktury dotarłby stopniowo do przywódców, bo nie było ani nitki, ani kłębka. Twierdzę, wbrew takim „historykom" jak Sławomir Cenckiewicz, że SB była bardzo źle poinformowaną policją polityczną. Ludzie grzebiący się w papierach SB ulegają złudzeniu, że ta służba bardzo dużo wiedziała, bo nie wiedzą tego, o czym SB nie wiedziała wcale. Ta ciemna strefa informacji po prostu nie ma w papierach SB żadnego odbicia, a jest znacznie większa od tej strefy dla SB wiadomej.

Niestety SB miała parę sukcesów w werbowaniu informatorów i wyhodowała paru wielkich zdrajców. Taki wielkim kapusiem był Sławomir Miastowski, który wsypał MRKS i takim był Lesław Maleszka, pseudonim „Ketman". Tych ludzi zwerbowano właśnie przez dostarczenie im poczucia przewagi nad grupą koleżeńską.

Kto to jest Ketman? To słowo oznacza muzułmanina, który przebywając w środowisku niewiernych ukrywa swoją prawdziwą wiarę, by realizować skrycie jej cele [„Ketman w islamie oznacza warunkowe zwolnienie z okazywania wiary, możliwe do zastosowania tylko w skrajnych przypadkach (przymusu lub zagrożenia). W krańcowej formie umożliwia pozorne wyparcie się wiary" - Wilkipedia].

Dlaczego Maleszka przybrał taki pseudonim? Myślę, że przed samym sobą uprawiał autokłamstwo. Nie jestem zdrajcą, tchórzem, człowiekiem złamanym prze SB. Jestem ketmanem, tajnym agentem, człowiekiem wykonującym tajne i ważne zadanie we wrogim środowisku, niczym Klos, Bond, czy Borewicz. Jestem wielki, niczym Kmicic na dworze Radziwiła. Jak już być zdrajcą, to nie zwykłym, podłym. Być WIELKIM ZDRAJCĄ.

Maleszka wszedł w rolę katmana dogłębnie, sam w nią uwierzył. Gdy wszystko się wydało, ponownie zadziałał jak ketman. Napisał artykuł „Byłem Ketmanem" w którym pozornie wyznawał winy, jakby licząc na przebaczenie. Maleszka tłumaczył, jak to zmuszono go do współpracy, bo tak strasznie się bał tych SB-ków, jak to starał się od współpracy wykręcać, starał się tłumaczyć SB-kom, że ci ludzie z ruchu oporu nie są tacy źli. Kłamał, dalej był ketmanem, tym razem w stosunku do niedawnych kolegów z redakcji Gazety Wyborczej. Bo przecież ich też oszukał. Grał przez lata rolę kogo innego, niż był. A gdy się wydało, oszukiwał ponownie, udając skruszoną ofiarę systemu.

Kilka dni po ukazaniu się tego artykułu, po tym, jak się wszystko wydało, przypadkiem wpadłem na Leszka Maleszkę na Nowym Świecie i zbaraniałem. Spodziewałem się człowieka złanego, zgnojonego, takiego co ma myśli samobójcze. No bo w końcu znalazł się na dnie pogardy i odrzucenia. Tak myślałem, a tymczasem zobaczyłem roześmianą gębę, rozwarte ramiona i okrzyk: „Cześć Krzysiek!" (nawiasem mówiąc, nie byłem jego kumplem).

Zatkało mnie. Kto tu zwariował, ja czy Maleszka? Zero skruchy, samozadowolenie, uśmiechnięta gęba... On po prostu płynnie przeszedł w drugie wcielenie ketmana. Z ketmana zdrajcy w ketmana ofiarę, bo takie były złożone losy, bo takie były czasy trudne, ale dziś wreszcie się oczyścił przez wyznanie win... i nareszcie może się witać ze znajomymi z podniesionym czołem. Kłamstwo, nieprawda, kolejna maska ketmana.

Maleszkę poznałem w redakcji Gazety Wyborczej, gdy trwała dyskusja o Akcji Małolat, schizofrenicznym pomyśle rzecznika praw dziecka z Radomia, by wszystkim nieletnim urządzić godzinę policyjną. Pisałem artykuły tłumaczące, że jest to głupota, rzecz niedopuszczalna w demokracji. Maleszka napisał wówczas artykuł polemiczny pt. „Bójta się dzieci". Dla mnie pomysł, by dorośli ludzie bali się dzieci jest czymś koszmarnie głupim. Napisałem odpowiedź, w której wykazywałem na podstawie danych medycznych nie ma „wyrośniętych trzynastolatków", których dorosły powinien się bać, bo 40-letni facet ma kilka razy większą masę mięśniową niż nastolatek, a trzynastolatek to dziecko ważące 30 kilogramów i nawet kobieta da sobie z nim radę bez trudu.

