Fot. Sergiusz Prokurat
Widzieliście, jakie smutne miny zastygają na starość na twarzach lekarzy? Pewnie owe zmarszczki mimiczne sugerują ilość niezliczonych problemów tychże doktorów. Toż to zapracowani ludzie są, a jakże. Pracują, bo mają misję. HA! A jaki niewyraźny grymas na twarzy pojawia się u pacjentów, kiedy widzą jak działa publiczna służba zdrowia.
Synonimem słowa „misja" jest „zadanie do spełnienia". Miliony ludzi codziennie mają miliardy zadań. Czy ja też mam jakąś „misję" pisząc ten artykuł?  Skądże. Nie dorabiajmy kluczy do fikcyjnych zamków. Praca lekarzy polega na wykorzystywaniu zdobytej wiedzy do leczenia ludzi, a ubieranie tego w działalność misyjną służy wyłącznie uzyskaniu należnego szacunku i przede wszystkim odpowiedniego wynagrodzenia. Tymczasem skoro misją szpitali jest ZDROWIE PACJENTA, to czemu nie leczą tylko strajkują? Może jednak nie ma misji. Pardon. Ja o jednej słyszałem - „Misja na Marsa". No ale ona też jak do tej pory się nie odbyła.

Czemu o tym piszę? Ostatnio miałem okazję odwiedzić szacowną instytucję szpitala publicznego. Trafiłem tam, w czasie strajku lekarzy. Dodam, że z problemem zdrowotnym, co skłoniło mnie do refleksji, którymi chciałbym się tutaj podzielić. Otóż znany ekonomista, autor „Tajemnicy kapitału", Hernando de Soto, jest zdania, że najpełniej można poznać pewne zjawiska aktywnie uczestnicząc w nich. Ja jestem wciąż młody (na szczęście) i nie potrzebuję korzystać z opieki publicznych placówek NFZ (na szczęście po dwakroć). No ale już odwiedziłem szpital i zamówiłem sobie „usługę" pt. „operacja połamanej kończyny", tylko czy szpitale w ogóle realizują „usługi"? Bo jeżeli nie usługi, to co?.

Usługa aby mogła być nazwana „usługą" musi spełniać kilka warunków.

Po pierwsze musi być płatna (bo podejmowana w celach zarobkowych). Termin „usługa" wywodzi się w prostej linii od słowa usługiwać (służyć). Niekiedy „usługi" są bardzo dobrze płatne, zwłaszcza jeżeli przedmiot „usługi" jest wyjątkowo cenny. Za turystyczny lot w kosmos (niekoniecznie na Marsa) obecnie trzeba zapłacić ok. 30 mln dolarów.

Po drugie, ważne jest przestrzeganie wykonania terminu „usługi". Usługodawca i usługobiorca umawiają się co do wykonania przedmiotu „usługi" i skrupulatne wykonanie w określonym czasie umówionej kwestii jest kluczowe.

Wracając do mojej przygody ze służbą zdrowia. W recepcji, gdzie mnie przyjmowano spędziłem godzinę, nie tylko w kolejce, także aby zostać zapisanym do dwóch czy trzech kart, ksiąg czy innych świstków. Potrzebne były do tego trzy niezadowolone facetki, wśród których jedna wypaliła:

  • - Ależ gorąco. Nie mają się Ci ludzie kiedy leczyć ?
Następnym etapem mojej przygody było oczekiwanie na lekarza, który jak wiadomo, właśnie nie wiadomo, gdzie jest. Ale będzie.

  • - Proszę czekać usłyszałem - i spokojnie patrzyłem jak kilkanaście osób krząta się nie wiedząc za bardzo co mają robić, no chyba że przenoszenie radyjka z jednej sali do drugiej jest pracą. Na wywieszonej tablicy wyraźnie pisało, że wchodzić i wychodzić z sali można tylko za pozwoleniem lekarza. Nikt sobie z tego nic nie robił. A na ścianie wisiał certyfikat ISO 9001, w którym m.in jest napisane:
Politykę jakości realizujemy poprzez:

  • - Zapewnienie fachowej i kompleksowej obsługi,
  • - Stałą poprawę komfortu pacjenta w przychodniach zakładu,
  • - Dbałość o otoczenie i środowisko naturalne,
  • - Dbałosć o stałe doskonalenie warunków pracy personelu,
  • - Wdrażanie najnowszych rozwiązań w zakresie diagnostyki, leczenia i pielęgnowania
chorych.


