Przed Sądem Okręgowym w Warszawie toczy się wniesiona przez mnie sprawa przeciw Skarbowi Państwa reprezentowanemu przez MSWiA oraz ABW jako spadkobiercom prawnym Służby Bezpieczeństwa. Sprawa dotyczy odszkodowania za utracone zarobki (przez 4 lata SB uniemożliwiała mi zatrudnienie) oraz zadośćuczynienia za bezprawne skazanie oraz brutalne traktowanie w więzieniu i podczas przesłuchań. Sprawa jest dla mnie ważna, bo wskutek „pieszczot" ze strony SB, nie należy mi się dziś żadna emerytura (z powodu trwających lata represji nie mam „wysługi przepracowanych lat").
W dniu dzisiejszym otrzymałem kopię pisma skierowanego do sądu przez pełnomocnika ABW, radcę prawnego Teresę Rutkowską. Nie mam zwyczaju opisywać własnych spraw sądowych, ale tym razem mamy do czynienia z takim kuriozalnym i skandalicznym wywodem, że szczęka mi opadła do podłogi i to z hukiem. Otóż pani radca twierdzi, że mogłem wystąpić do IPN o udostępnienie akt w czasie, gdy IPN jeszcze fizycznie nie istniał, czyli w dniu uchwalenia ustawy o IPN (IPN istniał tylko w postaci ustawy, ale nie miał nawet adresu nie mówiąc o tym, że nie miał jeszcze żadnych archiwów, nikt w nim jeszcze nie pracował itp.). Ale to drobiazg.

Dalej robi się naprawdę ciekawie i wesoło i smutno zarazem. Pani pełnomocnik ABW powtarza w dniu 23 kwietnia 2007 roku wszystkie argumenty SB z roku 1982, wywodzi, że zostałem skazany słusznie, bo byłem terrorystą, podziemna „Solidarność" była organizacją terrorystyczną i była, tak jak wówczas w mojej sprawie twierdziła SB „organizacją terrorystyczną +Kondor+" (tak nas ładnie SB nazwała w lipnym procesie). W więzieniu było mi dobrze, bo SB i Służba Więzienna nie odnotowały, że było mi źle. Co więcej, SB nie chciała uniemożliwić mi pracy. SB dbała tylko o to, bym pracował we właściwym miejscu, bo moja praca w Teatrze Wielkim (modelator - pracownik fizyczny) była niezgodna z moim wykształceniem (Uniwersytet Warszawski Mat-Fiz). I to tylko z dbałości o mnie SB nie chciała bym wrócił do środowiska w którym założyłem „organizację terrorystyczną" (NSZZ „Solidarność"). Później dobrotliwa SB przestała się mną interesować i dalej mi nie bruździła, bo taka była dobra. A poza tym, to w ogóle jestem wariat.

A oto fragmenty wypisów Pani Radcy z drobnym moim komentarzem:

„...świadkowie potwierdzili udział w spotkaniach organizowanych przez powoda (czyli mnie), na których powód proponował utworzenie i przedstawiał zasady funkcjonowania terrorystycznej organizacji..." Najbardziej wiarygodne są chyba zeznania Mirka Ś. złożone po 9 dniach bicia, albo moje składane pod lufą pistoletu.

„...w aktach nie ma żadnego dokumentu potwierdzającego, że funkcjonariusze SB wyrządzili powodowi szkodę, lub naruszyli jego dobra osobiste..." [...] „W książce zdrowia (z więzienia) nie ma żadnych zapisów mogących świadczyć o tym, że powód miał w czasie aresztowania poważne kłopoty ze zdrowiem...".  No jasne, SB-cy zazwyczaj skwapliwie opisywali w aktach jak i ile razy, kogo bili, zrzucali ze schodów, grozili śmiercią. A poza tym nabity, przeładowany i odbezpieczony pistolet przystawiony do głowy nie narusza przecież dóbr osobistych. A parę miesięcy pobytu na III pawilonie (dawnym X) Mokotowskiego Wiezienia, to przecież nie jest żadna „szkoda". To czysta pieszczota. A najlepiej o tym świadczy Książka Zdrowia prowadzona przez podwładnych słynnego doktora Wrońskiego, dla którego nawet ludzie z zawałem byli zdrowi (patrz: Jan Józef Lipski).

„W związku z wyrokiem skazującym powoda za organizowanie w miejscu pracy organizacji o charakterze terrorystycznym, w obawie przed podjęciem przez niego na nowo negatywnej działalności na terenie Teatru Wielkiego, SB podjęła starania, aby powód nie został zatrudniony jako dekorator w Teatrze Wielkim, ale aby podjął pracę zgodną z wykształceniem (nauczyciel matematyki i fizyki)." Oj jak dobra ta SB, jak troskliwa. Na wszelki wypadek kilka lat wcześniej wyrzuciła mnie z pracy w szkole i odebrała uprawnienia do zawodu nauczyciela („KOR-owców szkole nie potrzeba..."). No i oczywiście ta terrorystyczna „Solidarność" mogła prowadzić „negatywną działalność", więc troska SB była uzasadniona.

„...to prowadzi do wniosku, że SB nie była zainteresowana tym aby uniemożliwić powodowi pracę. Chciała jedynie tego, aby powód nie znalazł się znowu w środowisku, w którym prowadził działalność związkową, cieszył się uznaniem i dobrą opinią pracowników, posiadał u nich duży autorytet i gdzie [...] założył organizację terrorystyczną". W Teatrze Wielkim zakładałem "Solidarność".

Ludzie!!!! Ratunku!!! Takich bzdur to by nawet Cenckiewicz nie napisał!!!

Gdzie ta panie żyła? Na Księżycu, na Marsie? Nie wie, co to była SB i co robiła? Nie wie, jakimi metodami wydobywano z ludzi zeznania?

Coś mi się wydaje, że ABW poczuła się zbyt dosłownie spadkobiercą prawnym SB.

Krzysztof Łoziński

Czytelników, którzy SA ciekawi, jak było naprawdę odsyłam do trzech artykułów z serii „Sprawa Narożnika" w archiwum „Kontratekstów".

Komentarze

erjan | 2007-04-28 09:15

Rozumiem Krzyśka, że podchodzi do tego z humorem, ale to wcale nie jest śmieszne. Człowiek, który pisał te bzdury jest pracownikiem państwowym, więc jego pensja pochodzi z naszych podatków. Gorzej, bo ktoś kazał temu człowiekowi to napisać. Myślę, że sprawę trzeba nagłośnić szerzej. To jest katastrofalne wprost zaciemnienie sumień! Nie mam godnych cywilizowanego człowieka słów, żeby to potępić.

mifin | 2007-04-28 22:08

To jest postawienie znaku równości pomiedzy tamtymi służbami i tamtym państwem, a obecnymi służbami i tym, co niektórzy nazywają teraz IV RP. Szczycąc się, że taką właśnie budują, odcinając się zdecydowanie od poprzedniego systemu. Chyba jakimś tępym nożem się to odcinanie odbywa, względnie piewcy tego odcinania i nowego porządku są niczym te noże, równie tępi.

staszek | 2007-04-29 19:23

Po 1918 administracja państwowa RP broniła się przed oddaniem rodzinom powstańców dóbr skonfiskowanych przez władze carskie po powstaniu 1863.(wspomnienia prof. Żygulskiego)