List otwarty zwykłego człowieka - o historii, teraźniejszości i ludzkim prawie do godności - skierowany do Pana Premiera Tadeusza Mazowieckiego i Pana Profesora Bronisława Geremka na znak SOLIDARNOŚCI/ solidarności z Nimi.
Wielce Szanowny Panie Premierze,

Wielce Szanowny Panie Profesorze,

Należę do tego pokolenia, które dziś należałoby określić jako ludzi w wieku średnim, a które w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku było pokoleniem dwudziestolatków. Z uwagi na moją specyficzną, wymuszoną bardzo znaczną wrodzoną dysfunkcją układu ruchu, sytuację życiową w -spacyfikowanych przez wprowadzenie stanu wojennego- strajkach studenckich bezpośrednio uczestniczyłam tylko w mocno ograniczonym zakresie, to jest na tyle, na ile pozwalał mój stan zdrowia.

Ponieważ jednak, mimo wszelkich moich ruchowych ograniczeń, byłam wtedy studentką germanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, to doskonale pamiętam atmosferę tamtych chwil. Te gorące dyskusje, w ramach WOLNEJ Międzywydziałowej Wszechnicy Uniwersyteckiej (z perspektywy już blisko trzydziestu lat nie ręczę niestety za nazwę, ale jeśli nie nazywała się dokładnie tak, z pewnością bardzo podobnie i  na pewno miała, „niepodrabialnego" WOLNEGO, SPRAWIEDLIWEGO I ODPOWIEDZIALNEGO DUCHA) o przyszłym kształcie państwa po zmianie ustroju, o metodach jakimi należy ten kształt osiągnąć itd., itp. Głównym jednakowoż tematem naszych, przede wszystkim wieczornych i nocnych, rozmów w gronie kolegów były autorytety, to jest ludzie niby tacy sami jak my, ale ileż mądrzejsi niż my, którym właśnie owa mądrość, co to z natury rzeczy nie mogła być udziałem nas, ówczesnych dwudziestolatków, połączona z bezkompromisowością i odwagą, pozwoliła zrobić więcej niż nam wtedy mogło się w ogóle pomieścić w głowach.

Naturalnie, nie będę w tym miejscu, a to głównie z obawy, aby kogoś nie pominąć, wymieniać wszystkich nazwisk osób, o których tekstach żarliwie dyskutowaliśmy. Z podobnych powodów nie wyliczę tych spośród nich, z którymi mieliśmy wówczas możliwość spotkać się osobiście, zresztą byli to ludzie tak skromni, a mimo to ich nazwiska były i są tak powszechnie znane, że niepotrzebna im moja lista.

Powiem więc tylko, że -spośród żyjących - a dodatkowo tych, co to nie wymienili rozsądnych poglądów i szlachetnych wizji na ,co najmniej dyskusyjne, zaszczyty, wśród tych o których wtedy mówiliśmy i czyją wiedzą „się podpieraliśmy", z samego szczytu, zostaliście tylko Panowie Dwaj i Pan Profesor Władysław Bartoszewski. Na miejscu tuż pod szczytem, oczywiście znowu mam na myśli jedynie osoby żyjące, jeśli przyjąć te same, które ośmieliłam się zastosować w stosunku do Panów, kryteria moralne, zmieszczą się jeszcze Zbigniew Bujak i Ryszard Bugaj. „A potem... nastąpi cisza". No... chyba, że dodamy jeszcze te miliony teraz ANONIMOWYCH ,ale i wtedy i dziś przyzwoitych, ludzi, nie myląc ich, oczywiście, z tymi współczesnymi najbardziej gorliwymi „rozliczaczami" przeszłości, których w latach osiemdziesiątych albo w ogóle nie było, albo, co najwyżej, byli małymi dziećmi, ani o wspierającej ich tej grupie moich rówieśników, lub ludzi ode mnie starszych, którzy odebrali niezwykle staranne wykształcenie humanistyczne i na tyle dobrze znają mitologię, że często myli im się ona z ich własną biografią.

Dlatego, choć wiem, że jest na świecie wielu znaczących i znanych ludzi, którzy codziennie dziękują Panom za to, że jesteście, jacy jesteście, to ja, ktoś mało znaczący i publicznie nieznany, chcę do nich dołączyć, nie z racji własnej megalomanii, ale z racji dobrego smaku. Moje tegoż smaku poczucie zostało bowiem narażone na szwank w sytuacji, gdy mali - wcale niekoniecznie, a w każdym razie nie tylko, niscy wzrostem - ludzie próbują, wszelkimi dostępnymi metodami, także z pomocą absurdalnego prawa, naginać karki tych WIELKICH, chyba tylko po to, aby iluzorycznie zmniejszyć dystans wobec własnej małości, bo o zrównaniu poziomów nie może być, naturalnie, mowy - nawet w ich marzeniach.

Z Wyrazami  Najszczerszego Poważania i Najwyższego Szacunku - Ewa Karbowska