Podobno lekarze nie realizuja usługi, lecz mają misję. Chyba tylko dlatego, że usługami trudno to nazywać. Tymczasem doktorzy w szpitalach są prawie że Panami feudalnymi. Mogą przyjąć szybciej, mogą odesłać do zapisów, mogą kazać zrobić badania, mogą nakazać nie robić wymaganych przez przepisy badań itd. Decydują niemalże o wszystkim, także o własności publicznej (szpitalnej). Choć nie powinni, to niejako oczekują różnych gratyfikacji za swoje ponadobowiązkowe spojrzenie łaskawym okiem na danego pacjenta. Ale nie mogą badać płatnie, bo zabrania im tego państwowy system opieki zdrowotnej.

Dlaczego więc lekarze strajkują? Oni podświadomie wcale nie chcą większych zarobków. Oni wołają aby wykorzystano efektywnie ich pracę, dzięki czemu otrzymaliby wyższe zarobki. Jest to takie ciche wołanie na puszczy.

Milton Friedman w swojej książce pt. „Wolny wybór" podzielił sposoby wydawania pieniędzy na kilka kategorii. Najgorszy i najmniej wydajny sposob gospodarowania występuje wtedy kiedy, zgodnie z teorią Friedmana, ktoś nam obcy wydaje „nasze pieniądze" na „cudzy" cel. Ten „ktoś" oczywiście to urzędnik państwowy, cel „cudzy" to np. publiczna służba zdrowia.

Właściwie jest to nic innego tylko przekształcenie teorii Ludwika von Misesa z 1918 roku. Mises jako pierwszy zauważył, iż w socjaliźmie nie ma rachunku zysków i strat, wobec czego z założenia socjalizm jest nierentowny. Dokładnie taka sytuacja występuje w publicznej służbie zdrowia. Jest ona nierentowna, bo nikt nie liczy się z kosztami, a zysku przecież generować nie trzeba. To sprawia, że szpitale publiczne są dziurą bez dna. Ile pieniędzy by w ten system nie wpakować nie będzie lepiej. Podwyżki dla lekarzy tylko zwielokrotnią problem. Bo komu zabrać aby dać lekarzom? Friedman pisał, że Polska powinna podążać taką ścieżką rozwoju gospodarczego, jaką szły kraje obecnie rozwinięte, w czasie gdy były na poziomie rozwoju Polski. Dlatego argumenty wszystkich tych (łącznie z Panem Religą) aby podnieść składkę zdrowotną o kilka procent są absurdalne, bo po pierwsze nic to nie da, bo nasze pensje są mniejsze niż zachodnioeuropejskie, a po drugie pieniędzy ubędzie tam gdzie mogą się one przyczynić do wzrostu gospodarczego.

Czyż synonimem „darmowego" nie jest bezwartościowe? Publiczna służba zdrowia wymaga natychmiastowej reformy. Oczywiście istnieje alternatywa w postaci płatnej służby zdrowia. Takie placówki już istnieją, ale są to najczęściej znane zachodznie sieci (np. Luxmed, Medicover, Lim). Czyje więc miałyby być szpitale? Istnieją projekty prywatyzacji, w których państwo miałoby sprzedać gminom szpitale. To absurd. Prywatny nie może być gminny. Gmina nie jest prywatna. Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Szpitale muszą mieć prywatnego właściciela.

Prywatne szpitale cechuje większa efektywność pracy. Tam nie ma ukrytego bezrobocia, etatystycznego zatrudnienia pięciu pielęgniarek na miejsce jednej. Ludzie wiedzą dokładnie co mają robić. Mają na to przydzielony czas i miejsce. Gwarantem takiego stanu jest właściciel, który będzie tak racjonalizował pracę ludzi i zatrudnienie aby osiągnąć zysk, jednocześnie obniżał koszta, aby szpital stał się rentowny.

