Wakacyjny przyczynek do dyskusji o elektoracie PiS
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam na urlopie. Nie po raz pierwszy byłam w Okoninie koło Golubia-Dobrzynia, to jest pod Toruniem, ale - prawdopodobnie pod wpływem niedawnych ekscesów obyczajowo-politycznych - po raz pierwszy przyjrzałam się tej okolicy nie jak miejscu z pięknym jeziorem i lasem, ale jak matecznikowi dyrektora Radia Maryja. Świadoma zmiana perspektywy patrzenia nie dała na siebie długo czekać.
Już w rozmowie z, odpoczywającą tuż obok mnie, przedstawicielką tutejszej młodej, związanej z biznesem, inteligencji, dowiedziałam się tego i owego. Piękna trzydziestoletnia blond mama małej Matyldy wyznała, że ani ona, ani (przynajmniej w deklaracjach) prawie nikt z jej najbliższych znajomych i rodziny, nie jest zwolennikiem partii miłościwie nam panującej, a tym bardziej nie identyfikuje się z jej zapleczem wykreowanym przez najbardziej znanego w Polsce redemptorystę. Zapytałam więc, kto poza, malejącą przecież nieuchronnie z powodów demograficznych, rzeszą „moherowych beretów" i nie tak znowu licznymi studentami rydzykowej uczelni, mógł jej zdaniem, tu u źródła, głosować zgodnie z wyborczymi preferencjami, czy wręcz poleceniem, tutejszego rządcy dusz? Wszak głosów dwóch, wyżej wymienionych, grup społecznych byłoby zdecydowanie za mało na skazanie całego narodu na permanentne słuchanie i oglądanie jedynie słusznej rzeczywistości politycznej, firmowanej w dodatku przez dwóch, przyprawiających obywateli o poczucie schizofrenii, nie tylko dlatego, że niemal identycznych, jegomości.

Szarooka blondynka zamyśliła się na moment. Po chwili opowiedziała mi skrócone życiorysy kilku swoich sąsiadek z podtoruńskiego Lubicza, w którym mieszka wtedy, gdy akurat nie przebywa na letnim wypoczynku w Okoninie. Życiorysy te, ponoć aż nadto typowe dla znanej mojej interlokutorce rzeczywistości, można by, z grubsza, streścić tak: „Mam piętnaście lat. Nie skończyłam żadnej dającej mi zawód szkoły. Mam dwoje dzieci. Nie mam męża. Gdy idę wyrzucić śmieci maluję się resztkami babcino-maminych kosmetyków, zakładam najlepsze ubranie i buty, bo co na inny wygląd powiedzą ludzie we wsi, a poza tym może zwróci na mnie uwagę, któryś z tych sąsiadów, co to, ewentualnie, mogliby zapewnić jakąkolwiek przyszłość mnie, moim dzieciom, oraz bezrobotnemu ojcu alkoholikowi i zahukanej matce". Taka jest Polska i taki jest elektorat Pis-u, a to co ty widzisz z perspektywy Warszawy nie ma nic wspólnego z naszą, siermiężną, ale niestety prawdziwą rzeczywistością - zakończyła z goryczą moja rozmówczyni.

 Zrobiło mi się bardzo głupio i wstyd. Tym bardziej, że poczynione później, przeze mnie samą, obserwacje potwierdziły jedynie, iż miała rację.

A tu tymczasem, przy „skrajnie niedoedukowanym" ministrze edukacji, nie może być mowy o jakiejkolwiek, nie mówiąc już o seksualnej, edukacji dla dziesiątków tysięcy młodocianych matek z tysięcy Lubiczów. Przy obecnej sytuacji w służbie zdrowia, zwłaszcza na wsi, nie ma szans na leczenie dla ich ojców alkoholików. Zaś w obliczu obecnej polityki rządu jeszcze długo nie będzie szans na pracę dla tych, którym nie staje przedsiębiorczości, aby drapieżnie o robotę walczyć lub samemu, niekoniecznie w kraju, ją sobie organizować.

Słuchają więc biedacy swego duchowego przywódcy, bo choć im od tego nie lepiej, to przynajmniej łatwiej znaleźć winnych własnej niedoli. Ci winni to, na przykład, Żydzi, czarownice, feministki itd. I itp. A jak już się nasłuchają, to idą i głosują, jak każe. To oddają swój ostatni wdowi i żebraczy grosz na tworzenie medialnego imperium ich zbawcy. Dla nich samych pozostaje przy tym wymienianie się, za pośrednictwem anteny zbawiennego radia, starymi pralkami i odrapanymi łóżeczkami dla dzieci. W sedno sprawy, ani w istotę rzeczy nie wnikają. Ale czyż można mieć do nich pretensje?...

Ewa Karbowska