Maleszka dyskutował ze mną nieuczciwie, blokując tę odpowiedź. Poszło to wówczas w „Życiu" i wówczas objawił się inny bojący się dzieci „mężczyzna", nieznany jeszcze Zbigniew Ziobro, ale to inna historia.

Wszystko zrozumiałem kilka dni później. Nie pamiętam już z jakiego powodu wychodziłem z redakcji Gazety razem z Maleszką około godziny 21. Nie było jeszcze całkiem ciemno, jakoś tak szarawo. Szliśmy ulicą Chełmską w stronę Sobieskiego. W przeciwnym kierunku szli trzej chłopcy. Nic nie robili, tylko szli. I nagle zobaczyłem, jak Maleszka kuli się ze strachu, jakby zobaczył trzy czarne demony lub inna apokalipsę. Nic się nie stało. Chłopcy minęli nas i poszli dalej. Maleszka naprawdę bał się dzieci!

I to jest pierwszy klucz do osobowości ketmana. On był potwornym tchórzem. Fakt, że do Herkulesów nie należał. Wprawdzie wysoki, ale chudy jak patyk, klatka piersiowa jak lej po bombie, grube okulary, jąkający się i jeszcze zezowaty. Ani to męskość, ani uroda. Czy to jednak wszystko tłumaczy? Przecież znam innych ludzi, też nie silnych i też nie urodziwych, a wcale nie tchórzy.

Przypomnijmy sobie osoby trzech kolegów z Krakowa - Bronisława Wildsteina, Stanisława Pyjasa i Lesława Maleszkę. Bronisław Wildstein (którego dziś nie lubię, za to, co robi teraz) to był facet całą gębą. Silny charakter, przystojniak uwielbiany przez kobiety, niewątpliwie wysoce inteligentny. Staszek Pyjas, też przystojniak, świetnie piszący, myślę, że też się babom podobał, dusza towarzystwa. A między tym Maleszka - słaby, brzydki, tchórzliwy. Wątpię, by panienki do niego wzdychały. I nagle - niespodziewana okazja, współpraca z SB. Ja wam teraz pokażę, kto jest lepszy. Ja was wszystkich urządzę, za te sukcesy łóżkowe, za sympatię otoczenia i za to, że was złamać się nie da. Ketman nie czuje skruchy, bo on w swoim świecie odniósł sukces. Jemu się udało. On im pokazał.

Z Maleszką miałem jeszcze jeden redakcyjny kontakt. Napisałem artykuł „Kłamstwo stanu wojennego", w którym precyzyjnie, punkt po punkcie, wykazywałem, że cała argumentacja twórców stanu wojennego to kłamstwo. Maleszka, jako pracownik działu opinii w Gazecie, nie puścił mi tego tekstu. Wówczas jeszcze nie wiedziałem o jego podwójnej roli, o tym że wystąpił jako adwokat własnej sprawy broniąc racji Jaruzelskiego i, jak już wiem dzisiaj, swoich.

Szanowni państwo, przypomnijcie sobie radę starego konspiratora. Nie tylko w polityce, ale wszędzie, w życiu, w biznesie, w życiu towarzyskim unikajcie małych (nie koniecznie wzrostem), zakompleksionych facecików, frustratów, nieudaczników. Z takich zawsze rekrutują się ketmani. Tacy zawsze chcą władzy i wcisną każdą demagogię. Tacy muszą być wielcy, bo są mali. Z takich rekrutują się wszelkie prawdziwki, „prawdziwi Polacy i katolicy", „prawdziwi lustratorzy" oraz prawdziwi zdrajcy. Miernotom jest obojętne, czy służą Polsce, czy szkodzą. Chcą tylko władzy, bo w seksie, pieniądzach, karierze zawodowej, sporcie itd., itd., im nie wyszło.

Popatrzmy dla kontrastu, jak wybiera się polityków w starych dojrzałych demokracjach. Kandydat musi być wykształcony, przystojny, wysportowany, musi mieć piękną żonę i zasobne konto. Tu nie chodzi tylko o konkurs piękności. Taki kandydat na pewno nie ma osobowości ketmana. Te kryteria to wynik ewolucji demokracji, wypracowany mechanizm obrony przed krzykliwymi miernotami. Bo parcie na władzę ludzi o osobowości ketmana jest wszędzie i wszędzie tacy ludzie są groźni.

Krzysztof Łoziński