Czy więc mogą sprawdzić się lamenty, że po prywatyzacji szpital zostanie przekształcony na przykład na hotel? Jak najbardziej, osoba która kupiła szpital teoretycznie ma prawo zrobić co chce ze swoją własnościa. Rynek zawsze dąży do równowagi, może się więc okazać że np.w małym miasteczku szpitala nie opłaca się prowadzić. Może to niesprawiedliwe pozbawiać ludzi dostępu do szpitali, zakrzykną jednym tchem zwolennicy sprawiedliwości, tej społecznej rzecz jasna. Tymczasem dążący do równowagi rynek jest gwarantem rozwoju - jeżeli nie będzie szpitali, kolei, której też się nie opłaca się docierać do małych aglomeracji, to Ci ludzie pozostaną pozbawieni dostępu do cywilizacji. Wszystko to prawda, jak i to że tacy ludzie za pracą, za cywilizacją powinni przenieść się w miejsca gdzie takie zaplecze cywilizacyjne istnieje. Rynek więc, dążący do równowagi, pozwoliłby Polsce pozbyć się największego problemu dzisiejszej demokracji - 30% pasywnych mieszkańców Polski wywarzających zaledwie 2% PKB. To właśnie Ci ludzie stworzyli Leppera i kilka innych potworków polskiej sceny politycznej.

Wracając do przekształcenia szpitala na hotel. Czy jednak nie zmarnuje się sprzęt specjalistyczny w przypadku prywatyzacji? A skadże. Kiedy zmienia się użyteczność, ze szpitala na hotel, właściciel odda bądz sprzeda wyposażenie szpitala. W końcu takie aparatury będą mu zbędne. Komu sprzeda (odda) taki sprzęt? To chyba jasne...  

Prywatna służba zdrowia ma oczywiście także wady. Łatwo zaobserwować to na przykładzie szpitali w USA, gdzie szpitale są w większości prywatne. Otóż, skoro szpital ma realizować „usługę" leczenia i zarabiać jednocześnie, to istnieje poważne ryzyko że prywatne szpitale będą „naciągały" swoich pacjentów-klientów na niepotrzebne badania, aby wyciągnąć z kieszeni chorych więcej pieniędzy. Sektor prywatny stara się radzić z tym poprzez różnego rodzaju czasowe abonementy (np.miesięczne, czy kwartalne), oferowane przez prywatne szpitale lub towarzystwa ubezpieczeniowe a nie co ciekawe, pełną odpłatność za usługi.

Nie jest prawdą, że prywatyzacja poprawi sytuacje wszystkich lekarzy i pielęgniarek. Rynek ma to do siebie, że zweryfikuje ile i jakich etatów jest potrzebne. Może się okazać że pielęgniarek jest za dużo na rynku i część nie znalazłaby zatrudnienia w służbie zdrowia, a w przypadku wysokiej podaży pracy spadają zarobki. Rynek mógłby więc, czysto teoretycznie doprowadzić do spadku zarobków pielęgniarek, jednakże są to tylko fikcyjne rozważania, gdyż de facto przy współistnieniu państwowej i prywatnej służby zdrowia zawsze wyższe pensje i lepsze warunki leczenia proponuje system prywatny, bardziej efektywny.

Jest jeszcze jedna kwestia. Co łączy próbę reformy NFZ przez Mariusza Łapińskiego oraz ustawę o lustracji, cokolwiek by o tych projektach nie myśleć. Obie zostały zakwestionowane przez Trybunał Sprawiedliwości na podstawie Art.2 Konstytucji RP. Brzmi on następująco „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej". Niewiele z tego wynika, ale de facto może się zdarzyć tak, że w przypadku politycznej zgody na prywatyzację, Trybunał ją zakwestionuje. Bo prywatna służba zdrowia nie jest sprawiedliwa społecznie. Jest efektywna i prosta - płacisz, wymagasz.

Centrum Adama Smitha opublikowało założenia reformy ochrony zdrowia. Można się z nimi zapoznać m.in na łamach „Kontratekstów". Gorąco zachęcam do przeczytania tych założeń, które są w znacznej większości zgodne z tym co tutaj opisałem i dzielą usługi na podstawowe dostępne każdemu, poprzez wykupienie w towarzystwie ubezpieczniowym abonamentu i te ponadpodstawowo realizowane na „wolnym rynku". Szpitale jednakże należy zlicytować poprzez publiczne aukcje - tak piszą eksperci CAS.

Byłoby świetnie aby Religa zrobił wieki krok naprzód w kierunku prywatyzacji służby zdrowia. Przewiduję jednak, że jemu zadrży noga i zaproponuje rozwiązanie częściowe -prywatne leczenie w publicznych szpitalach, refundowane przez NFZ. Doprowadzi to do jeszcze większego zamieszania, gdyż bilans zysków dla lekarzy będzie na plusie a za koszty (straty) zapłaci NFZ, czyli my wszyscy. Jak zawsze.

Sergiusz Prokurat