Premier Kaczyński odrzucając żądania pielęgniarek i lekarzy ogłosił, że lekarze i pielęgniarki nie mają prawa żądać podwyżek, dlatego, ze w roku 2006 dostali najwyższe podwyżki w ciągu ostatnich 17 lat - o 30%. I jest to zdanie fałszywe.
Główny Urząd Statystyczny w kwietniu 2007 roku przedstawił publikacje o zatrudnieniu i wynagrodzeniu w gospodarce narodowej w 2006 r. Dane statystyki państwowej informują, o tym, że w 2006 roku zatrudnionym w sekcji ochrony zdrowia i opieki społecznej wynagrodzenia wzrosły  o 144 zł do poziomu 2123 zł brutto, tj. o 7,3% . Najwyższą podwyżkę pracownicy ochrony zdrowia i  opieki społecznej dostali po reformie w 2001 roku o 10%. A stan zatrudnienia w ochronie zdrowia maleje z roku na rok do poziomu 615 tys. osób w 2006 r.

W tym samym czasie zatrudnieni w administracji publicznej, obronie narodowej, ubezpieczeniach społecznych i zdrowotnych otrzymali podwyżki o 154 zł, i uzyskali 3215 zł., a stan ich zatrudnienia wzrósł.

Pracownicy ochrony zdrowia i opieki społecznej od lat są grupą zawodową najniżej zarabiającą i otrzymują 66% średniej miesięcznej płacy administracji publicznej.

Po blisko dwóch latach rządów PiS sprzeniewierzył się dwóm swoim flagowym hasłom wyborczym.

Miało być państwo tanie i solidarne, jest państwo drogie i niesolidarne.

Jarosław Kaczyński w swoisty sposób pojmuje solidarność. Solidarnie jest wtedy, gdy jednym się zabierze, żeby innym dać. I wychodząc z takiego pojmowania solidarności premier Kaczyński pielęgniarkom i lekarzom przedstawił swą propozycję referendum.

I  postawił nas wszystkich, społeczeństwo i pielęgniarki przed diabelską alternatywą. Stajemy przed wyborem, w którym albo:

- głosujemy za podwyżką podatku, dla najbogatszych i pielęgniarki i lekarze dostaną wyższe wynagrodzenia, albo

- nie zgadzamy się na podwyżki podatków i służba zdrowia nie otrzyma wyższych wynagrodzeń.

Jest to alternatywa fałszywa, zawiera się w niej kłamliwe założenie, o tym, ze zatrudnieni w ochronie zdrowia są biedni dlatego, że bogaci nie chcą na nich płacić.

I jest to oczywista nieprawda.

Dzięki przemianom gospodarczym i reformie służby zdrowia mamy wybór. Możemy wybrać lekarza, lub opiekę publicznej służby zdrowia, albo niepublicznej służby zdrowia. W większości wypadków wybieramy niepubliczną służbę zdrowia. I ponownie odwołam się do statystyki państwowej. W 2005 roku w ambulatoryjnej opiece zdrowotnej udzielono 261,3 mln. porad lekarskich, z tego w publicznych zakładach opieki zdrowotnej 94 mln. porad, tj. 38%,  a w niepublicznych zakładach 167 mln. porad, tj. 62%. Polacy już od lat uczestniczą w „głosowaniu nogami" w swoistym referendum na rzecz niepublicznej służby zdrowia.  Warto pamiętać, że te 62% porad medycznych udzieliło 22% zatrudnionych w niepublicznych zakładach opieki medycznej. To jest podstawowa miara efektywności działania tych dwóch sfer - publicznej i niepublicznej - opieki zdrowotnej. Premier o tym nie wie, bo nie umie odczytać procesów społecznych i gospodarczych, które prezentowane są w informacjach statystyki państwowej.

W rocznikach statystycznych możemy odczytać wiele informacji o funkcjonowaniu, finansowaniu i efektach ochrony zdrowia i opieki społecznej.

Dowiadujemy się, że w sekcji ochrona zdrowia i opieka społeczna zatrudnionych jest 707 tys. ludzi, w tym pracowników opieki medycznej, tj. lekarzy różnych specjalności, pielęgniarek i położnych jest - 321 tys. osób, tj. 46% wszystkich zatrudnionych w ochronie zdrowia. Oznacza to, że każdy pracownik medyczny świadczący  nam bezpośrednio usługi medyczne musi wypracować przychód nie tylko na utrzymanie samego siebie, ale także dodatkowo 1 osoby - „garbu" zatrudnionych w administracji centralnej, terenowej, specjalnej, w tym także 4000 zatrudnionych w narodowym funduszu zdrowia, których poziom średniej płacy jest wyższy od 3000 zł. To nieliczni ciężko pracujący - utrzymują tych, którzy pracują przy biurkach przewalając papiery z jednej strony na drugą. 

I rzeczywiście tak jest. Jest tak, gdy się przyjrzymy wydajności pracy jaką osiągają zatrudnieni w publicznych i niepublicznych zakładach opieki zdrowotnej. Rachunki narodowe przedstawiane w rocznikach statystycznych informują nas o wartości świadczonych usług zdrowotnych. W 2005 roku globalna wartość usług zdrowotnych wyniosła 48, 2 mld. zł z tego z sfery publicznej 30,6 mld. zł - 63,5%, a z sfery prywatnej 17,6 mld. - 36,5%. W tym samym roku pracujących w sferze publicznej ochrony zdrowia było 549 tys. Osób (78%), a w niepublicznej - 158 tys. osób (22%). Dzieląc wartość świadczonych usług przez liczbę zatrudnionych, dowiadujemy się o wydajności pracy w obu sferach; w publicznej - 56 tys. zł. na 1 zatrudnionego, w niepublicznej - 112 tys.zł. Pracujący w niepublicznych zakładach opieki zdrowotnej wypracowują efekt dwukrotnie wyższy od ich kolegów ze sfery publicznej. I nie jest to żadna wina, lekarzy i pielęgniarek pracujących w sferze publicznej. To jest wina państwa. Świadectwem tego, że to państwo jest winne możemy odczytać z różnicy efektywności nakładów. Jedna złotówka nakładu poniesiona w sferze publicznej przynosi 2,6 zł efektu, w zakładach niepublicznych - 3,7 zł. To państwo niesprawiedliwie rozdziela nasze własne pieniądze przeznaczone na ochronę zdrowia.

Premier Kaczyński kłamie, gdy stawia nas wszystkich przed diabelską alternatywą: żeby zabrać jednym, by dać innym. Nie potrzeba żadnego referendum, żeby bardziej solidarnie i sprawiedliwie rozdzielać te środki budżetowe, które są - a są to ciągle pieniądze nas wszystkich - żeby lepiej opłacać publiczną służbę zdrowia. Nie prawda, że tych pieniędzy nie ma.

Pielęgniarki i lekarze, przed 27 laty Jacek Kuroń powiadał, „nie palcie komitetów - twórzcie swoje komitety". Porzućcie publiczne zakłady opieki zdrowotnej - i twórzcie własne zakłady niepublicznej opieki zdrowotnej. Nie jest prawdą, że prywatne zakłady są droższe, nie jest prawdą, że pacjentów na to nie stać. 

Pomysł, żeby wprowadzić podatek katastralny na sfinansowanie podwyżek wynagrodzeń w służbie zdrowia - to pomysł chorego człowieka.

Przede wszystkim podatek katastralny wymaga szczegółowej rejestracji każdej działki w kraju. Podatek katastralny wymaga przypisania każdej działce jej właściciela. Podatek katastralny wymaga szczegółowego określenia, co jest własnością państwa, co jest własnością samorządów terytorialnych, i  w końcu tego, co się należy prywatnym właścicielom. Podatek katastralny wymaga zatem oddania właścicielom tego, co im zabrały władze komunistyczne - wymaga reprywatyzacji, dalej wymaga zatem zwrotu ukradzionej własności polskim właścicielom, żydowskim właścicielom, niemieckim właścicielom i ukraińskim także. A ciągle jeszcze państwo jest największym właścicielem gruntów w Polsce - samo sobie będzie płacić podatek katastralny? Już widzę jak ochoczo wicepremier Lepper głosuje nad ustawą o podatku katastralnym.   

Stefan Małecki-Tepicht